Horrifying and hilarious, Cornelius the dog is a spectacular train wreck―you just can’t look away
Cornelius is a fumbling loser, the butt of everyone's jokes. When his friend Alspacka iskidnapped, the subsequent criminal investigation turns into a dramatic and emotionalordeal, upending Cornelius’s life. Torn between his desire to be a writer and his immenseguilt over his cowardly role in Alspacka’s abduction, Cornelius is a classic Faustian figure:an aspiring artist so hungry for success that he will pay any price.
Rarely does a book so delightfully defy categorization. Cornelius is an experience: afarcical collage that reads like a drug-fueled fever dream, an intense emotional pendulumoscillating between psychological horror and slapstick comedy―a real roller coaster. Andtruthfully, Cornelius is all this and more: a brand, a phenomenon, a way of life. From thesingular mind of Marc Torices comes a surreal, carefully curated universe, complete with itsown icons, mythology, and metanarratives.
Exquisitely drawn, Cornelius’s kaleidoscope of styles pays homage to the comicsmedium, an unabashed love letter to the form itself. Translated from the Spanish by EisnerAward-winner Andrea Rosenberg, Marc Torices's critically acclaimed and award-winningCornelius is mesmerizing in its originality.
Marc Torices is a Spanish cartoonist, illustrator and animator. Torices studied illustration at the Llotja-Avinyó school in his home city of Barcelona, Spain. His early comic works appeared in a number of fanzines, many published under the small imprinting Zángano Comix, which he co-founded. A recurring character in Torices strips, Cornelius the dog eventually became the protagonist of his graphic novel Cornelius: The Merry Life of a Wretched Dog (2023). Among his other books, the comic biography Cortázar (2017), written by Jesús Marchamalo. Torices has also worked in animation, most notably directing the award-winning shorts Knockstrike, co-directed with Pau Anglada y Genís Rigol and Naive Mischief in Oak Paso.
Marc Torices es en realidad el nombre de un colectivo formado por los mejores dibujantes de cómic de este mundo y/o cualquier otro. Cornelius es un milagro.
Half a sentence into the Prologue I was pretty sure I wasn't going to like this. Reading the rest of the book was just an exercise in turning a hunch into a certainty.
I'll never understand the appeal of absolute garbage like this.
Ostensibly, a reprehensible loser (who happens to be a dog) finds himself entangled in a kidnapping. His very existence makes the lives of others worse, but we follow him for hundreds of pages watching his wretchedness.
To add to the tediousness, there's a conceit that this book is only a small part of the title character's publishing history with a timeline that goes back hundreds of years and thousands of books. This culminates in 15 pages of end notes in tiny print that are pure drivel about the fictional creators and companies behind the scenes.
Bad dog!
(Best of 2025 Project: I'm reading all the graphic novels that made it onto one or more of these lists:
Si alguien declara a Cornelius como el mejor cómic español- hispanoamericano o mundial, de todos los tiempos, y a Marc Torices como el mejor historietista de la década, o del siglo XXI, o de la historia, yo no me opongo. Así de mucho me gustó.
Vaya pedazo de obra, ahora echaré de menos a Cornelius y a sus compañeros con nombres bastante complicados de acordarse 😖
En esta recopilación conocemos a Cornelius, que al parecer desde hace tiempo se han hecho viñetas de él, y en esta ocasión nos adentramos en una historia (novela gráfica), en la cual constantemente hay variedad de estilos diferentes de viñetas, lo cual consigue que sea una historia muy entretenida e interesante.
Los temas tratados son bastante duros, aunque se hace balanza gracias a los toques humorísticos, a veces tirando del humor pesado, que queda genial con las desgracias de Cornelius 🤭
Recomiendo mucho esta lectura, deja aprendizajes tales como: conocer quiénes son tus amigos de verdad y la importancia de actuar en x situación, sino la culpa te carcome por dentro.
What a wild comic! Marc Torices pops out of seemingly nowhere with this very impressive debut. Translated from Spanish (Torices lives in Spain).
It's presented as this fictional character, a super popular pop-icon. Something like Mickey Mouse but way more popular. This fictional background lets Torices play with a lot of different art styles, mimicking old newspaper strips up to more modern comic formats. At times it reminded me of something Chris Ware would do.
But the narrative is actually pretty straight forward. If I have a criticism its that the book at nearly 400 pages doesn't have a lot of story to tell. It spins its wheels a bit too much. That said, the artwork is so nice throughout, especially with the amount of variation, that it works.
Literalmente que el tocho me lo he leído en un rato. Es un comic de un humor un tanto absurdo y crudo en ocasiones, cada historieta juega con distintos tipos de dibujo lo que me hace muy interesante. Me he quedado con ganas de más aventuras. Lo único que no me gustó es el efecto sucio de algunas páginas, pero luego en parte eso le da su encanto.
I picked it up at a graphic novel shop in Montreal called Drawn and Quarterly because I figured it would be a nice thing to have from the trip. I’m surprised it hasn’t blown up more but the beautiful cover drew me to it.
A wonderfully weird and trippy journey in which we follow a down on his luck dog as he encounters the psychedelic and disorienting ire that the world and life seems to have for him. I really felt for Cornelius and his almost constant efforts to pull it together while his anxiety and stress and fear consistently render him ineffective.
But despite his impotence and fuck ups you root for him. To learn and grow. And I guess I feel the same about myself.
Absolutamente imprescindible. Una locura de principio a fin con unos personajes demenciales, que son todos unos hijos de puta mezquinos y despreciables. Todo eso envuelto en un meta universo totalmente delirante.
Además la edición es súper cuidada y el dibujo y los colores saltan de las páginas.
Czy pamiętacie z dzieciństwa w latach 80/90 ten obłęd, który zapanował kiedy z Republiki Miami (Majamu) dotarły do nas gadżety z psem Corneliusem? Były naszywki na fartuszkach przedszkolaków i workach na kapcie do szkoły, uroczy czworonóg gościł na czapkach z daszkiem, przypinkach i opakowaniach chrupek. Nie można było się od tej mody opędzić, Cornelius prawie wygryzł Rumcajsa i Tytusa. Istne szaleństwo. Nie pamiętacie? Nic dziwnego, bo to wszystko zostało zmyślone, ale uważam, że z dużym prawdopodobieństwem mogło się wydarzyć. Jest bowiem komiks Marca Toricesa dziełem kompletnym, wielkim (nie tylko pod względem rozmiaru, którym dorównuje Biblii 1000-lecia), wyjątkowym i nieokiełznanym w formie, które ma wszelkie predyspozycje do zostania kultowym (nie bójmy się tego słowa).
Cornelius to pies, co chodzi na dwóch łapach, jak Ferdynand Wspaniały, ale niestety wspaniałością żółtemu koleżce nie dorównuje. Jest kompletnym przeciętniakiem, wynajmuje mieszkanie z kumplami, zasuwa na mopie w kompleksie sportowym, niczym się nie wyróżnia. Choć ma jakieś skrywane ambicje, jego życiem rządzi przypadek, a Cornelius po prostu płynie z prądem, „podejmowanie inicjatywy” to hasło nieobecne w jego słowniku. Ma kilku przyjaciół, niektórych tylko dlatego, że łatwo drzeć z niego łacha. Do tego utyka w spirali samonapędzających się nieszczęść, następujących jedno po drugim, być może nawet zaraźliwych. Memła, ciapa i pechowiec z tego psa. A do tego tchórz. Komiks zaczyna się od slapstikowego żartu, właściwie po pierwszych kilku stronach nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Ja byłam przekonana, że dostanę kolekcję sarkastyczno-nihilistycznych pasków wyśmiewających naszego nieudacznika, zaskoczyło mnie więc, kiedy zawiązała się akcja, która w dodatku mnie wciągnęła. Chociaż całą fabułę można zamknąć w jednym zdaniu (którego tu nie napiszę, żeby nie psuć wam przyjemności), świat wewnętrzny głównego bohatera, relacje z innymi, nietuzinkowe postacie drugoplanowe tworzą bogatą, angażującą historię. Rozterki Corneliusa, choć mogą budzić irytację i poczucie, że „my byśmy tak nigdy nie zrobili”, są bardzo życiowe i myślę, źe dopadają większość z nas w najróżniejszych sytuacjach. Torices umie w personifikację, więc fantastycznie połączył w swoich bohaterach cechy ludzkie i zwierzęce, dzięki czemu, choć dziwaczni, wydają się autentyczni. Całość polana jest gęstym, surrealistycznym sosem, zaczynając od przyjaźni międzygatunkowych i różnego stopnia zezwierzęcenia postaci, przez dialogi, po przypisy, które są super szczegółowe i dokładne, aż można by pomyśleć, że prawdziwe. A tu klops, wszystko w tym komiksie to bujda na resorach, co nie zmienia faktu, że gdyby Republika Majamu istniała, bukowałabym bilet na samolot już dziś.
Nie wiem czy to do napisałam o warstwie fabularnej Corneliusa jest przekonujące, ale to jest kompletnie nieważne, bo Corneliusa czyta się przy okazji, przede wszystkim jednak się go ogląda. A to co Marc Torices wywinął w warstwie graficznej to jest jakiś kosmos. Szalona mieszanina stylów, kresek, kolorów, które uwolnił z odmętów wyobraźni zachwyca. Dzieje się tu tyle, że nie wiadomo gdzie oczy wsadzić, jednocześnie wiele rysunków chce się kontemplować i zatrzymać na nich na dłużej. Wszystko przedstawione jest w konwencji odcinków ukazujących się w zmyślonych (a jakże!) czasopismach, opatrzone wspaniałymi nagłówkami, które też są częścią opowieści. Grafika wylewa się poza kadry (nie wyobrażacie jak się wściekłam, kiedy pomyślałam, że ktoś w drukarni testował długopis na moim egzemplarzu 😅). Wszystko jest przemyślane, dopracowane, genialne! Do tego przepięknie wydane, ta okładka z zaokrąglonym grzbietem i złoconymi literami, och ❤️
Chociaż moim ulubionym polskim wydawnictwem komiksowym jest Kultura Gniewu, bo sięga po komiksy poruszające wiele ważnych dla mnie tematów i wydaje moje ulubione osoby autorskie, to mam ogromny szacunek do wydawnictwa Mandioca, które nie boi się tych monumentalnych (i na pewno bardzo drogich w produkcji) albumów wydawać. Jest duża szansa, że właśnie przeczytałam ulubiony komiks tego roku. Pełen zachwyt.
O tym, że Marc Torices jest pilnym uczniem Oliviera Schrauwena i Chrisa Ware, wiedzielibyśmy nawet wtedy, gdyby sam się do tego nie przyznawał. Od pierwszego bierze choćby kolory, często przybrudzone, czasem sugerujące efekt aerografu, ale również surrealistyczne motywy fabularne. Z drugim łączą go zabiegi formalne tak lubiane przez autora „Jimmiego Corrigana”. Spodziewajcie się zabawy z mnożeniem kadrów, różnicowaniem ich wielkości i natężenia, a także typografią (flirtowanie z plakatową czy reklamową retro czcionką, rozpoczynającą poszczególne motywy) i wrażenie teatralności całości, gdzie wyznaczane odmienną grafiką części to jakby kolejne elementy przedstawienia.
Zresztą Cornelius, gdyby nie był psem (która to forma też jest bardzo umowna), byłby typowym bohaterem komiksów Ware’a. Życiowy nieudacznik z zerową siłą przebicia, który częściej daje się ponieść nurtowi zdarzeń, niż wywiera na niego jakiś wpływ. Gdy widzimy go jako odważnego i stanowczego to znaczy, że śledzimy zaledwie jakieś wyobrażenia o sobie, bo (znowu) jako typowy Ware’owy przegryw, miewa bujną wyobraźnie na temat swoich rzekomych szlachetnych poczynań. Można by sądzić, że bohater Toricesa nie wzbudzi aż tyle troski, co postacie „Building Stories” czy „Rusty Brown”, ale to tylko przykrywka. Pod płaszczykiem tych wszystkich zwierzęcych przebieranek kryje się gość, nad którym empatyczny czytelnik z pewnością pochyli się ze współczuciem, bo Cornelius, kumuluje te cechy, jakie w mniejszym lub większym stopniu posiada każdy z nas, nawet jeśli bardzo to wypieramy.
Pod koniec pierwszej części „My Favorite Thing is Monsters” jest scena, w której po setkach stron przedstawiania bohaterki jako potwora, widzimy ją przez chwilę taką, jaka jest naprawdę, czyli małą dziewczynkę. Torices zastosował podobny zabieg. Nagle widzimy detektywów nie jako koty (jak dotychczas), lecz ludzi w poważnej scenerii. To potwierdza coś, co oczywiście wiemy od początku - że za całą tą słodko-gorzką maskaradą kryje się poważna i dramatyczna historia.
Co jeszcze? Torices jest świetnym grafikiem. Nawet jeśli sama fabuła nie trafi w gust czytelnika, z pewnością nie będzie się nudził patrząc, jak autor fantastycznie bawi się stylami i konwencjami. Wychodząc od sitcomowego żartu, przechodzi do coraz bardziej spójnej i zwartej opowieści, którą wprawdzie dałoby się streścić w kilku zdaniach, ale zabawa polega głownie na podążaniu za wątpliwościami, niezdecydowaniem i beznadzieją, w jakiej pogrąża się pies. Całość zresztą opakowano w większą opowieść o postaci Corneliusa, jako bohatera stworzonego 300 lat temu w Republice Majami. Ten fikcyjny kontekst (bardzo rozbudowany w posłowiu) nie jest jednak w żaden sposób istotny dla przebiegu zdarzeń i szczerze mówiąc nieco mnie wynudził.
Podsumowując, mimo że Torices świadomie nawiązuje do swoich mistrzów, prezentuje tak szeroki wachlarz artystycznych umiejętności, że automatycznie staje się autorem jednego z najlepszych tegorocznych komiksów nad Wisłą. Kwintesencja ambitnej zabawy dla czytelnika szukającego nieoczywistych historii.
El eterno tropezar de la angustia perruna. Una ensalada bien aliñada con un poquito de Chris Ware, Daniel Clowes, la fauna de Jason y algún otro condimento que se me escapa.
Espectacular. Desde los diferentes estilos de dibujo, hasta lo absolutamente despreciables que son casi todos los personajes, sobre todo Cornelius, quien ni siquiera es capaz de compensarlo con un poco de carisma. Increíble que un ser tan anodino e hijo de puta pueda ser el mejor protagonista posible.
4.5 !!!! Absolument farfelu mais superbe dans son ensemble. Je reprend le passage d’une critique en ligne parce que je ne peux pas mieux le formuler. En gros, attendez-vous exactement à ça :
“Présenté comme un recueil de publications à succès dans de vieux magazines d’un pays imaginaire, l’ouvrage accumule ainsi les chapitres courts aux formes très différentes, du strip absurde à la planche de gags, du récit introspectif au thriller violent, de la chronique d’un inadapté au délire déviant.”
Full impressionnée des divers styles d’illustrations sur 400 pages, c’est vraiment vraiment hot. Ça donne l’impression que l’auteur-illustrateur a voulu repousser ses limites, comme un jeu ou un exercice. C’est très cool.
Edición incómoda, por su enorme formato, y por algunas páginas con letra excesivamente pequeña, pero con un contenido tan original, absurdo, agudo y sensible, que merece totalmente la pena. La variedad de estilos aportan información subliminal, y le dan una agilidad muy fresca. Hay algunas páginas sencillamente geniales. Míralo!
Where is the line between someone who is truly evil and someone who is just really, really stupid? Is there a line at all? Are they one in the same?
I’ve never seen anything like this book before. This book bends the meaning of “graphic novel” towards itself. It’s hard to believe that the author was around my age when he started writing it—it’s wise beyond its years. Cornelius as a protagonist is as easy to hate as he is to love. His anxious, ruminating thought patterns mirror my own so closely that I couldn't help but empathize with him. All the while, the answers to his problems seem so painfully obvious, leaving me to wonder what simple things I overcomplicate in my own life.
This is a school curriculum-worthy modern classic!
This is a devastating read. I absolutely loved it.
I was lucky enough to interview Marc for Bubbles, which will be coming out in the next issue. Looking forward to this book expanding to include an English speaking audience when it comes out in June!
Me leí la mitad del libro con una contractura gigante en la espalda que me hizo sentirme como en un viaje psicodélico (no muy bueno), el resto me lo he leído a gusto y lo he disfrutado mucho. Tengo ganas de releerlo para ver las notas del final con calma. La edición es muy chula, pero es incomodísima de leer, por cierto.
Purely chose to read this because of the cover and oh boy was it a wild ride. Cornelius's moral compass is definitely broken. Or maybe he never had one to begin with.