📝 Współpraca reklamowa z @wydawnictwo.najlepsze @xgrabowskaa
Nikt nie był na to gotowy. A kto by był? W planach było tylko spędzenie tygodnia na wyjeździe wraz z przyjaciółmi. Jednak wszystko po kolei się komplikuje. Rozpoczynając od kłótni i ucieczki od rodziców, po błądzenie w tajemniczym lesie. Wokoło zaczynają się dziać niewytłumaczalne zjawiska, a myśl o powrocie staje się czymś zupełnie niemożliwym.
Bohaterowie w końcu trafiają do opuszczonego hotelu. Ale czy na pewno opuszczonego? „Witamy w cudownej Świątyni Ciszy! Spędzicie u nas niezapomniane wakacje, w spokoju i zaciszu własnego umysłu.” Teraz rozpocznie się prawdziwy test przetrwania.
„Czujesz, jak strach wbija ci się w kości, jak oplata twoje trzewia i dostaje się do krwiobiegu? Czujesz, jak dociera do serca, które automatycznie przyspiesza bieg?”
„Świątynia ciszy” to debiut autorki Emilii Grabowskiej. Sam tytuł wywołał we mnie chęć sięgnięcia po nią, a na dokładkę zawiera moje ulubione motywy, takie jak np. relacja hate-love z mrocznym demonem, a także tajemnice i zjawiska nadprzyrodzone. Dlatego ucieszyłam się, jak małe dziecko, kiedy zostałam wybrana jako recenzentka tej oto książki.
Zaskakujący prolog. Twórczyni od razu rzuca nas na głęboką wodę. Ledwo przeczytałam kilka stron, a już poczułam takie emocje jak zaciekawienie, czy zdziwienie. Według mnie właśnie takie wprowadzenia są najciekawsze. Pomyślałam, że zostanę nieodwracalnie wciągnięta w ten świat.
… I wcale się nie myliłam. Co prawda, zanim dotarłam do tego, na co czekałam najbardziej, musiałam przebrnąć przez, jak to pozwolę sobie określić, „ciszę przed burzą”. Po takim początku kolejne rozdziały, wydawały się absolutnym przeciwieństwem, tego, co przeczytałam chwilę wcześniej. Pojawiło się dużo opisów zwykłego, nastoletniego życia. Opisy te same w sobie nie były złe. Przypominały mi czasy liceum. Szykowanie się na imprezy, rozmowy ze znajomymi, a także „problemy” szkolne. Sama dyrektorka, jak skóra zdjęta z mojej byłej Pani dyrektor. I ten słynny „prąd” do drinków.
Kilka rozdziałów później powoli zaczyna się zbierać na „burzę”. Klimat zmienia się całkowicie i z tego spokojnego, staje się niepokojący, a przy tym tak niesamowicie intrygujący. Skojarzył mi się z serialem „Stamtąd”, horrorem, w którym bohaterowie trafiają do miasteczka zamkniętego w pętli bez wyjścia, a do tego z czyhającymi na nich istotami.
Wracając do „Świątyni ciszy”… im dalej w las, tym ciekawiej. W pewnym momencie, już nawet zapomniałam, że czytam i po prostu płynęłam przez kolejne strony. Coraz częściej miałam również zagwozdkę, co jest prawdziwe, a co nie. Przy niektórych scenach, aż oczy otwierały się szerzej. A pierwsze spotkanie Molly z Koszmarem? Zrobiło się cieplej, i to na pewno nie wina upałów. Na koniec obiecany plot twist. Nie mam nic więcej do dodania oprócz: potrzebuję więcej i z niecierpliwością czekam na kontynuację. ❤️