Czy prawdzie uczucie będzie w stanie roztopić ich zamrożone serca?
Isey Ward nie przypuszczała, że odnajdzie swoją bratnią duszę wśród zawodników drużyny hokejowej trenowanej przez jej ojca. Kiedy ten prosi ją o przeprowadzenie ankiety wśród członków zespołu, niespodziewanie spotyka tam fascynującego, choć zranionego chłopaka, który wkrótce całkowicie zawładnie jej myślami.
Nick Lowen twierdzi, że hokej jest całym jego życiem, a poważne związki nie są dla niego. Jednak jego poglądy ulegają zmianie, gdy poznaje córkę swojego trenera i siostrę najlepszego przyjaciela, która urzeka go już od pierwszego spojrzenia.
Wystarcza im jedno spotkanie, by uświadomić sobie, że rozumieją się bez słów. Czy zdołają pokonać przeciwności losu i zdobyć to, czego naprawdę pragną?
Just one call to książka idealna dla fanek i fanów romansów hokejowych. Ta historia zebrała na Wattpadzie ponad 450 tys. wyświetleń!
Zacznę od tego, że „Just one call” to naprawdę dobry i warty uwagi debiut. Najpierw moją uwagę przyciągnęła okładka książki, a gdy poznałam jej motywy, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Siostra najlepszego przyjaciela, córka trenera, hokeiści i slow burn, czyli coś, co uwielbiam w książkach najbardziej.
Styl pisania Nikoli Enenkiel jest całkiem przyjemny i prosty. Może momentami odnosiłam wrażenie, że czasami niektórych opisów jest zbyt wiele i mogłoby ich nie być, bo nie były jakoś istotne fabularnie. Odrobinkę też brakowało mi rozwinięcia wątku studiowania Isey, często było powtarzane, że dziewczyna studiuje, ale tak właściwie to mało jej na tej uczelni widzimy.
Przechodząc do fabuły: Tata Isey, trener drużyny hokejowej, w której gra również jej brat, prosi dziewczynę, aby przeprowadziła z zawodnikami coś w stylu wywiadu na temat drużyny. Isey zgadza się, chociaż cała sytuacja ją stresuje, bo bohaterka nie należy do osób odważnych. Frost jako opiekuńczy brat oświadcza swoim kumplom z drużyny, aby nawet nie myśleli o zagadywaniu do Isey. Właściwie to słucha się każdy oprócz Nicka, który jest najlepszym przyjacielem Frosta, a z którym Isey nie miała wcześniej zbyt styczności. Nick nie może przestać myśleć o dziewczynie, a jak się potem okazuje, to właśnie on jest osobą, która pomaga jej najbardziej, kiedy Isey ma gorszy czas w swoim życiu.
Ich relację określiłabym jako dynamiczną. Jak na slow burn, moim zdaniem, dość szybko między bohaterami rodzi się jakiegoś rodzaju uczucie. Przede wszystkim ich relacja jest mega słodka, niewyobrażalnie się o siebie troszczą i rozumieją bez słów. Wiele było momentów, przez które piszczałam i wręcz oczy mi się świeciły z ekscytacji i tych wszystkich emocji. Kocham urocze książki całym sercem, kocham emocje, które takie książki mi dostarczają i przy tym tytule było podobnie, ale… były momenty, kiedy doznałam jakiegoś przesłodzenia chyba. Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszą coś podobnego w jakiejkolwiek recenzji, ale tych słodkich momentów było tak dużo, że po pewnym czasie przestały być w moich oczach wyjątkowe. Co nie znaczy oczywiście, że źle się bawiłam czytając „Just one call”.
Zaskoczył mnie fakt, iż Nick to bohater, który pochodzi z domu dziecka. Serce mi pękało, kiedy opowiadał Isey, w jakich okolicznościach tam trafił oraz jak wyglądało jego życie w nim. Muszę również wspomnieć tu o cudownej przyjaźni Nicka i Frosta, bo ta dwójka i ich relacja skradła moje serce. Cieszę się, że Nick jest przedstawiony jako bohater uczuciowy, który w sytuacjach stresowych płacze, bo w obecnych czasach mam wrażenie, że nadal w większości społeczeństwa panuje przeświadczenie, że chopaki przecież nie płaczą, że muszą być silni, a ich łzy są oznaką słabości.
Książka sama w sobie jest przyjemna, momentami może nużąca, bo chociaż niby cały czas coś się działo, to nie zawsze było to szczególnie interesujące, a przynajmniej dla mnie. Jeśli jednak jesteście fanami hokeja i szukacie książki, przy której dobrze spędzicie czas, to polecam właśnie „Just one call”!
Ta książka jest straszna. Powinna zostać na wattpadzie. Nie wiem kto pomyślał, że dobrym pomysłem jest wydanie jej. Książka sprawia wrażenie napisanej przez dziecko. Bohaterowie cały czas płaczą, a akcje, które dzieją się na lodowisko to jedno wielkie xD.
This entire review has been hidden because of spoilers.
mocne 4,5 ✨ nie mam pojęcia czemu, ale miałam bardzo podobne odczucia jak przy “mile high”!!! bawiłam się świetnie + za cudownie rozwinięty wątek zaburzeń odżywiania <3
2,5 ⭐ Moje uczucia są mieszane. Były momenty, gdy czytało mi się ją dobrze, ale były też takie, gdzie miałam ochotę skończyć czytać i więcej nie wrócić. Walczyłam że sobą, żeby ją skończyć i cieszę się, że to zrobiłam, bo zakończenie było bardzo przyjemne. Jednak zachowanie bohaterów było czasami męczące. A niektóre sceny zbyt proste i bajkowe.
Nawet 4,5 ⭐️ bym powiedziała. Just one call jest naprawdę sweet tak jak obiecywali. Zawiera też te gorzkie chwile ale pięknie jest okraszona miłością, przyjaźnią, wsparciem i odnajdywaniem drogi do wyjścia z dołka. Druga połowa mi się już troszkę ciągnęła. Opisy różnych sytuacji gdy odnaleźli szczęście jest świetne - słodkie, potrzebne - ale też łatwo można się znudzić. Co prawda momenty zmiany następowały ale to było na tyle subtelne, że nie odbiegaliśmy od toru cukierkowatości. Całość była na maksa wykorzystana tak, że nie czuło się szybkości i nachalności uczuć, a rozwijały się one stopniowo. (mimo to) Myślę, że może troche za szybko przeszli do bycia parą, chociaż od samiutkiego początku mieli się ku sobie - jako znajomi a potem przyjaciele. Wydarzenia przecież rozciągają się na prawie rok. Także lektura jak najbardziej przyjemna, bardzo komfortowa i taka na ustabilizowanie emocji i wyciszenie się. Chociaż zaburzenia odżywiania, samotność, poczucie porzucenia, wypadek skutkujący rehabilitacją były czymś poruszającym i poważnym. W Just One Call hokej gra dużą rolę jako tło do wątku romantycznego i problemów z którymi wszyscy muszą się zmierzyć. Tak jak i bohaterowie drugoplanowi oprócz Frosta stanowią otoczkę - bycia, wsparcia i reszty niewiadomych. Pewnie zastanawiając sie dłużej znalazłabym inne wątki warte poruszenia ale sekcja komentarzy już robi fanastyczną robotę.
Gdybym przespała jeden akapit, nie odnalazłabym się w fabule. W jednym akapicie autorka potrafiła zmienić miejsce i bohaterów wokół głównej postaci. Przeskakiwanie w czasie i miejscu typowe dla Wattpada, w książce papierowej już męczące. Historia przewidywalna, bohaterowie dziecinni. Niektóre dialogi brzmią jakby pisała je 10 latka. Ta książka powinna zostać bardziej podrasowana lub niewydana.
Jak myślę o czytaniu jej i ile razy jeszcze zobaczę "popłakała się", "byłem z niej taki dumny", "cholernie", "przyczepiła się jak małpka i nie chciała puścić", "brzoskwinka", "malutka" XDD, czy "zagryzla wargę" to mi się odechciewa czytać cokolwiek
W końcu udało mi się to skończyć. Nie powiem, że mi się nie podobało, ale dosyć opornie mi to szło. Nie wiem czego to kwestia, ale wiem, że napewno duży minus daje za ten „hokej” a właściwie jego brak. Jedyne wzmianki o nim to to, że Nick ma trening HOKEJA, Nick ma mecz HOKEJA i koniec. Cały czas podkreślane jest to, że hokej to całe jego życie i nie wyobraża sobie funkcjonowania bez niego, ale jednak nie rozwijamy samej gry i nie wgłębiamy się w ten sport. To dosyć przykre, szczególnie, że jest to hokejowa książka, więc każdy spodziewa się tu raczej hokeja, no nie tym razem.
KOCHAM TO!! Nie spodziewałam się po tej książce czegoś tak dobrego, a mega się wkręciłam i przeczytałam to w jeden dzień + cały czas myślę o tej książce. Jest to świetny debiut, a autorka bardzo dobrze rozwinęła i pociągnęła temat zaburzeń odżywiania. Potrzebuje takiego Nicka w swoim życiu, dzięki.
“Just One Call” to książka, którą byłam szczerze bardzo zaciekawiona. Kiedy tylko zobaczyłam informacje o jej wydaniu wiedziałam, że będzie to lektura, po którą z pewnością sięgnę.
Zaczynając od początku, czyli coś co najbardziej mnie w niej zaciekawiło to oczywiście motywy. Jednym z głównych jest hokej, który szczerze uwielbiam i zawsze kiedy tylko widzę go wymienionego w motywach od razu mnie do tego ciągnie. Przyznam szczerze, że ten wątek został bardzo dobrze wykorzystany, research zdecydowanie na plus, dużo informacji i wiedzy co zawsze jest dla mnie mile widziane.
Kolejny wątek, który moim zdaniem stanowił ważną część był problem z samoakceptacją bohaterki, ale również bohatera. Uważam, że zostało to opisane naprawdę świetnie i wiele osób będzie mogło utożsamić się z nimi. Mam nadzieję, że wielu z was właśnie ta historia pomoże lub pozwoli zrozumieć kilka rzeczy.
Główna bohaterka - Isey Ward z początku jest bardzo niepewną siebie i samotną, młodą kobietą. Jej ojciec jest trenerem najlepszej grupy NHL, a brat kapitanem tej drużyny, więc dziewczyna od zawsze miała dużą styczność z tym sportem. Pewnego dnia poznaje Nick’a - głównego bohatera. Z zewnątrz można by powiedzieć, że jest on oschłym mężczyzną z ogromną pewnością siebie, jednak po czasie możemy zobaczyć, że jest wręcz przeciwnie. Nick zmaga się z ciągłym natłokiem myśli i jego największym wrogiem - samotnością.
Ich relacja od samego początku była przeurocza. Nick wykazywał ogromne zrozumienie w stosunku do Isey, co dosłownie roztapiało moje serce za każdym razem równie mocno. Jestem zdecydowanie fanka tego jak ich relacja się rozwijała, jak stopniowo obydwoje ufali sobie z każdą rozmową. Nick w relacji z Isey jest dosłownie ideałem mężczyzny.
Jeśli chodzi o styl pisania to jest on bardzo przyjemny, całość czytało się bardzo płynnie. Muszę przyznać, że wszystko było bardzo spójne przez co ciągle byłam wciągnięta w fabułę. Jedyne co dla mnie było na minus to zakończenie, a konkretniej ostatnie 100 stron, podczas których miałam wrażenie, że niektóre rzeczy były strasznie na siłę.
Podsumowując jest to naprawdę bardzo dobra książka i zdecydowanie nie mogę się doczekać kolejnych tomów, które na pewno znajdą się na mojej biblioteczce, jeśli tylko zostaną wydane.
Zapowiadało się naprawdę dobrze, ale niestety trochę nie wyszło. Historia sama w sobie ma potencjał natomiast sposób w jaki została opowiedziana pozostawia wiele do życzenia. Przez większość czasu miałam poczucie jakiegoś rodzaju niespełnienia lub niedosytu. Opisy myśli i emocji bohaterów są bardzo oszczędne,a niejednokrotnie żenujące, na czym tracą również sami ich twórcy, którzy sprawiają wrażenie trochę niedorozwiniętych, pozbawionych osobowości, infantylnych. Ciężko było ich czasem zrozumieć i bynajmniej nie dlatego że ich wnętrze i intencje były na tyle złożone, aby nie można ich było normalnie opisać Dodatkowo książka sprawia wrażenie jakby była napisana dla dziecka i wątpię żeby był to zabieg celowy. Bardzo chciałabym przeczytać tę historię, ale napisaną w nieco inny sposób. Tymczasem ledwo udało się ją skończyć.
„Just one call” to kolejny debiut literacki, po który miałam okazję sięgnąć w tym roku. Czy lektura spełniła moje oczekiwania? Już spieszę z wyjaśnieniem.
Zacznę od tego, że książka została bardzo ładnie wydana i jak na prawdziwą okładkową srokę przystało, pierwszym, co mnie do niej przyciągnęło była właśnie jej oprawa. Czy treść okazała się równie piękna?
Podczas czytania naprawdę dobrze się bawiłam, pomimo że książka zawiera kilka trudnych tematów, które nie każdemu przypadną do gustu. Ja należę do czytelników, którzy lubią tego typu książki, więc byłam bardzo ciekawa, jak autorka podejdzie do tego arcytrudnego zadania i przede wszystkim, czy sobie z nim poradzi. I muszę przyznać, że wyszło jej to całkiem dobrze, szczególnie że podjęła się poprowadzenia dwóch bardzo ciężkich wątków, takich jak samoakceptacja i hejt, które są nieodłącznym elementem dzisiejszego świata. Chociaż przyznaję, że nie do końca kupuję kwestię wydalenia z uczelni i uważam, że byłoby to raczej mało prawdopodobne w prawdziwym świecie.
Głównym powodem sięgnięcia po tę książkę, oczywiście poza przyciągającą wzrok okładką, był wątek sportowy, który w publikacjach po prostu uwielbiam. I miło, że nie był tylko tłem, dla całej historii i mogłam towarzyszyć zawodnikom podczas ich treningów i meczów, jednak dla mnie było tego ciut za mało, ponieważ nie poczułam tej specyficznej energii, która towarzyszy każdemu profesjonalnemu zawodnikowi. A szkoda, bo z pewnością książka tylko by na tym zyskała.
Nie do końca też kupuję zakończenie. Miałam trochę wrażenie, że autorka na siłę chciała napisać scenę zbliżenia głównych bohaterów, co nie do końca jej się udało. Myślę, że było to zwyczajnie zbędne, bo bez tego można było odczuć, jak mocnym i pięknym uczuciem darzy się dwójka głównych bohaterów.
Natomiast jeżeli chodzi o dwie bonusowe sceny, to też nie do końca rozumiem ten zabieg, ponieważ wydaje mi się, że gdyby zostały umieszczone wcześniej, jako retrospekcje, w momentach, w których Nick do nich nawiązywał, wyszłoby to zdecydowanie lepiej, a tak, kiedy zostały umieszczone na samym końcu, już po epilogu, niespecjalnie miałam ochotę je czytać.
Chociaż pierwsza odsłona serii „Call me” nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, myślę, że jest to całkiem dobry debiut i z pewnością sięgnę po kolejne książki autorki, szczególnie że jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się losy brata Isey — Frosta i jej przyjaciółki.
„Wchodzę na lód, a gdy moje łyżwy zaczynają sunąć po tafli, wydając z siebie charakterystyczny chrzęst, prawie jęczę z ulgi. Potrząsam głową, wyrzucam z niej wszystkie dręczące mnie myśli i skupiam się na teraźniejszości. Na tym błogim uczuciu, które od lat pomaga mi zwalczyć wszystkie nieprzyjemności.”
Co to była za książka, trafiła do mnie przypadkiem i jak ją zaczęłam nie mogłam się od niej oderwać. Mamy tu romans tak, ale też poruszamy ważne wątki, np. samotność, problemy z auto akceptacją, presja społeczna i wiele innych. W tym wszystkim historia krąży wokół Isey oraz Nick, jednakowo zniszczeni przez społeczeństwo, a jednak dającym sobie szanse na znalezienie szczęścia.
Na początku poznajmy Isey Ward, główna bohaterka, córka trenera i siostra Frosta, ma problemy z samoakceptacją i samotnością, prawdę mówiąc dodałabym jeszcze problemy z odżywianiem. Sama nie potrafi sobie poradzić, nie widzi swoich dobrych stron (jako architekt wymiata) niemniej jednak jej życie radykalnie się zmienia po poznaniu Nicka Lowena, hokeista, który też jest samotny i często przeżywa trudne chwilę, jednak w tym wszystkim rozwija swoją pasje stając się lepszą wersją siebie. Na początku rozwijają między sobą przyjacielską relację, pomagając sobie nawzajem, później jak zawszę zaczyna się coś głębszego, subtelnego i tajemniczego.
Historia jest standardowa, chłopak poznaje dziewczynę, dziewczyna poznaje chłopaka, coś zaczyna się między nimi dziać aż w końcu rozwijają się uczucia. Niby tak, ale jak się zastanowię chodź bardzo słodko to brzmi to nie jest to takie łatwe, z jeden strony ich problemy powodują, że cała historia pokazuje nam jak sobie z nimi radzić, bo szczerze są bardzo powszechne. Wszystko rozwija się powoli z wyczuciem, poznajemy różne aspekty życia bohaterów tak jak i ważne osoby, które nie są ozdobą tylko pomagają w rozwoju akcji i osobowości myślę tu o bracie Isey; Frost, który skradł moje serce od samego początku; drużyną hokeistów oraz rodzice Isey, Zoey mała Abi … jak zacznę się rozwijać to czuję, że nie skończę. Specjalne miejsce dla papugi Naboo (proszę wybaczyć, ale każde zwierzątko na swój unikalny sposób, kradnie kawałek mojego serca)
Czy są jakieś minusy? Były dwa, jeden jednak szybko poszedł w nie pamięć, ponieważ Frost jednak dostanie swoją osobną historie. Drugi – w jednym momencie wydawało mi się ze powinno zostać to zakończone i tak wtedy po przeczytaniu ostatnią stronę rozdziału mój mozg zakończył historie, zaznaczam zostało tak z 150 stron do końca i to było tak długie, że nie mogłam w ogóle znowu się do tego wciągnąć.
Podsumowując, był to bardzo dobry debiut autorki. Pióro Nikoli Enenkiel serio jest warte uwagi i z niecierpliwością czekam na jej drugą książkę. Połączenie słodkiego romansu z ciemnymi stronami ludzkiej osobowości był niebanalny, niemniej jednak w momencie, w którym moim zadaniem powinna zamknąć historię a tego nie zrobiła historia stała się przesłodzona, dziwna i niestety zmieniło całkowicie moja percepcje na całą książkę. 4.5⭐
★★★½☆ Mam jakąś dziwną słabość do romansów hokejowych, zapoczątkowaną prawdopodobnie przez serię Off-campus Elle Kennedy, i zawsze z zainteresowaniem przyglądam się tytułom, które chociaż w niewielkim stopniu poruszają ten motyw. A chociaż nie czytałam „Just one call” w czasach, gdy ta historia publikowana była na wattpadzie, towarzyszyło mi jakieś dziwne przekonanie, że może mi ona przypaść do gustu. I w dużej mierze miałam co do tego rację. Historia Icey i Nicka to taka pełna ciepła i uroku opowieść o pierwszej miłości - on jest zawodnikiem NHL i przyjacielem jej brata, który całe życie zmaga się z poczuciem odrzucenia; ona ma kochającą rodzinę i wymarzoną pracę, ale równocześnie czuje się przeraźliwie samotna i w jakimś stopniu gorsza od swoich rówieśników. Nikola Enenkiel w centrum fabuły stawia wątek rodzącego się uczucia między bohaterami, ale równocześnie cały czas przewijają się tu inne tematy - zwłaszcza poczucie samotności i problemy z odżywianiem. Podoba mi się, że relacja między bohaterami nie zostaje tutaj przedstawiona jako remedium na wszystkie problemy, ale raczej motywacja do pewnych zmian i oparcie w trudnych chwilach. Czy jest to historia pozbawiona wad? No nie. Da się tutaj odczuć jakąś taką naiwność i sztuczność (czy to jeśli chodzi o tempo rozwoju relacji czy pewne przerysowanie), ale o dziwo w jakimś stopniu pasowała mi ona do klimatu całej opowieści - trochę jak w przypadku takich filmów romantycznych o nastoletnich miłościach. Czy polecam? Tak! Zwłaszcza jeśli szukacie romansu hokejowego praktycznie pozbawionego scen erotycznych. I jestem ciekawa co autorka pokaże w kolejnych tomach serii.
Szukacie hokejowego romansu, który mimo popularnego motywu, zaskoczy was czymś, czego się nie spodziewaliście? Koniecznie sięgnijcie po „Just one call”!
Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że książka ta przypadnie mi tak bardzo do gustu. Ostatnimi czasy trudno jest odnaleźć mi lekturę, która umili mi w pełni czas, nie wywołując przy tym znużenia. A w tej historii to znalazłam. Mimo, że „Just one call” to lekka pozycja, uważam, że jest ona bardzo poruszająca. Poruszony temat problemów z wagą i wychowaniem w domu dziecka bardzo we mnie trafił. Szczerze mówiąc, kompletnie się tego nie spodziewałam, co było dobrym zaskoczeniem. Ze wstydem muszę przyznać, że myślałam, iż doczekałam się kolejnej „hokejowej” książki, a dostałam naprawdę świetny romans z dobrze dopracowaną dyscypliną sportową, a przy tym niosącą ze sobą wiele ważnych wartości powieść.
Gdybym miała powiedzieć, co najbardziej urzekło mnie w tej cudownej lekturze, myślę, że głównie skupiłabym się na lekkości, z jaką posługiwała się autorka. Sposób, w jaki lawirowała pomiędzy trudnymi tematami, sprawiając, że brzmiały na dużo prostsze - ale wciąż rzeczywiste - był krótko mówiąc wspaniały.
Podsumowując, „Just one call” to słodkie wiadomości, równie urocze przezwiska, dużo miłości i wiele istotnych drobiazgów. Jak dla mnie jest to świetna pozycja, którą serdecznie i z ręką na sercu wam polecam!
2.5/5 Historie Isey i Nicka choć tak bardzo się różniące znajdują wspólny problem, ból z którym się zmagają. samotność jest dla wielu osób krzywdząca, a nawet wyniszczająca. choć bohaterowie doświadczają jej w inny sposób to jest ona czymś co poniekąd ich łączy. romanse sportowe to jedna z moich ulubionych, szczególnie hokejówki, więc byłam podekscytowana kiedy znalazłam ten tytuł. fabuła nie była wielce wyszukana, ale nie przeszkadzało mi to, bo takiej książki potrzebowałam. drużyna hokejowa jako grupa przyjaciół była przedstawiona jako Nicka i świetnie to autorce wyszło. emocje bohaterów, ich ból i problemy są opisane realnie, także często możemy utożsamiać się z postaciami. jednak to najważniejsze motyw zaważył na mojej ocenie. relacja między głównymi bohaterami rozwijała się powoli i byli bardzo w porządku wobec siebie podczas poznawania się. jednak ich miłość rosła tym bardziej żenujące słowa wychodziły z ich ust. to tak naprawdę odjęło tyle gwiazdek. nie jestem pewna czy da się napisać " Sweet "romans bez tak żałosnych tekstów, przezwisk czy sytuacji. gdyby nie to moja ocena byłaby wyższa. czasami mam myśl, że powinnam ocenić ją wyżej, ale wtedy przypominam sobie te wszystkie sytuacje i jest mi ciężko zmienić moją ocenę. niemniej jednak przeczytam drugą część, bo podobało mi się jak autorka wykreowała świat i postacie.
Historia jest urocza, a bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Ich relacje są pełne ciepła i autentyczności – mimo sprzeczek i kłótni potrafią przyznać się do błędów i szczerze starać się je naprawić. Nie rzucają pustych obietnic, tylko pokazują, jak ważna jest szczerość i wzajemne wsparcie.
Podoba mi się również to, jak autorka przedstawiła rozwój emocji i dojrzewanie postaci. Z początku wydaje się, że łączy ich tylko przypadek, ale z każdą stroną widać, jak silna i prawdziwa jest ich więź. To nie tylko romans, ale też opowieść o rodzinie, pasji, przyjaźni i szukaniu swojego miejsca w świecie.
Czyta się ją szybko i lekko, ale raczej nie sięgnęłabym po nią ponownie, gdybym miała wybór. To przyjemna lektura na jeden raz – dobra, ale bez większego efektu wow.
Cóż można te książkę określić pełną niezrealizowanych możliwości. Zapowiadał się fajny debiut, ale rozmył go słaby research, dziecinne postaci, jeśli chciało się pisać teen dramę, to trzeba było wybrać młodszych bohaterów ;) Dodatkowo myślenie bohaterów mega płaskie i jednowymiarowe, co stanowi ogromny minus
początkowo w ogóle mi się nie podobała, z czasem było lepiej🙏 jak dla mnie za dużo słodyczy i tego, że bohaterowie są tacy depresyjni😭😭 nie jest to najgorsza książka jaką w życiu przeczytałam jednak nie jest to historia, która na długo zapadnie mi w pamięci
kurde chyba jednak nie czuje niby slow burn a oni już po 40 kartach nie mogą bez siebie żyć xdd myślałam że więcej będzie vibu jak letni romansik a tutaj wiele traum i nie przepracowanych rzeczy i takie niedojrzale napisane