Tak szybko się nie umiera to historia dziejąca się w miasteczku gdzieś na północy Polski latem 1982 roku, w trakcie stanu wojennego. Opowiada o losach młodego chłopaka i lokalnej pustelniczki, ostatniej Żydówki w mieście.
Losy maturzysty i tajemniczej kobiety splatają się, kiedy w trakcie przygotowań do jubileuszu miasta okolicą wstrząsa tajemniczy wypadek. Wydarzenie zbliża do siebie Tomasza i Marię, a ich samotność i ciekawość pchają ich ku nieromantycznej, ale głębokiej relacji.
Tak szybko się nie umiera to historia o różnych odcieniach samotności i pragnieniu poszukiwania własnej tożsamości na tle wielkiej historii. To opowieść o przeszłości, nadziei w trudnych czasach, przemianach, przyjaźni i miłości.
Może i na początku było mi trudno się wgryźć w tę powieść, ale od setnej strony byłem już bardzo zaangażowany w losy bohaterów. Osobiście widziałem tutaj mnóstwo emocji, choć skrytych pod niewidzialnymi zbrojami, które chroniły bohaterów przed trudną rzeczywistością lat 80. Stan wojenny w Polsce to wydarzenie, o którym wiem, rzecz jasna, choć jeszcze nigdy nie czytałem o nim z takiej perspektywy — zwykłego chłopaka, przeżywającego swoje pierwsze miłości i lato mające się ostać w jego pamięci na zawsze. Relacja Tomka z Marią jest niezwykle intrygująca. Daje też pole do interpretacji. Sprzeciwianie się i bunt wobec systemu to chyba nasza narodowa spuścizna, a takie historie mogą nam pomóc zrozumieć przyczyny.
Spodziewałem się, że się od tej książki odbiję. A tu zaskoczenie — była wg mnie całkiem dobra. Czy mogłaby być bardziej wyrazista? Pewnie tak, choć doceniam, że autorzy urodzeni w latach 90. pokazują swój głos i starają się zrozumieć przeszłość, która wciąż wpływa na ich „tu i teraz”. Jakoś mi do tego blisko.
Miasteczko Urocz na pewno nie jest urocze. Bliżej mu do uroczyska, owianego tajemnicami miejsca, w którym na wiele tematów się milczy. Jest rok 1982, ciepłe lato stanu wojennego. Pani Naczelnik z Pułkownikiem ubija interesy przy domowych obiadkach, wszak sześćsetlecie miasteczka to ważna impreza i żaden stan wojenny tego nie zmieni. To też najdłuższe lato dla Tomka Wójcickiego - zdał maturę i w marzeniach jest już studentem i wraz z ukochaną Zosią buduje życie z daleka od Urocza, zapracowanych rodziców, interesów, wojska i milicji. Tyle że zdarza się wypadek, który zmienia wszystko. Wypadek, o którym każdy wie coś innego, opowieści nawarstwiają się, liczba ofiar raz rośnie, raz maleje, zresztą nie do końca wiadomo, kto tu był ofiarą. I nagle Tomek jest bliżej milicji niż chciałby być, a milicja zwykle na legitymowaniu nie poprzestawała. W historię zamieszana jest jakaś Baba z Błoni, czyli Maria Kowalska, albo w sumie przecież nie wiadomo kto (wspaniała, wspaniała to bohaterka!). Kumulacja nastąpi 22 lipca, w dniu podwójnego w Uroczu święta, gdy alkohol i zabawa wyłączą hamulce. Wiemy, że wydarzy się coś strasznego.
Wszystko to wspomnienia sześćdziesięcioletniego Tomasza. Wspomnienia, jak wiemy, bywają zdradliwe, zacierają to, co istotne, zmieniają fakty. Tomasz wspomina to ważne lato z czułością. Wielka pierwsza miłość miała być tą do grobowej deski - czasem bywa, ale też może skończyć się wielkim pierwszym złamaniem serca. Dziwaczka Maria, trochę mentalna hipiska, trochę femme fatale, trochę (bardzo) nieszczęśliwa kobieta to najważniejsze wspomnienie. Czechosłowacki nożyk mikov to trochę artefakt, trochę wyrzut sumienia. Blizny zostają na całe życie.
Lato 1982 roku. Wtedy wydarzyło się wszystko. Wtedy trzeba było mocno określić się, po której jest się stronie, tyle że tylko jedna była właściwa. Outsiderzy zostali z ranami.
Uwierzyłam tej opowieści, uwierzyłam bohaterom. Podobało mi się.
Autor tak obrazowo opisuje rzeczywistość, że lektura była naprawdę czystą przyjemnością. W powieści Paśnika nie dzieją się rzeczy wielkie - ale na pewno wielkie z punktu widzenia młodego bohatera. Doskonale napisane postaci. Czułam każdy zapach i widziałam każde pomieszczenie.
było ok, ale niestety raczej nie po drodze mi z Paśnikiem. Nie wiem dlaczego, ale ta historia (podobnie jak wcześniejsza książka autora) nie wzbudziła we mnie emocji 🤷🏻♀️
+ Najlepszy jest rozdział, w którym Maria opowiada swoją historię, jej opowieść i emocje się czuje.
- Niestety, myślałem, że będzie w tej książce więcej opisów Polski lat 80-tych, są ciekawe fragmenty, ale jest tego mało; autor skupia się na słowach, jak radio kasprzak czy dyskdżokej, ale za słowami nie idzie treść, brakuje „smaku”, opowieści.
- Książka ma jakąś dziwną kafkowską manierę, rozmowy bohaterów są chaotyczne, ich stany emocjonalne opisane połowicznie, co skutkowało moim zdziwieniem gdy czytałem o dalszych losach bohatera, niewspółmierne intensywnych do tego co czuł wcześniej.
- Zakończenie uważam za mocno przeciągnięte, rozłazi się puenta; nie podoba mi się narracja, czyli rodzaj wspomnienia z dopiskami w stylu „nie wiedziałem wtedy, że będzie to nasza ostatnia rozmowa”.
- Nie odpowiada mi edycja książki, w której rozpisuje się dialogi jako zdania pod sobą.
podobalo mi sie osadzenie tej ksiazki w realiach PRLu, zwlaszcza, ze akcja nie toczy sie w warszawie na przyklad, ale w malej wiosce. naprawde czulam w tej ksiazce klimat prlowskiej polski, o ktorej slyszalam od mojej rodziny chociazby. podobalo mi sie to, jak dobrze autor skonstruowal ten swiat
zakonczenie bylo chyba takie slodko-gorzkie mi sie wydaje, ciekawa akcja
Jacek Paśnik zabiera nas do miasteczka Urocz, gdzie codzienność splata się z wielką historią, a dorastanie staje się trudną konfrontacją z rzeczywistością, która nie zawsze sprzyja młodości. To opowieść o samotności w jej różnych odcieniach i o pragnieniu odnalezienia się w świecie pełnym chaosu.
Autor znakomicie oddaje klimat PRL-u – absurdy i ograniczenia tamtych czasów mają ogromny wpływ na losy bohaterów. Poznajemy Tomka Wójcickiego, młodego mężczyznę szukającego swojego miejsca w cieniu historycznych wydarzeń, oraz mieszkańców Urocza, którzy skrywają swoje sekrety, zmagają się ze słabościami i stoją przed trudnymi wyborami.
Język książki urzeka prostotą, ale i szczegółowością, dzięki której zarówno atmosfera epoki, jak i emocje bohaterów stają się niezwykle realistyczne. „Tak szybko się nie umiera” to opowieść o przemijaniu, nadziei i odwadze, by szukać jej nawet w najtrudniejszych czasach.
Wyobraźcie sobie malutkie miasteczko niedaleko Bydgoszczy w 1982 roku (czyli szczycie stanu wojennego w Polsce), 19-letniego Tomka, który ma najlepszą dziewczynę w okolicy, właśnie kończy szkołę średnią, zdaje maturę i ma przed sobą najdłuższe wakacje w życiu. Plany chłopaka krzyżuje jednak tragiczny wypadek: autobus, którym jedzie rano do swojej pierwszej pracy zderza się z wojskową ciężarówką (przy okazji na kilka tygodni robiąc z niego niemal kalekę), ale też stawia pod znakiem zapytania imprezę na 600-lecie istnienia miasta. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kobieta: Maria to o 20 lat starsza od niego chodząca tajemnica o żydowskim pochodzeniu, wyklęta przez wszystkich mieszkańców, która staje się obsesją chłopaka. A wszystko opowiedziane z perspektywy Tomka, który po 40 latach wraca do tamtych wydarzeń.
„Tak szybko się nie umiera” to tak naprawdę miks gatunkowy. Znajdziemy bowiem u Paśnika elementy romansu („Madame” Antoniego Libery rzuca się tu od razu w oczy), ale też powieści przygodowej, młodzieżowej i swobodnego połączenia kryminału z thrillerem politycznym (jeśli weźmiemy pod uwagę wątek odkrywania tajemnicy wypadku czy też opozycyjnej przeszłości ojca Sławka). Jest jednak coś, co sprawia, że powieść Paśnika jest zdecydowanie ciekawsza od przywoływanej tu „Madame” Libery. Autor sprytnie gra konwencjami, co sprawia, że druga połowa książki, kiedy narrator oddaje głos Marii, wyraźnie przyśpiesza i aktywizuje czytelnika. Zresztą sama postać kobiety, która uwodzi Tomka, choć nie jest czymś nowym w literaturze, to jest w taki sposób rozpisana, że to samo robi z czytelnikiem.
Trochę z bólem muszę przyznać, że autor nie do końca przekonuje w kwestii kreacji swoich pozostałych bohaterów, bo oprócz zdecydowanie najciekawszej Marii trudno jest tu na dłużej zawiesić na kimś oko. Paśnik natomiast bryluje w czymś innym: w tym jak opowiada swoją historię oraz co za jej pośrednictwem próbuje przekazać.
I w tej materii wychodzi największa gorycz książki, bo „Tak szybko się nie umiera”, choć pisana przez 24-latka i z perspektywy dojrzałego narratora, który odtwarza w pamięci to, co zapamiętał 40 lat wcześniej (co widać w sposobie narracji: usunięcie dialogów na rzecz strumienia opowieści oraz nadpisywanie i adaptowanie wspomnień dla lepszego przekazania historii), to jednak ja odbieram ją jako tę na każdym polu pesymistyczną. Paśnik przede wszystkim obala mit wielkiej „Solidarności” z czasów jej karnawału, pokazując tę drugą twarz, czyli jak destrukcyjnie zaangażowanie społeczne wpływało na najbliższych. Idąc dalej autor burzy obraz idealnej polskiej rodziny lat 80., pokazując na przykładzie rodzin Tomka i Staszka dwa modele, które zamiast spełniać swoją rolę, to działały dysfunkcyjnie. Kolejna kwestia to mit okresu dojrzewania, w którym smak konsekwencji naszych decyzji daleki jest od tego, jakim była coca-cola za czasów PRL. Poza tym „Tak szybko się nie umiera” to bardzo ciekawa podróż do Polski z czasów początku lat 80. napisana z perspektywy autora urodzonego w 1997 roku, ale jednak z zachowaniem pewnego balansu w przytaczaniu znanych nam popkulturowych i historycznych klisz, dzięki czemu tło historii nie nudzi, a wciąga. No i na koniec: jest to przede wszystkim lepsza książka od debiutanckiej powieści „Dzieci”: trudniejsza tematycznie, bardziej przemyślana pod kątem historii i sposobu narracji.
Wow. Coś wspaniałego. Ta powieść mną wyjątkowo wstrząsnęła i dogłębnie zachwyciła, wdzierała się w zakamarki mojej wrażliwości z każdym kolejnym zdaniem. Wrażliwość to według mnie słowo klucz do interpretacji tej książki, bo kryją się w niej jej całe pokłady. Wrażliwości na drugiego człowieka, na młodość, na bezinteresowne gesty, w czasach, w których próżno było jej szukać gdziekolwiek.
Jackowi Paśnikowi udało się stworzyć doprawdy wielowarstwową opowieść, bo w tej pozornie przeintelektualizowanej i nieco poetyckiej całości kryje się bardzo dużo. Z jednej strony, mamy tutaj klasyczne coming-of-age w formie rozliczenia się ze swoją przeszłością, a jak wiadomo takie powroty bywają trudne. Dlatego też dużo tutaj nostalgii, dużo wracania do momentów, o których chciałoby się zapomnieć, a to wszystko, w subiektywnym stylu, szalenie istotnym dla wydźwięku tejże książki. W tej historii o najdłuższym lecie w życiu autorowi udało się uchwycić ten charakterystyczny smutek, który aż wydzierał się spoza tych stronic - bo ten właśnie letni smutek jest w mojej ocenie najbardziej rozdzierający serce, właśnie wtedy, gdy świat czmychał sprzed oczu naszego głównego bohatera.
A z drugiej strony, mamy tutaj niebywale interesujący komentarz społeczny o czasach, które dobrze znają moi dziadkowie. O Polsce Ludowej, jej opresyjności. Autor w znamienity sposób uchwycił skąpanego w wątpliwościach ducha tych czasów, ja czytając wielokrotnie czułem się, jakbym oglądał dramat filmowy z tamtych czasów. No i przede wszystkim, to co mnie chyba poruszyło tutaj najbardziej, czyli główny konflikt wewnętrzny naszego Tomka. Czy postąpić zgodnie z własnym sumieniem, czy podporządkować się systemowi, w obawie o przyszłość swoją i swoich bliskich? C i a r y. Naprawdę.
I kochani, na sam koniec wisienka na torcie, czyli język. Ta powieść jest napisana w tak piękny sposób, charakterystyczny dla młodych autorów, jeszcze nieskalanych doświadczeniem. Każde zdanie było wyszyte z dbałością o najdrobniejsze detale, a jednocześnie całość ani przez chwilę nie zdawała mi się być sztuczna, nadmuchana, w żadnym wypadku.
Tkwi w tej powieści duch młodości. Młodości pięknej, młodości trudnej, młodości, do której człowiek wraca i przed którą się powinien czasami wystrzegać. Będę pamiętał o tej książce naprawdę na długo, to chyba najlepsza polska rzecz, jaką czytałem odkąd zachwycałem się pierwszymi przeczytanymi przeze mnie powieściami Małeckiego.
Urodziłem się w 1982 roku, więc stanu wojennego nie pamiętam, a właśnie w tamte czasy przenosi nas druga powieść Jacka Paśnika. Jesteśmy w Uroczu, podczas ostatniego lata Tomka, głównego bohatera, przed studiami, na które wybiera się do Łodzi na upragnioną architekturę. Mam wrażenie, że pora roku została tu przez autora dobrana celowo, bo w całej powieści jest trochę duszno, gorąco. Jak napisała Joanna Bator wszystko tu wrze. To opowieść o samotności, która zbliża do siebie Tomka i Marię, ostatnią Żydówkę w mieście. Tych dwoje buduje dziwną relację, którą poznajemy ich oczami, bo pierwsza część książki to opowieść Tomka, w drugiej głos ma Maria. To historia o dojrzewaniu, wchodzeniu w dorosłość, pierwszych miłościach, przyjaźniach wystawionych na próbę, wreszcie wierne odwzorowanie czasu najgłębszej komuny, o tyle mocne, że ukazane na przykładzie małego miasta, gdzie wszyscy się znają, są tu radzieccy żołnierze, jest aparat partyjny i internowani opozycjoniści. Fakt, że akcja dzieje się na prowincji sprawia, że główny bohater szybko zyskuje świadomość polityczną i zaczyna rozróżniać dobro od zła. I dokonuje wyboru, by pomóc Marii, kiedy zaczyna się kolejne polowanie na czarownice. Fajnym zabiegiem w książce jest wykorzystanie motywów z lat 80', ci którzy je pamiętają zrozumieją, jak to fajnie było wybrać się na Vabank do kina i mimo że to były ciężkie czasy, miały jakiś urok, jakiś czar, dla niektórych nawet mityczny i to też chyba chciał oddać w tej powieści Jacek Paśnik. Książka w mojej opinii na początku wydaje się trudna, szczególnie przez styl i ciekawy sposób narracji, ale to wrażenie mija po pierwszych stronach. Zostaje uczucie, ze mamy do czynienia z powieścią bardzo ciekawą i przemyślaną od początku do końca. W porównaniu do debiutu autora, dojrzalszą i chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że znakomitą. Tak szybko się nie umiera jest naprawdę dobre i zdecydowanie warte przeczytania. Serdecznie polecam!!! Za książkę dziękuję @wydawnictwo_wab
“Tak szybko się nie umiera” to powieść o dojrzewaniu, ale nie w klasycznym, sentymentalnym wydaniu. To nie jest historia o pierwszej miłości rozgrywanej na tle wakacyjnych zachodów słońca. To raczej opowieść o tym, jak bardzo świat zewnętrzny potrafi wgryźć się w ciało, zanim jeszcze człowiek na dobre ukształtuje się. Przypadkowy udział w tragedii, która wydarza się na początku książki, wstrząsającej lokalną społecznością, przede wszystkim burzy świat Tomka – z pozoru uporządkowany, a w rzeczywistości pełen niedopowiedzeń, lęków i stłumionych pragnień.
Urocz latem 1982 r. wymyka się kategoriom dobra i zła. Osiemnastoletni bohater dorasta w cieniu stanu wojennego, w przededniu 600 lecia miasta, w którym historia miesza się z teraźniejszością, nie pozwalając pozostać obojętnym. Rzeczywistość wymaga opowiedzenia się po którejś ze stron. Autor nie ucieka od opisu codzienności PRL-u, ale też jej nie egzotyzuje. Nie znajdziemy tu nostalgii za oranżadą w proszku czy balonami z peweksu. Raczej zobaczymy brudne boisko, wiecznie zamknięty sklep, milicjanta w tle i wieczorne rozmowy, które nic nie rozwiązują, ale wszystko komplikują.
W Uroczu polityka wsiąka w każdy dialog, jest jak deszcz – obecna, nieproszona, czasem niewidoczna.
Powieść ma też w sobie coś z thrillera – tajemnica śmierci, napięcie między bohaterami, podejrzenia, aluzje – nie chodzi jednak o rozwiązanie zagadki. Intryga jest pretekstem do rozważań o pamięci i winie, o tym, co się dziedziczy, a czego nie da się wyprzeć nawet najbardziej żarliwym milczeniem.
Na koniec pozostaje pytanie: kto tu właściwie umiera? Czy tylko ci, którzy znikają fizycznie? Czy może także ci, którzy nie mają odwagi?
“Tak szybko się nie umiera” to książka o tym, że dorastanie to czasem powolne godzenie się z tym, że nie wszyscy dorośniemy. I że czasami jedynym sposobem, by zrozumieć przeszłość, jest przyznanie się do niej.
🔥 Bardzo ciężko określić mi mój stosunek do tej książki. Podobało mi się w jaki sposób autor poruszył tutaj tematy wchodzenia w dorosłość, zakończenia pewnego etapu w życiu, ten jedyny w swoim rodzaju czas wakacji po maturze. Jest tu kilka bardzo pięknych i trafnych myśli odnośnie pierwszych miłości, problemów młodych ludzi, z którymi bardzo łatwo było mi się utożsamić, tym bardziej że sama nie tak dawno przechodziłam ten etap. Sama relacja Tomka i Marii również była czymś niezwykle ciekawym do obserwowania, chociaż nie narzekałabym gdyby zostało jej poświęcone trochę więcej czasu antenowego. Bardzo podobało mi się też osadzenie akcji w małym miasteczku, w którym wszyscy wszystkich znają- dodawało to całej historii bardzo ciekawego klimatu.
🔥 Trochę żałuję, że fragment dotyczący przeszłości Marii był tak krótki w porównaniu do całej książki. Rozumiem, że bardziej pochylamy się tutaj nad postacią Tomka, ale nie ukrywam, że chętnie poznałabym jeszcze dokładniej przeszłość tej kobiety. Po głębszej analizie doszłam również do wniosku, że chyba nie jestem fanką stylu pisania- chociaż to czysto subiektywne odczucie (a może po prostu zazdroszczę Jackowi Paśnikowi, że w wieku niewiele starszym ode mnie, potrafi w pisanie książek).
🔥 Podsumowując-jeśli szukacie ciekawych polskich autorów, lubicie historie o wchodzeniu w dorosłość i nieoczywistych relacjach międzyludzkich, jesteście fanami polskich seriali lat 80. - warto zainteresować się tą książką. A jeśli jej lektura już za wami, to nie ukrywam, że chętnie poczytam sobie wasze opinie na jej temat.
Wypadek autobusowy daje początek nietypowej przyjaźni między nastoletnim Tomkiem a sporo starszą Marią. Kobieta żyje na uboczu, w przenośni i dosłownie. Chłopak wbrew przestrogom innych nie może przestać spotykać się z "babą z Błoni". Tajemnice z przeszłości, zgubiony nóż, oraz stam wojenny w tle.
Książka ma ciekawą fabułę, chociaż akcja toczy się niespiesznie, to jednak wciąga. Może nie na tyle, żeby porzucić wszystkie obowiązki na rzecz czytania, przynajmniej nie w moim przypadku. Zanim skończyłam czytać książkę, kilka razy odkładałam ją na dłużej. Za to kiedy do niej wracałam, bez problemu mogłam czytać dalej, pamiętając co było wcześniej. Kiedy już się skończyła, zdziwiłam się że to już.
Dobra to była lektura, aczkolwiek myślę, że nie każdemu przypadnie do gustu. Sprawdźcie sami, czy to wasze klimaty. Ja polecam.
3,5 może nawet? Lubię pióro Paśnika. Ciężko przebrnąć przez dosyć toporny początek, ale jak nabiera tempa to z kolei ciężko odłożyć. Do pewnego momentu zdaje się prowadzić do jakiejś wielkiej kulminacji, a ostatecznie rozwiązanie okazuje się dość prozaiczne - z jednej strony może to pozostawiać niedosyt, ale z drugiej strony dobrze oddaje te małe wielkie tragedie życia w reżimie i dziwne ścieżki życia. Spory plus również za wątek żydowski (Marii i jej rodziny), rezonujący z tym co Leder pisał w Prześnionej Rewolucji.
Niesamowita niespodzianka! Siegnelam po te ksiazke na lotnisku, nie spodziewajac sie, ze oto, wlasnie znalazlam jedna z lepszych ksiazek, ktore mialam okazje czytac w ostatnich latach. Historie te czuje sie wszystkimi zmyslami; Przewracajac kartki pot splywa po czole, zaduch lipcowego dnia nie daje wytchnienia, bezsens glebokiej komuny dusi i tlami, a tak bardzo chcialoby sie zyc! Fenomenalna historia, przepieknie napisana, niemozliwa do oddania w innym jezyku jak sadze. Ciesze sie, ze moglam jej doswiadczyc.
3,5. Strasznie trudno ocenić tę książkę, pewnie znajdą się zachwyceni. Językowo trafiają się bardzo udane frazy, jest kilku ciekawych bohaterów, którzy potrafią się ciekawie zmieniać w trakcie powieści. A jednak sama historia jest rozczarowująca, wydaje się prowadzić do niczego konkretnego i mocniejszego. Ciekaw jestem kolejnej powieści, ale po „Dzieciach” to jednak dla mnie lekki regres. Dodatkowe 0,5 gwiazdki za piękną okładkę.
Zawsze podchodzę z zaciekawieniem do polskiej literatury pięknej, tym razem sięgnęłam po tę pozycję z polecenia tiktokowego. Niestety trochę się rozczarowałam, sam zamysł fabularny był fajny i brnęłam przez ostatnie kilkadziesiąt stron, żeby właśnie poznać zakończenie.
Natomiast forma była dla mnie ciężka do przejścia. Dialogi pisane od nowego akapitu zamiast myślnika. Momentami aż zbyt topornie prosty język. Ale chyba najcięższe było samo stylizowanie historii i języka na lata 80.
Wielkie zaskoczenie! Zupełnie inna historia od książek które czytałam do tej pory. Cała opowieść jest tak naturalna, rześka, wydaje mi się, że głównie za sprawą wyjątkowych dialogów i całej kreacji Urocza. Autor w niesamowicie namacalny przedstawił okres młodości, niepewności i najdłuższych wakacji w życiu. Jest słodko-gorzko, jakby ta historia była owocem to na pewno grejpfrutem.
Bardzo dobra książka, szczególnie druga jej część. Monolog Marii w 8 rozdziale, gdzie opowiada swoją historie był absolutnie niesamowity i dosłownie byłam w szoku jak dobrze był wykonany zwłaszcza w wersji audiobooka.
dotarlam do 70%, jakoś w połowie przestało mnie obchodzić co się dzieje, mimo szczerych prób zaangażowania się w tę historię:( i potem zauważylam, że coraz mniej się skupiam na sluchaniu, szkoda. sam styl pisania też mnie nie porwal, dlatego dnf
Ciekawa pozycja, trochę się rozkręca, ale od połowy płynie bardzo szybko. Skrupulatnie zorganizowany świat Polski lat 80., to zdecydowanie podróż dla osób, które tych czasów nie pamiętają lub znają z opowieści bliskich. Konwencja kryminału oryginalna, ale zakończenie lekko rozczarowujące.