Początek XV wieku, Krystyna de Pizan odnosząc się do komentarzy obwiniających ofiarę za to, że ta doświadczyła przemocy sek$ualnej pisała - „powodem napaści na Lukrecję, słynącą z cnoty Rzymiankę, która w następstwie gwa%tu zadźgała się nożem, nie była jej uroda, a niegodziwe myśli gwa%ciciela”. Sama się prosiła! Brzmi znajomo, prawda?
Z tego cytatu bije dość poważny i negatywny vibe, ale ta książka całościowo nie ma tak pejoratywnego wydźwięku, jest tutaj pełno ciekawostek i cała masa zabawnych fragmentów.
Podobieństw między renesansowymi kobietami a współczesnymi jest w tej książce całkiem sporo, mimo tego, że dzielą nas setki lat (co oczywiście trochę przeraża). One tak samo jak my uwierzyły w mit urody, choć kanony piękna na przestrzeni lat się zmieniały. Musiały się mierzyć z wygórowanymi oczekiwaniami narzuconymi przez patriarchat. Walczyły o idealną sylwetkę ćwiczeniami i dietą. Miały obsesję wydepilowanego ciała (choć depilacja była też w pewnym momencie zestawiana z czarną magią!), wytaczały ciężkie działa przeciwko rozstępom czy więziły swoje biusty w „workach na piersi” (aka w stanikach). Renesansowe dziewczyny były też włosomaniaczkami i dużo uwagi poświęcały pielęgnacji włosów. Oczywiście wymyślały i wyszukiwały też kolejne specyfiki, które miały poprawić kondycję cery, często nieświadomie sięgając po trucizny niszczące ich zdrowie.
Jill Burke opisuje renesans z nieczęsto przedstawianej perspektywy kobiet, i robi to w lekki, przystępny sposób - jest interesująco i fascynująco. Autorka wielokrotnie odnosi się też do kultury i sztuki, więc w książce znajdziecie sporo reprodukcji obrazów (e całkiem niezłej jakości!!).
Czytajcie! Mi podobało się bardzo :)