Złożone obietnice prowadzą niekiedy w mrok, z którego nie ma ucieczki.
Bolemir wyrusza w daleką podróż na wyspę Notrę, gdzie mieszkańcy są dla obcych szczególnie wrogo nastawieni. Pragnąc uratować Łabudkę, musi stawić czoła wielu niebezpieczeństwom, w tym odczarować pewną topielicę.
Zmagając się z przeciwnościami losu, wyrusza do lodowej krainy, nie mając pojęcia, co go czeka po spotkaniu tam bogini zimy.
Tymczasem Wszebora zostaje porwana przez brata namiestnika, nawet nie przypuszczając, że jej los wyznaczony przez rodzanice splecie się z losem mieszkańców wyspy.
Pełna zwrotów akcji, magicznych postaci i słowiańskich rytuałów kontynuacja Córek bogini Mokosz.
Po tragicznych wydarzeniach kończących "Córki Bogini Mokosz" Bolemir i Nawoja trafiają do lodowej krainy. Rodzeństwo zmieniło się, a ich radość i beztroska minęły bezpowrotnie. Nawoja buntuje się, a Bolemir nie ma już nic do stracenia. Ma przed sobą misję: topielicę z mokradeł. To część jego przeznaczenia i nic nie może go odmienić. Czy rodzeństwu będzie jeszcze kiedyś dane powrócić do Leszygrodu?
🌿 Piękne opisy przyrody, dużo, DUŻO emocji, przygoda i przeznaczenie. Elwira Dresler-Janik stworzyła wciągające jak zimna mgła fantasy, które - chociaż ma w myśli młodszego czytelnika - to sprawia radość również starszym. Tym razem to kraina lodu działa na naszą wyobraźnię. Słowiańszczyzna łączy się z motywami nordyckimi (przypomniał mi się "Northman"), baśniowe wątki z wojowniczymi legendami. Całość wydaje się bardziej udramatyzowana od tomu pierwszego, mroczniejsza, zimniejsza - co jak co, ale autorka swoimi opisami pozwala poczuć przenikliwy chłód północy na własnej skórze. Wyobraźnia działa tu na najwyższych obrotach!
🍁 Tak, ta seria to podróż jak do świata starych baśni, do świata dawnych wierzeń, opowieści zapomnianych, które łączą heroizm z magią i światem wokół. Bogowie i demony, nici przeznaczenia, klątwy i magia - jest tu wszystko, by przeżyć wyjątkową przygodę w słowiańskim duchu.
Patrząc na tytuł książki myślałam, że historia będzie bardziej skupiać się na topielicy i na tym, żeby ją uratować. Tymczasem historia bardziej skupia się na losach rodzeństwa niż na niej samej. Topielica jest tak jakby przyczyną dalszych losów rodzeństwa. Na wyspie Notry zaczynają się na prawdę ciekawe wątki. Los dalej nie szczędzi rodzeństwu. Nie mają ani chwili wytchnienia. Szczęście bardzo rzadko do nich zagląda. Nie mogę się doczekać kolejnego tomu.
Nie wiem, czy mogę powiedzieć cokolwiek pozytywnego o tej książce. W porównaniu z pierwszą częścią styl pisania jest poprawniejszy oraz na plus jest częstsze pojawianie się bytów nadnaturalnych.
Dalsza część mojej opinii może zawierać nieznaczne spoilery. Podobnie jak w pierwszej części, tutaj rozdziały miały podobny schemat - najpierw zaczynały się poetyckim opisem przyrody lub opisem jakiegoś miejsca, trochę akcji, przemoc fizyczna lub psychiczna i koniec. Nie wiem, czy była jakakolwiek interakcja, czy rozmowa, w której ktoś by na kogoś nie nakrzyczał lub nie skrzywdził kogoś innego fizycznie. Tam cały czas ktoś na kogoś krzyczał, krzywdził go, pobił, próbował zabić, podrapał, dusił, przypalił, były też sceny molestowania. Do pełnego bingo "co jeszcze może stać się złego człowiekowi" brakowało jedynie kanibalizmu i gwałtu. Na 410 stron lektury pojawiły się aż 3 pożary i 3 porwania. Był też wspomniany wątek niedoszłego kazirodztwa między kuzynami. Dużo zła, samo zło, aż dziw, że w krainie skrytej wyłącznie cierpieniem ktokolwiek jest w stanie przeżyć dłużej niż rok. Naprawdę rozumiem ideę dark fantasy i rozumiem, że nie każdy świat jest miły, dobry, nie oczekuję szczęśliwego zakończenia, ale gdy jest tego aż tak dużo, tak dużo wpychanego na siłę to robi się to NUDNE. Nijakie. Nie uderza. Zamiast się przejmować czy szokować akcją to czułam się tak, jakbym czytała przepis na ciasto marchewkowe. Bohaterowie nadal tylko istnieją i są dla mnie mało rozróżnialni charakterowo. Jak mam wierzyć w miłość między rodzeństwem albo ich wzajemną troskę, jeśli już na 25 stronie brat mówi do siostry "Masz być posłuszna. Słyszysz?". Albo może nie miało być tam troski ani miłości. A ich "powinniśmy dbać o siebie i chcę dla ciebie dobrze" wynika tylko z zakopanych w głębi duszy wyrzutów sumienia przez ich wspólną tragiczną i bolesną przeszłość, a teraz chcą temu zadośćuczynić (co da się wyczuć w historii Drogmira, który zgodził się poszukać córki karczmarza, chociaż karczmarz i jego synowie traktowali ich rodzinę jak śmieci, albo ja szukam tutaj niepotrzebnie drugiego psychologicznego głębokiego dna) (żadna z tych dwóch opcji do mnie nie przemawia przez przedstawienie tej historii). Epilogu bym nie nazwała epilogiem. Był dla mnie niczym kolejny rozdział, bo to zakończenie jest otwarte (mam nadzieję, że to nie jest wstęp do 3 części tego cyklu, a jeśli tak jest, to już na pewno po nią nie sięgnę). Za bardzo otwarte, topielica zniknęła, jeden wykończony brat ma pod opieką dwie wykończone niewiasty, jedna siostra cudem przeżyła wyniesienie z palącego się domostwa, a siostra 2 i brat 2 wracają na ląd. Czyli równie dobrze mogę sobie założyć, że wszyscy umarli, bo np. wydarzył się sztorm lub nie udało im się uleczyć obrażeń. Grubymi nićmi jest to szyte. Bardzo grubymi. Pojawiły się też niesnaski logistyczne typu pająk, który przestraszył jedną z sióstr (by ona krzyknęła i tym sposobem ściągnęła na siebie uwagę złoli) - tylko że ten owłosiony pająk pojawił się w lesie pokrytym śniegiem, w krainie, gdzie przez 10 miesięcy jest zimno, pewnie temperatury minusowe. Muchy zjadające rozkładające się ciała też tam sobie cudownie radzą. I zioła wyciągane spod śniegu (mieszkam na wsi, hodowałam różne rośliny w ogrodzie i nie zdarzyło mi się, by pod grubą warstwą śniegu przetrwało jakiekolwiek zioło, wszystko na wiosnę kończyło zgniłe).
w skrócie:
Dalsza część opinii nie będzie dotyczyć bezpośrednio treści książki, ale muszę sobie ponarzekać. Podobnie jest w "Córkach Bogini Mokosz" tutaj zachwyciło mnie wydanie - twarda okładka, bajeczna obwoluta i barwione brzegi, idealne dla srok książkowych jak ja. Gdy czytam książki to czytam je od deski do deski - czyli w to wliczają się jakieś podziękowania, kiedy książka została wydana, kto ją redagował, kto stworzył okładkę - za duży plus uznałam to, gdy zobaczyłam, że okładkę stworzył ktoś, a nie AI (naiwnie). Postanowiłam sprawdzić sobie z ciekawości stronę wydawnictwa platformie facebook (by zobaczyć, co pisali o tych książkach) i odkryłam przy tym, że "Córki Bogini Mokosz" były promowane filmikiem chamsko i brzydko wygenerowanym przez sztuczną inteligencję. Autorka na swojej stronie również postuje podobne generowane filmiki o bogach i zwyczajach z serii "Leszygród", których opisy dla mnie śmierdzą wygenerowaniem przez chat GPT z edycją ludzką, ale nie jestem w stanie tego potwierdzić. Z tą myślą postanowiłam sprawdzić okładkę "Topielicy z mokradeł" i niestety strony wykrywające AI wskazywały mi, że została ona wygenerowana "high probability", na 99% przez AI. Bardzo słabe zabiegi. Bardzo. I dla wydawnictwa, i autorów korzystających z takich metod. Patrząc po treściach publikowanych przez autorkę na jej facebooku nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że do researchu dotyczącego tradycji Słowian używała sztucznej inteligencji albo do edycji treści w książce:( (czego nie dam rady w żaden sposób udowodnić)
Szkoda. Bo ARTYŚCI, jakimi są też PISARZE!!, powinni wspierać innych artystów, w to wliczając osoby rysujące okładki, grafików. Jesteśmy o krok od tego, by sztuczna inteligencja pisała książki zamiast żywych, prawdziwych, kreatywnych ludzi. Ale po co się męczyć i szukać człowieka, skoro kilka kliknięć zrobi to za nas, prawda? Takie "dzieła" nie mają żadnej wartości. Lubię czytać książki polskich autorów, staram się po nie często sięgać, by wspierać naszych artystów. Dlatego byłam zachwycona, gdy zobaczyłam, że wydawnictwo Replika zaczyna wydawać książki w klimacie słowiańskim polskich autorów i do tego tak ślicznie wydane... ale teraz czuję zawód:(
Po lekturze pierwszego tomu wiedziałam jedno – nie ma mowy, żebym zostawiła rodzeństwo z Leszygrodu bez dalszego towarzystwa. Ich historia wdarła się do moich myśli z siłą zimowego wichru i nie chciała odejść. Dlatego z ogromnym oczekiwaniem sięgnęłam po Topielicę z mokradeł, kontynuację, która – nie zawaham się powiedzieć – przeskoczyła poprzeczkę ustawioną przez swą poprzedniczkę. I to z wdziękiem topielicy tańczącej po lodowej tafli. Styl Elwiry Dresler-Janik to jedna z najmocniejszych stron tej książki. Jej język jest lekki, a zarazem poetycki; pełen zmysłowości i malarskiej precyzji. Opisy przyrody – czy raczej żywego, niemal pulsującego otoczenia – działają na wyobraźnię tak sugestywnie, że niemal czuć wilgoć mglistych mokradeł i szczypiące policzki zimno Notry. A trzeba przyznać, że to miejsce ma więcej lodu niż niejedna zima w Polsce. Autorka z wprawą prowadzi nas przez meandry wielowątkowej historii, rozpisanej na kilka perspektyw. Każdy punkt widzenia dodaje nowe warstwy znaczeniowe, pozwalając lepiej zrozumieć motywacje bohaterów. Trzon fabularny to misja ratunkowa – Bolemir, jego siostry oraz niezawodni towarzysze wyruszają na skute lodem wody Notry, gdzie obcy są bardziej znienawidzeni niż śnieg w maju. Ich cel: ocalić Łabudkę. Czy się uda? Tego nie zdradzę – musisz sam zanurzyć się w te mroźne strony. Nie mniej ważne są losy Drogmira i Damroki, które pięknie się zazębiają z głównym wątkiem. Autorka z wyczuciem wplata w opowieść słowiańskie bóstwa, demony i legendy, nie traktując ich jako egzotycznego dodatku, ale jako integralną część świata przedstawionego. Słowiańskość nie przytłacza – ona oddycha między wierszami. Drugi tom to również emocje — tutaj nie tylko śledzimy akcję, ale też przeżywamy stratę, żałobę, samotność, złudzenia i brutalność losu. Relacje pomiędzy rodzeństwem – Wszeborą, Bolemirem, Drogmirem, Łabudką i Nawoja – są żywe i autentyczne, a ich wewnętrzne rozterki dopracowane i wiarygodne. Autorka wie, jak dotknąć czytelnika – delikatnie, ale celnie. Brutalność, choć nadal obecna, jest tu dawkowana z większym umiarem. A może po prostu nie boli tak bardzo, bo otacza ją więcej emocji? Postacie są z krwi, kości i legend. Z łatwością można się z nimi utożsamić, współczuć im i kibicować. Ich droga nie jest prosta, a każde spotkanie z mieszkańcami Notry przypomina konfrontację z własnymi lękami. Ludzie z tej skutej lodem wyspy są zamknięci w sobie, hermetyczni – i to właśnie ta socjologiczna wiarygodność dodaje historii autentyczności. Pisanie o kontynuacjach to zawsze trudne zadanie – nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale jedno muszę powiedzieć jasno: Topielica z mokradeł podobała mi się bardziej niż pierwszy tom. Historia jest dojrzalsza, mocniejsza emocjonalnie i lepiej wyważona. Nie mogę się już doczekać tomu trzeciego – jeśli utrzyma ten poziom, będziemy mieli do czynienia z trylogią, która na długo pozostanie w pamięci miłośników słowiańskiej fantastyki.
Lisielica z Mokradeł . Była ciemna noc, gdy z mokradeł wyłonił się ciemny kształt. Lisioł. I pisnął, żądając ręcznika, truskawek oraz wyjaśnień od osoby, która zaproponowała mu kąpiel w błocie. „Topielica z mokradeł” to drugi tom z cyklu Leszygród autorstwa Elwiry Dresler-Janik. Lisioł czytał pierwszą część i miał mieszane uczucia, ale jak wypada na tym tle kontynuacja? . Lisioł może pisnąć, że jeżeli odbiliście się od tomu numer jeden, to kontynuacja Was nie chwyci za serce. Jednakże futrzak może stwierdzić, że bohaterowie w tej części znacznie częściej biorą sprawy w swoje ręce i podejmują własne decyzje. To sprawia, że łatwiej jest się zorientować, w jakim kierunku będzie zmierzała fabuła – jest tutaj kilka ciekawych pomysłów, jak wykorzystanie uroku topielicy do przeciągnięcia na swoją stronę wojownika z północy i wyrwania się z niewoli. Lisiołowi od razu przypomniała się Milady oraz Felton z „Trzech Muszkieterów”. . Niestety powraca bardzo rozbudowany styl skupiający się na opisach przyrody i Lisioł piszczy niestety, ponieważ często działa to na niekorzyść książki. Mamy zatem wyjątkowe poetyckie opisy wiatru na wiele linijek, podczas gdy bohater odbywa podróż między siedzibą Dzikich Wojowniczek a wiejską karczmą w ciągu jednego zdania. W tekście pada stwierdzenie, że krew oblepia skórę gęstą posoką – ale przecież posoka w tym kontekście to właśnie krew! Z częścią bohaterów wyruszamy do skutej mrozami Notry, ojczyzny lokalnych odpowiedników Skandynawów, noszących ćwiekowane, skórzane napierśniki – jest nawet hełm z rogami, ale to Lisioł może uznać za element baśniowej opowieści. . Trudniej przeoczyć sprzeczności w tekście. W jednej scenie Nawoja ma podążać za bratem, który nawet się za nią nie ogląda – co nie przeszkadza mu zrugać dziewczyne do łez – ale w kolejnym opisie wydeptana ścieżka prowadząca do Wilczego Jaru znika i trzeba uważać, żeby się nie zgubić na bagniskach. Takie rzeczy sprawiały, że Lisioł cofał się o kilka stron, bo nie był pewien, która wersja opisów jest prawidłowa, a przy takim natłoku ekspozycji łatwo zgubić drogę. Trudno też się polubić z postaciami, które co rusz zaczynają płakać lub nie potrafią stanąć w obronie swojego zdania.
„Topielica z mokradeł” to drugi tom cyklu Leszygród. Powieść wciągnęła mnie od samego początku, uwielbiam historie w klimacie przesyconym słowiańskością, wierzeniami i legendami, a dodatkowo w tym tomie akcja przenosi nas do lodowej krainy 🥶
W drugim tomie podążamy losami poznanych już bohaterów z pierwszego tomu. Rodzina zmagająca się z przeciwnościami losu, tym razem wyrusza z misją ratowania siostry na odległa krainę pokrytą lodem. Mimo iż Bolemir zmaga się ze stratą i nie czuje już przywiązania do Łabudki, chce wywiązać się z danego słowa. Tam szukają pomocy u miejscowej "wiedźmy", czy uda jej się odczarować topielicę?
Muszę przyznać, że ten tom podobał mi się bardziej. Dużo akcji i więcej dramaturgi, co nie pozwalało na oderwanie się od lektury, a jak już miałam przerwę to cały czas myślałam jak to dalej się potoczy. Akcja dzieje się dwutorowo, trochę w Leszygrodzie, a trochę na Notrze, przez co akcja jest dynamiczna i obfita w zaskakujące zwroty akcji. Tak jak w poprzednim tomie, akcja jest prowadzona z perspektywy różnych postaci, co umożliwia nam lepiej poznać ich historię oraz motywację. Poznajemy zwyczaje i codzienne życie odległego ludu na wyspie, jak różni się od tego na wielkim lądzie oraz z czym muszą się zmagać. Wizja pomocy siostrze przeważa nad obawami, gdyż mieszkańcy wyspy obcych traktują z wyjątkową wrogością. Wprowadzą również trochę zamieszania w życiu naszych bohaterów, dojdzie nawet do porwania. W Leszygrodzie nie dzieje się za dobrze, kult bogini Mokosz zostanie wyparty przez Swarożyca, niektóre osoby będą zmuszone do ucieczki przed fanatycznym żercą. Wszystko przesycone dramatem siostry, poszukiwaniem zaginionej znajomej, rozterkami osobistymi bohaterów, niektórzy staną przed trudnymi życiowymi wyborami, inni dalej szukają swojego miejsca na świecie. Lekki styl, przyjemny klimat, mnóstwo wierzeń i zwyczajów słowiańskich oraz napięcie, które wzrasta w odpowiednich momentach. Nie zabraknie również magicznych postaci, które autorka zgrabnie wplata do fabuły. Polecam 💙