A może by stąd po prostu pójść? Wyjść, na nic już nie czekać. Poddać się.
Nie próbować już na siłę, pogodzić się z niekompletnością, niewystarczaniem.
Ile się można starać, stawać ciągle na wysokości zadania? Tyle tego planowania, zasad, ograniczeń, a jaki finał? Nerwy, zmęczenie potworne, ciężkie noce.
A po co to komu? Nikt i tak nie zauważa.
Przedświt to powieść podszyta niepewnością i lękiem, w której jawa miesza się ze snem, a prawda z fikcją. To głęboko poruszająca historia, która stawia pytania o stracone szanse i miejsce człowieka we współczesnym świecie. To portret naszych czasów przesycony emocjami, których często sami nie potrafimy nazwać.
nie tego się spodziewałam. widać, że autor chciał się wygadać, ale czy wszystkie formy autoterapii muszą być publikowane? wątpię. bardzo millenialskie, z przeklejonymi tekstami z pięćdziesiątego okrążenia internetu. może gdybym miała 10, 15 lat więcej, mogłaby dostać 1-1,5 gwiazdki w górę. bardzo dużo światła i dialogów na stronie, dla mnie na minus. nie jest tragiczna, bo wiąże się koniec z początkiem, ale wiem, że pisząc to już o niej zapominam.
"Zawsze coś da się zrobić". A jeśli nagle okazuje się, że nie? Wtedy albo siadamy i czekamy na nieuniknione, albo próbujemy zrozumieć. Bohater "Przedświtu" próbuje zrozumieć. Przekroczył smugę cienia, jest - jak Dante - "w środku wędrówki żywota", tyle że, kontynuując trop "Boskiej komedii", poza piekło nie wychodzi. Na kozetce u terapeutki, podczas spacerów po mieście i spotkań z przypadkowymi i nieprzypadkowymi ludźmi, rozkłada swoje życie na czynniki pierwsze. Zresztą w sumie może wcale nie wędruje i wcale się nie spotyka, bo wszystko to w jego głowie, a twarze innych są jego twarzą... Jest człowiekiem z pozycją zawodową i rozsypanym życiem prywatnym. Generalnie nie podoba mu się to życie, ale nie umie go zmienić, nie wie, jak się za to zabrać. Niczym Józio z "Ferdydurke" spotyka dawnego nauczyciela i zdaje relację z nauki życia. Uczniem akurat w tej dziedzinie nie czuje się najlepszym. Z kolei niczym dojrzały Józef K. z "Procesu" ma wrażenie, że ktoś go o coś oskarża, sam się oskarża, mimo że w sumie gdzie tu jego wina? "Dwóch żyć się nie da przeżyć, żeby porównać" - i to go dobija. On powinien o swoim życiu wiedzieć najwięcej, a wie tylko, że jest samotny. I że się boi. Wszystkiego się boi. Chciałby wypłynąć na otwarty ocean, a tapla się przy brzegu.
Przygnębił mnie "Przedświt". 3/4 powieści łapało mnie za serce, bo jakoś te lęki i rozterki bohatera były mi bliskie. Pod koniec czułam się zmęczona, a finałem trochę rozczarowana. Całe spotkanie z powieścią Tomasza Michniewicza uznaję jednak za udane, bo odważnie obnaża to, co w każdym chyba dorosłym człowieku tkwi, chociaż większość boi się do tego przyznać.
W końcu, po 10 miesiącach udręki udało mi się przeczytać tę książkę. Nie dlatego, że nie miałem czasu, a temu, że była to po prostu całkowicie nudna i źle napisana powieść. Początek i środek tragiczne, końcówka umiarkowana, zakończenie idiotyczne.
„-[…] Czego się boisz tak naprawdę? Że wiem, kim jestem, właśnie dzięki tym zakazom. I jeśli raz je złamię, to już nie będzie powrotu. Rozpadnę się w środku, stracę wszystko. Zgubię kierunek.”
Na początku było naprawdę ciekawie. Potem wkradł się duży chaos. Szkoda.
Dwie gwiazdki, i to nie za treść, tylko samą formę.
Przebolałam 40 stron, bo słyszałam pozytywy o reportażach. Piękne wydanie, twarda okładka z dobrą grafiką, dobra gramatura papieru i rozłożenie tekstu - widać, że naprawdę ktoś pokładał w Przedświcie swoje wszystkie nadzieje.
Zakupiłam wiedząc, że nie jestem target audience, bo bardzo chciałam przeczytać coś nowego od polskiego autora, i to jeszcze w dodatku takiego co ma niby znakomicie poruszać tematy odnajdywania się we współczesnym świecie. No nic, człowiek czasem zawiedzie się wszystkim, nawet obiecującym wydaniem i wyselekcjonowanym marketingiem.
W środku znajdziecie dużo błędów; prób fikuśnego języka; "głębokich" przemyśleń, które są po prostu milenialskimi cytatami z tumblr 2014 i popularnymi one-linerami z cytaty.pl i więcej...
I proszę, nie, błagam, niech autorzy w swoich debiutach przestaną tworzyć tych ponadprzeciętnych, "innych" bohaterów. Drogi Tomaszu, to nie jest Niezgodna.
W każdym razie, jeśli Przedświt jeszcze nie stoi na waszej półce i nie zbiera kurzu, to nie polecam się w niego zaopatrywać. Nic odkrywczego, nic nowego, a przede wszystkim, nic co miałoby wzbudzić w czytelniku jakiekolwiek emocje (prócz pożałowania wydania 49,99) . Jedyne co przychodzi na plus to sama idea łączenia snu z jawą, ale po to też mamy wiele innej literatury, która dokonuje tego miszmaszu o wiele lepiej i to jeszcze z przytupem.
Bohater książki nie może poradzić sobie z emocjami, które w nim buzują po rozwodzie z żoną. Mężczyzna trafia do terapeutki, która ma mu pomóc w poradzeniu sobie z kryzysem. Bohater nocą wędruje po Warszawie, spotyka wiele osób, które próbują pomóc mu zrozumieć wiele kwestii.
„Przedświt” to zbiór sytuacji, przemyśleń, urywków wspomnień z życia głównego bohatera, poukładanych bez spójności. Pojawia się dużo przemyśleń dotyczących głównie miłości, czasem i śmierci.
Czy mi się podobała? I tak, i nie. Wertowałam kartki, płynnie się czyta tę historię. Fabuła oscyluje wokół głównej postaci, nie ma ozdobników i wypełnień - to na plus. Poboczne postacie, które się pojawiają, są chyba najciekawszym elementem. Do zalet mogę także zaliczyć niektóre fragmenty, które faktycznie dają do myślenia. Jednak nie potrafiłam się wczuć w historię; i nie dlatego, że podejmowane wątki mnie nie interesowały - bardzo lubię czytać o problemach, rozterkach, żalu i stracie - po prostu główny bohater wydawał się mało ciekawy. Szkoda.
Ta książka, która zmusza do refleksji nad zwyczajnością i próbą zmierzenia się ze swoimi lękami.
Chociaz ogólny zamysł mógłby mi sie spodobać, to jest to tak wielki zawód. Dla mnie ta książka jest męcząca i nie wyróżniająca sie w żaden sposób na tle współczesnej literatury. ALE czytajmy Chrobota! tego autora.
Q: Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się przeczytać opis książki i pomyśleć: “O czym do jasnej anielki to będzie?”?
Miałam tak czytając tylną okładkę “Przedświtu” Tomasza Michniewicza. Dla mnie to świetnie - uwielbiam książki, które nie wiem co mi zaoferują. A debiut tego autora ma do zaoferowania dużo.
Dzieje się w niej wiele. To książka, w której jawa miesza się z fikcją. I o ile na początku próbujesz rozróżnić co jest czym, po kilkunastu stronach raczej porzucisz te starania. Utrudnia to dodatkowo ciekawa forma dialogów, którą wykorzystał autor. Oryginalna i niecodzienna. Bardzo przypadła mi do gustu.
Przyznam szczerze - do przedostatniej strony byłam pewna, że książka błądzi. Że chce nam przekazać na tyle dużo, że nie umie wybrać głównego wątku. Obiecuję, że nigdy więcej tak nie pomyślę! - ostatnia strona szokuje. Wszystkie wątki poboczne sklejają się w całość, uzupełniają luki, które wcześniej ziały pustką i tworzą naprawdę sensowny obraz.
Ale mimo głównej myśli książki, na pewno odbierzesz też poboczne lekcje. Jest dużo o straconych szansach. O niewykorzystanych możliwościach i życiach, które chcielibyśmy prowadzić, ale jest już na to za późno. Jest o wielu rodzajach samotności. O braku umiejętności w podejmowaniu decyzji. Oraz trochę o potrzebie dzisiejszego człowieka bycia wysłuchan*, jednocześnie robiącym monolog z dialogu. O tych myślach mogłabym pisać i pisać, ale większa satysfakcja będzie, gdy znajdziesz je sam*.
Refleksje są na tyle uniwersalne, że główny bohater nie jest nikim konkretnym. I chyba sam autor nie chciał aby był tylko jedn* z nas. Ostatecznie nie poznajemy jego indywidualnych cech. I dzięki temu możemy się z nim mocno utożsamiać. Dla mnie główny bohater jest każdym po trochu. Lub po prostu ja się zbyt mocno z nim utożsamiam.
To książka przepełniona żalem. Odnoszę wrażenie, że lęk miał grać tutaj pierwszoplanową rolę, ale dla mnie żal zdecydowanie go przyćmiewa. Te 220 stron wręcz od niego kipi.
Mój egzemplarz jest pełen zaznaczonych cytatów, ale fragmenty nad którymi najdłużej się zastanawiałam to te, w których główny bohater próbuje się rozprawić z toksyczną męskością i stereotypami dotyczącymi tej płci. I momentami te zdania skręcały w niebezpieczne rejony, ale autor sprawnie wtedy łapał za kierownicę i manewrował nią tak, że nie wypadł z toru oraz nikogo nie potrącił. A było blisko. Z resztą chętnie kiedyś ponownie przeczytam książkę skupiając się tylko na postaciach kobiecych - bo występują w konkretnych rolach, czasami w danych toposach literackich wykorzystanych w powieści.
Ale to co w książce zachwyca najbardziej to metafory. Piękne, życiowe, trafne i zrozumiałe. Jednocześnie tak zaskakujące, że nie spodziewałam się żadnej z nich. Odkrywanie każdej kolejnej to była dla mnie ogromna przyjemność.
Dobra rada: na koniec przeczytaj jeszcze raz opis książki. Wszystko wskoczy na swoje miejsce.
„Przedświt” to powieść podszyta niepewnością i lękiem, w której jawa miesza się ze snem, a prawda z fikcją. To głęboko poruszająca historia, która stawia pytania o stracone szanse i miejsce człowieka we współczesnym świecie. To portret naszych czasów przesycony emocjami, których często sami nie potrafimy nazwać.
Początkowo miałam ogromny problem z wgryzieniem się w historię. Książkę odkładałam parę razy, aż w końcu poddałam się i popłynęłam w opowieść, która miesza się na jawie. Co jest prawdą, a co fikcją. Surrealizm, abstrakcja. Niepokój. Bohater zanurza się w swoich wspomnieniach, myślach. Granat przechodzi w szarość. W tym kolorze pogrąża się bohater. Nieoczywista opowieść, liczne zwroty akcji. Bohater, który doświadczył wielu rzeczy, ale wciąż goni za emocjami. Zastanawia się nad swoim życiem i szuka głębi. Rozmowa z terapeutą zabiera go na granice surrealizmu.
Czytając, momentami miałam wrażenie, że opowieść o każdym z nas. Można znaleźć odniesienia do swojego życia i skłania do refleksji. Autor w świetny sposób oddaje perypetie życiowe, przez które przechodzą bohaterowie. Skłania nas do zatrzymania na chwilę i zastanowienia nad podejmowanymi wyborami. Sytuacje zmieniają się, co dzieje się nagle i bez związku. Typowy oniryzm, za którym nie przepadam, ale autor poradził sobie świetnie. Miał bardzo trafne spostrzeżenia, szczere i przejrzyste wypowiedzi.
Przychodzi w życiu moment, w którym podsumowujemy siebie, oceniamy gdzie jesteśmy, ile osiągnęliśmy, czy żyjemy zgodnie ze snutymi w młodości planami. Jedni robią to wcześniej, inni później, są pewnie szczęśliwcy, którzy takich podsumowań nie potrzebują.
Bohater powieści Tomasza Michniewicza znajduje się na przysłowiowym zakręcie, bolesny rozwód staje się pierwszym krokiem do próby podsumowania całego życia - życia zawodowego i prywatnego, wzlotów i upadków, zgodności z młodzieńczymi ideałami. Ale czy na pewno? Opowieść przypomina sen, wątki się urywają, bohater w jednej chwili przenosi się ze sterylnego gabinetu psychologa do ciemnego kasyna, pustego baru, pląta się bezradnie po ciemnych ulicach miasta. Osoby, które spotyka mogą być kimkolwiek, mogą być też nim samym, w przypadku gdyby w newralgicznych momentach życia podjął inne decyzje, wybrał inną drogę.
Autor używa pięknego, literackiego języka, cała powieść jest wielką metaforą. Nie jest to książka dla osób, które w literaturze oczekują fabuły i spójności, tu nic nie jest takie jak się wydaje. Dużo w niej surrealizmu i błądzenia między rzeczywistością a snem. Mam wrażenie, że odbiór tej książki uzależniony będzie od tego gdzie czytelnik akurat się znajduje, czy będzie umiał się odnaleźć w pełnych wątpliwości rozważaniach bezimiennego mężczyzny. Według mnie warto spróbować.
To rzecz o kryzysie wieku średniego. O poważnym zakręcie życiowym, który jest pretekstem, by zrobić pierwsze posumowania i zadać sobie fundamentalne pytania. I nie o nie tu chodzi, ale o odpowiedzi, które często napawają nas lękiem. Co robimy ze swoim życiem? Gdzie jesteśmy na osi czasu? Czy dobrze wykorzystaliśmy ten czas? Ile jeszcze przed nami? Kiedy wreszcie będziemy szczęśliwi? Kiedy wreszcie poczujemy się ze sobą dobrze?
Wszystko tu jest płynne. Świat realny miesza się z tym wymyślonym. Teraźniejszość z przeszłością. Bohaterowie z sobą nawzajem. Zacierają się granice. Przejścia są rozmyte.
Niby wszystko się zgadzam… Jednak coś mi zgrzyta.
Ja wiem, czym jest kryzys. Bardzo go rozumiem i czuję głęboko w trzewiach. Jednak ktoś, kto nie ma o nim zielonego pojęcia, prześlizgnie się po tej prozie. Ten reporterski, zdawkowy język nie wciąga, nie daje punkt zaczepiania, nie daje oddechu i czasu na refleksję. Książkę czyta się błyskawicznie, ale ten wartki strumień porywa i niesie. A tutaj trzeba przystanąć, zastanowić się, odnaleźć w sobie zagubienie. Trwanie w kryzysie wymaga uważności. To gręźnięcie i mozolne wyswabadzanie się, a nie sprint.
Czytanie tego było seansem, jak sen, który się ma podczas gorączki 40°C w wieku 8 lat dalej pamiętany bo upływie czasu. Kto wie czy był prawdziwy czy zmyślony. Pierwszy raz sięgam po powieść tego typu i chętnie sięgnę ponownie. Chaotyka akcji, gdzie nie wiadomo co jest prawdą, co jest snem, co jest wyobrażeniem trzyma w niepewności, a jednak książka dalej potrafi stawiać pytania, pokazać mi jako czytelnikowi nad czym powinno się zastanowić w życiu. Czy może coś jest nie tak w moim rozumowaniu, w tym jak postrzegam siebie, swoje winy, w tym jak postrzegam życie i jak do niego podchodzę. Nie mam pojęcia co czuć na koniec, nie wiem jak określić to, co we mnie wzbudziła powieść, i możliwe, że właśnie taki był zamysł.
Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Okładka idealnie oddaje to co dzieje się wewnątrz. Wszystko jest rozmyte i przez to bardzo kojarzyło mi się ze "Sklepami cynamonowymi", gdzie cała akcja dzieje się nocą, a rozmowy, miejsca akcji i wydarzenia przybierają co rusz nowe formy. Jest tutaj dużo smutku i rozczarowującego opisu rzeczywistości, uwagi, które zaznaczałam bo ze mną rezonują, a pojawiały się już w mojej głowie. Jak mówiłam nie jest to książka lekka, ale ja takie lubię. Dużo dekadentyzmu i rozkładania swojego życia, a właściwie i samego siebie na czynniki pierwsze. Wymagająca skupienia i dostrzegania co jest prawdą, a co fantazją. Oniryczna i poetycka.
Świetna książka, gdzie jawa miesza się ze snem. Tak, jak i bohater, tak i czytelnik ma problemy z ich rozróżnieniem. Dodatkowo nie da się przy jej czytaniu nie zastanawiać nad własnymi życiowymi wyborami. Nad sukcesami i utraconymi szansami. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
Tomek Michniewicz jest moim ulubionym autorem od lat. Niestety mimo mojej ogromnej miłości do jego reportaży ta książka spadła bardzo nisko w moim rankingu, ledwo ją doczytałam - ciężkie i niezrozumiałe wątki. Szanuję za odwagę na zmianę gatunku ale jednak nie mogę tego nazwać sukcesem.
Pierwsza książka Tomasza Michniewicza, którą przeczytałam. Na pewno na półce zagości ich więcej - Chrobot w sumie już czeka. Polecam, nie wiem tylko czy jesień to dobra pora na czytanie akurat tej ksiazki (jak ktoś ma jesienną chandrę to zdecydowanie lepiej zostawić sobie tę pozycję na zimę).
Obiecujący początek, kilka ciekawych refleksji, bohater, który do pewnego stopnia ze mną rezonował. Później niestety znacznie gorzej, książka nie idzie w żadnym kierunku, krąży wciąż dookoła tego samego wątku nie proponując jego rozwinięcia i generalnie staje się nużąca.
Daję jedną gwiazdkę, bo mniej się nie da. Ta książka to mój czytelniczy zawód roku. Uwielbiam reportaże Michniewicza i szkoda, że jednak przy nich nie pozostał.
Nie twierdzę, że jest zła. Po prostu jest o lękach, z którymi się nie mogę utożsamiać. Myślę, że może bardziej przemówi do jakiegoś zagubionego mężczyzny, może go przytuli.
Jedna gwiazdka za to, że gdzieś w tej książce jest historia, która by mi się bardzo spodobała, druga – za kilka przemyśleń, które uznałem za bliskie moim