„Paranoja to wredna suka.”
[ reklama @niezwyklezagraniczne ]
Czytałam dwie poprzednie Avy Harrison i były na tyle okej, że pokusiłam się o 𝐁𝐑𝐎𝐊𝐄𝐍 𝐑𝐄𝐈𝐆𝐍. Czy słusznie?
Nie do końca XD
Zacznę od najważniejszego - ta książka niczym nie zaskakuje. Już na 5 rozdziale wiedziałam do kogo należy krwawy odcisk ręki, kto pociąga za sznurki i dlaczego Tobias ma obsesję na punkcie Skye. A nie, przepraszam. Zaskakuje jedno. Bezmyślność bohaterów.
Wyobraźmy sobie scenerię - domek robi ✨bum✨, ty dostajesz kulkę, która przechodzi na wylot, ledwo zipiesz, ale już dwa dni później masz siłę na seksmaraton stulecia XD Można też się podłożyć wrogowi, albo klapać ozorem na prawo i lewo bez żadnych konsekwencji. Jak kto woli.
Tobias to najbardziej niespójna męska postać, jaką ostatnio poznałam. I szczerze mnie to dziwi, bo z reguły to bohaterki są rozchwiane emocjonalnie. Jednak panicz Kosta myśli jedno, robiąc drugie, ale miał w zamiarze trzecie. Jest niekonsekwentny. Autorka próbowała zrobić z niego macho, gangusa i szefa kartelu a wyszedł z niego po prostu przyjemniaczek w garniturze, który jest jak York - więcej szczeka niż gryzie.
A Skye? Niby prawniczka, niby wykształcona, a tak lekkomyślna i łatwowierna… jednak przede wszystkim ślepa. Była arogancka i butna, ale sprawiająca pozory skromnej i pokornej. Jednak jej stosunek do klientów dawał wyraźnie znać, że nie jest profesjonalna i kompetentna. Nie wzbudziła we mnie absolutnie żadnych emocji poza pogardą w końcowych rozdziałach, o których za sekundę. Ważniejsze dla niej były kariera i latanie za Kostą niż obowiązki rodzinne.
Wątek, który został wrzucony nie wiem po cholerę, ponieważ był potraktowany jak gorszy sort, to wątek choroby. Z mojego doświadczenia wiem, że trochę inaczej przebiega choroba wątroby, a niewydolność wielonarządowa nie uśmierca w ciągu godziny. Nie jestem lekarzem, ale wiem, że coś jest nie halo.
I moja pogarda do Skye. Typiara wie, że najbliższa jej osoba jest terminalnie chora, a ona nic, KOMPLETNIE NIC, z tym nie robi. Poza kilkoma (myślę że maks 3) wspomnieniami, że „och jak mi przykro” W OGÓLE NIE CZUŁAM ŻE JEJ PRZYKRO XD a moment, który nastał w rozdziale 53? Na wszystko co nieświęte, to było tak kuriozalne, że się zaśmiałam. Niby sytuacja nato nie pozwala, ale no, serio? XD I ofc, Skye jest smutna, dlatego kilka stron dalej mamy ✨bang bang✨ Wnioskuję, że seks to jej mechanizm obronny XD
Emocje? Trauma? What’s this? Podłoże psychologiczne postaci oraz ich relacji leży i kwiczy. Skąd się tam wzięła miłość? Nie mam pojęcia do tej pory, dla mnie ona nie miała prawa się tam pojawić, bo skąd, z powietrza? I jeszcze te dialogi, które wołają o pomstę do nieba. Naprawdę, chwilami miałam ochotę zrobić sobie lobotomię, wydrążyć oczy, whatever, byle po prostu nie widzieć tych sucharów i poziomu przedszkola w rozmowach trzydziestolatków.
Akcja? Naaaah, nie tutaj. Nawet przeskakując rozdziały od 10 do 25 (przykładowo) można ogarnąć o co chodzi, bo ta telenowela jest po prostu przewidywalna i schematyczna. A końcówka i te „szalone plot twisty”? Nie uwierzycie mi, ale… ziewałam. To było nudne. Płytkie. Przewidywalne. Po prostu słabe.
I coś, o czym rozmawiałam z Rudą, choć nawet gdyby i tym nie wspomniała to bym wiedziała, bo jest to tak chamskie i in your face, że mi słabo. Nawiązania do Raw i Raw rebirth od Belle Aurory. Jako, że mam ogromny sentyment do tej serii, to już w pierwszym rozdziale wyłapałam „inspiracje”. I to tak marną, że aż mi przykro. Jednak jest ich więcej, ale chcę o tym po prostu zapomnieć.
𝐁𝐑𝐎𝐊𝐄𝐍 𝐑𝐄𝐈𝐆𝐍 to książka z najgorszej kategorii, zatytułowanej „zmarnowany potencjał”. Bo była go masa. Jednak brak rozwinięcia najważniejszych wątków i żenujące dialogi sprawiły, że trudno będzie te książkę komukolwiek polecić.