To miał być reportaż wyłącznie o Babim Jarze. Świadczy o tym nie tylko bogactwo zgromadzonych materiałów i umiejętność wykorzystania archiwalnych kwerend, ale również uporządkowany i usystematyzowany tok wywodu oraz żelazna konsekwencja w realizacji czegoś, co nazwałbym „celem reporterskim”. Nie bez znaczenia pozostaje również dominanta wątku Babiego Jaru nad pozostałą zawartością tej książki oraz ilość razy, jaką Jonathan Littell przemierzył jar wzdłuż i wszerz (a nawet wspód) podczas pracy nad reportażem. Na jego nieszczęście rosyjski dyktator w 2022 roku spuścił psy gończe i doprowadził do wybuchu wojny. W tej sytuacji publikowanie reportażu opowiadającego o wydarzeniach, które rozegrały się blisko 80 lat temu na ukraińskiej ziemi nie było naglące w świetle tego, co działo się – i wciąż dzieje się – na Ukrainie tu i teraz. Rozumiem rozterki autora, który pewnie musiał ugiąć się pod naporem wydawcy, domagającego się relacji z bieżącego konfliktu, gdyż to się lepiej sprzeda niż rewindykacja ukraińskiej historii, choćby trudnej i bolesnej.
Gdyby Littell pozostał wierny swemu pierwotnemu założeniu, to przy jego umiejętnościach pisarskich śmiem twierdzić, że spod jego ręki wyszedłby bardzo dobry reportaż. Relacja z odzyskanej przez ukraińskie siły Buczy i Irpienia nie dość, że mocno wtórna wobec tego, o czym inni zdążyli już napisać, to jeszcze wciśnięta jest w korpus tekstu nieco na siłę, a na domiar złego nad warstwą sprawozdawczą bardzo mocno góruje reporterskie „ja” Littella. Czytając reportaż wolę słyszeć opowieść niż widzieć opowiadającego.
Nie oznacza to jednak, że Littell całkowicie skapitulował. Z jego relacji z Buczy i Irpienia wynika bowiem, że między działalnością nazistów m.in. w Babim Jarze a działalnością wojenną Rosjan na Ukrainie można postawić znak równości. Aktywność nazistów miała charakter ludobójczy, gdyż była wymierzona przeciwko wszystkim przedstawicielom rasy semickiej, która w ich ideologii nie była warta życia. Żydzi byli mordowani tylko dlatego, że byli Żydami – niezależnie od wyznawanej religii, światopoglądu, obywatelstwa czy przekonań politycznych. Identyczny ludobójczy charakter ma działalność Rosjan, którzy rzekomo „wyzwalają” Ukrainę z rąk nazistów, podczas gdy sami postępują dokładnie tak samo, jak naziści 80 lat temu. Ukraińcy – tak żołnierze, jak i cywile – są przez Rosjan mordowani tyko dlatego, że są Ukraińcami. Na płaszczyźnie ideologicznej między doktryną hitlerowską a putinowską żadnych różnic nie ma.
Jakość wątku o Babim Jarze jest jednak znacząco lepsza i szkoda, że Littellowi nie było dane napisać tej książki tak, jak pierwotnie zamierzał. Ilość paraleli jakie nasuwają się między doświadczeniami ukraińskimi a polskimi jest bowiem niepokojąco zbieżna. Babi Jar, jak dowodzi Francuz, jest miejscem kłopotliwym dlatego, że w gruncie rzeczy pod względem topograficznym nie istnieje, a jako miejsce którego nie ma pozostaje emblematem, symbolem wydrążonym z treści. Najpierw było to zasługą nazistów, którzy próbowali zrównać wąwóz z ziemią i zatuszować miejsce kaźni. Potem do głosu doszli komuniści, którzy – o ile w ogóle dopuszczali w publicznym dyskursie mówienie o Babim Jarze – wymazali z niego martyrologię żydowską, gdyż nie pasowała do zunifikowanego i bezklasowego społeczeństwa radzieckiego. Babi Jar stał się więc miejscem martyrologii „obywateli radzieckich”. Niepodległa Ukraina wpierw gorliwie podążała sowieckim szlakiem, by później z pobudek czysto serwilistycznych wydawać zgody na masowe obsiewanie Babiego Jaru wszelkiej maści pomnikami upamiętniającymi: Żydów, żołnierzy radzieckich, jak również członków OUN i UPA. To dlatego we współczesnym Kijowie teren po Babim Jarze przecinają arterie noszące nazwy Ołeny Telihy i Stefana Bandery – dwóch osób o jawnie nazistowskich poglądach. To tak, jakby do miejsca kaźni przedstawicieli antykomunistycznego podziemia prowadziła ulica Dzierżyńskiego lub aleja Bieruta… Plusem tego reportażu jest to, że Littell jako osoba całkowicie z zewnątrz nie pieści się w żadne usprawiedliwienia czy próby zrelatywizowania „trudnej, bolesnej historii”. Na kanwie reportażu Littella uderzyło mnie, jak wiele z tego, co i o czym pisze można odnieść do polskich doświadczeń. I nam nie jest obca skomplikowania polityka historyczna: katolicki krzyż stojący na oświęcimskim żwirowisku czy drzewa polskiej pamięci, którymi obsadzono Muranów, zbudowany na gruzach warszawskiego getta. I polskiej administracji nie jest obca serwilistyczna postawa, która wpierw masowo wydawała zgody na budowanie kolejnych pomników Jana Pawła II – nierzadko o wątpliwej estetyce – a dziś zmaga się z ich kłopotliwym balastem w świetle coraz to bardziej krytycznej oceny jego pontyfikatu i spuścizny. Jako że sztuka jest moją pasją, zwrócę uwagę w tym miejscu na jedno: nie ma chyba powiatu, w którym nie byłoby pomnika Polaka-papieża. A przez ponad 40 lat komunizmu w Polsce nie postawiono Stalinowi żadnego pomnika, a pomnik Lenina był tylko jeden – w Nowej Hucie. Tak wygląda różnica w serwilizmie między aparatem komunistycznym a urzędnikami wolnej Polski.
W obszar zainteresowań Littella wkradła się również silna sympatia Ukraińców dla symboli nacjonalistycznych, w tym flag OUN i UPA, co stoi ością w polskim gardle. Bardzo upraszczając swój wywód Littell twierdzi, że podobnie jak Babi Jar, także i OUN wraz z UPA stały się wydrążonymi z nazistowskiej genezy emblematami, funkcjonującymi w przestrzeni publicznej jako ukraińskie punkty oporu przeciwko rosyjskiemu imperializmowi, ochoczo wykorzystującemu je w swej propagandzie jako dowód na ukraiński nazizm, podczas gdy ich prawdziwą „ideą” jest ich narodowy charakter – tyle że zbrukany historycznie kolaboracją z faszystami. Można się z nim zgadzać, można polemizować, zarzucając mu nazbyt powierzchowną ocenę. Ale czy i my umiemy trzeźwo patrzeć na naszą kłopotliwą historię? Czy i w Polsce w ciągu ośmiu lat rządów zjednoczonej prawicy nie nastąpił wysyp symboli Falangi? Czy dla Polaków powstanie warszawskie nie jest tytułowym „kłopotliwym miejscem”?
Kłopotliwe miejsce pozostawia mnie jednak w kłopocie co do konkluzji, po co w istocie to wszystko? Bo o ile sugestie czy wnioski Littella są jego własną interpretacją, o tyle w zakresie faktografii nie pisze niczego, o czym nie napisali wcześniej inni i o czym czytelnik lub czytelniczka z tej części Europy nie słyszał(a), choćby powierzchownie. Czy naprawdę francuskiemu odbiorcy trzeba aż reportażu dla odkłamywania rosyjskiej propagandy? Bo tak odczytuję cel tej książki. Jeśli tak, to smutna jest zarówno przyczyna, z powodu której ona powstała, jak i samo jej przeznaczenie…