Czterdziestolatek po zawale dostaje z ZUS-u dofinansowanie na pobyt w sanatorium. Wstrząśnięty i zmieszany tym, czego doświadcza, już od pierwszego dnia prowadzi zapiski. Zebrane w Dzienniku kuracjusza otwierają przed czytelnikiem złote wrota polskiego sanatorium. Razem z Wojciechem Bociańskim zwiedzicie wyłożone marmurem podziemia, pokonacie – pedałując w miejscu – setki kilometrów, zanurzycie nagie ciało w gazowanej gnojówce, a także weźmiecie udział w sanatoryjnym karaoke. Towarzyszyć Wam będzie plejada kuracjuszy: Czyścioch, Pucia, Sum-Oblech, Corega, Wychudzony w Złotych Oprawkach, Lwica, Major i Krzykacz. Dziennik kuracjusza to spisywane na gorąco relacje o tych ludzkich słabościach, których w uzdrowisku wyleczyć się nie da.
Pierwsza część opisująca pierwszy pobyt autora w sanatorium była bardzo ciekawa, nieprzytłaczająca i interesująca (przynajmniej dla mnie, osoby zbyt młodej i zdrowej, by coś wiedzieć o tych przybytkach). Druga, krótsza, opisująca ponowny pobyt, znudziła mnie, z jakiegoś powodu nie spełniła swojego zadania - porównania turnusów, zmian w ośrodku czy podejścia autora. Za to odejmuję jedną gwiazdkę.
Niepozorne maleństwo przeczytane na raz, które dało mi dużo czytelniczej radochy, i na którym chichrałam się co chwilę „Dziennik kuracjusza” to zapis relacji autora z dwóch pobytów w sanatorium. Ja uwielbiam książki fikcyjne, których akcja osadzona jest w takich miejscach, ale chętnie sięgnęłam też po coś niefikcyjnego w takim klimacie. No i okazało się to złotem :) Nadawanie śmiesznych przydomków współpacjentom/kom, bo przecież nie sposób zapamiętać tylu imion! Poznajemy więc Lwicę, Zaspanego, Suma-Olecha, Pucię, Ropucha, Krzykacza czy Hrabinę. W uzdrowisku jak w każdej grupie społecznej widoczny jest też wyraźny podział na kasty. Są ci z NFZ, z ZUSu i ci najbardziej uprzywilejowani i poważani przez personel tzw. komercyjni, a rozróżnić ich można po kolorze opaski na nadgarstku. Oczywiście skoro to ośrodek leczniczy to rytm dnia definiuje harmonogram zabiegów, które nie wszystkim jednak przysługują po równo, co prowadzi to wywołania między innymi afery basenowej przez sercowców. A jak już będziemy po kąpieli w śmierdzącej zdrowotnej wodzie czy po ćwiczeniach fizycznych to czas na prawdziwą rozrywkę. Dancingi, wieczorki poetyckie czy karaoke, ale o zbieraniu grzybów i suszeniu ich w pokojach zapomnijcie, bo prowadzi to do zarobaczenia ośrodka! Zdarzają się też wycieczki krajoznawcze oraz te bliższe do delikatesów „U Agniesi”, gdzie kuracjusze zaopatrują się głównie w wódkę i piwo. Ciekawe spotkania odbywają się też w windzie, której praktycznie nikt nie umie prawidłowo obsługiwać, a niezwykle ważnym punktem są posiłki serwowane trzy razy dziennie (o nieludzkich porach), na których możecie dostać zupę mleczną, ale bez łyżek, bo akurat „wyszły”, podobnie jak solniczki, chociaż one to akurat są wynoszone. Dobra, stop, bo za dużo wam spoileruje. Kupujcie książkę i rezerwujcie turnus na wrzesień!
Miało być śmiesznie, ale było tak sobie. Krótkie, więc można zrobić sobie przerywnik między bardziej ambitnymi lekturami. Autor opisuje swoje wrażenia z dwóch pobytów w sanatorium. Dowiemy się jak wyglądają relacje między kuracjuszami, z personelem, zabiegi, posiłki, dancingi, wycieczki i wykłady. Wiadomo, ludzie są różni i różnie się zachowują. Poznajemy raczej ich wady, niż zalety. Tutaj wywiad z autorem: https://rkk.pl/podcasty/dziennik-kura...
Sanatorium to inny stan umysłu - walka o bezpłatne zbiegi, wieczorki zapoznawcze, męczący współlokatorzy. Wszystko jest! Bardzo fajne zapiski z bardzo ważnej części polskiej kultury :) Kto zna starsze, samotne osoby, ten wie.
Nie raz i nie dwa parsknęłam przy tej książce (nawet w miejscach publicznych) i choć nigdy (jeszcze?) w sanatorium nie byłam, łatwo sobie wyobraziłam wszelkie scenki z tańcami, wycieczkami, niemożnością ogarnięcia windy i ukrywaniem „przysługujących” zabiegów. Druga część jest wyraźnie słabsza i mniej śmieszna, bo narrator powtarza wiele wcześniejszych udanych pomysłów - trochę jakby drugi pobyt był opisany dla objętości