Kiedy biorę do ręki komiks tak obszerny jak „Sunday”, spodziewam się gęstej, pełnej językowych pułapek i fabularnych zakrętów historii. W zasadzie powieść graficzna Schrauwena jest wielopoziomowa i pełna treści, ale ubrana w zaskakująco przyswajalną formę. Konstrukcja całości, jak na rzecz pozornie statyczną i mówiącą o zaledwie jednym dniu, jest nadspodziewanie wciągająca, pomysłowa i obudowana znaczeniami.
Sama forma nie jest w kontekście bibliografii autora niczym nowym. Dosyć luźny styl graficzny, przełamywanie monochromatycznej kolorystyki jaskrawymi barwami (przede wszystkim retrospekcje prezentowane na różowo), przedstawianie zarysów postaci na tle zamglonych teł i sporo przestrzeni w często zróżnicowanych pod kątem układu kadrach – wszystko to składa się na różnorodną, choć jednocześnie bardzo spójną całość. I chociaż wizualne doznania z pewnością są tu bardzo istotne, to, co najważniejsze dla czytelnika, odbywa się na płaszczyźnie samej treści.
Komiks jest prezentacją zaledwie jednego dnia z życia Thibaulta Schrauwena – kuzyna autora, który opowiedział Olivierowi najbardziej beznadziejny i bezproduktywny okres, jaki był sobie w stanie przypomnieć. Już sam pomysł, by przedstawić tak krótki wycinek czasowy niemal godzina po godzinie, nasuwa porównania do „Ulissesa” - Jamesa Joyce’a. Sytuacja, w której czytelnik przygląda się kolejnym prozaicznym i banalnym momentom, wynoszonym za pomocą różnych technik do rangi tematu sztuki, potwierdza te korelacje. Drugim tropem wskazywanym w tekstach dotyczących „Sunday” jest „proustowska Magdalenka”, szczególnie w chwilach, w których zmysły stają się pretekstem do retrospekcji (zaciągnięcie się papierosem). To zresztą trop, na który wskazuje również sam bohater.
Thibault zajmuje się tworzeniem fontów do różnego rodzaju tekstów. Jego aktualna partnerka przebywa w Gambii, a niesforny kuzyn i dawna koleżanka z czasów szkolnych chcą mu zrobić niespodziankę, odwiedzając go w dniu urodzin. Pomysł, by kadry podpisywać myślami narratora, nawet jeśli fabuła prezentuje wydarzenia, w których on sam nie bierze udziału, nie jest może niczym nowym, ale przez to, że jego komentarze zawsze w jakiś sposób wiążą się z tym, co widzimy na ilustracjach, całość nabiera wielowymiarowości i wieloznaczności. Gdy narrator mówi, że robi mu się niedobrze, a jedzenie podchodzi mu do gardła, czytelnik widzi kadry przedstawiające nieczystości wypływające z rury ściekowej, będącej częścią równoległej historii. Wraz z postępującą fabułą poszczególne równorzędne tory fabularne zacieśniają się, dążąc do wspólnego finału. Dawna szkolna miłość, aktualna partnerka przebywająca w Afryce, nieokrzesany kuzyn, sąsiad, drobny pijaczyna spotkany w barze, a nawet szczur walczący z trudami życia w mieście – każdy odgrywa swoją rolę w toczącym się symultanicznie przedstawieniu.
Można chyba śmiało powiedzieć, że przy pomocy kilku chwytów Schrauwenowi udaje się uchwycić chaos i rozproszenie współczesnego człowieka. To ta sytuacja, gdy nagle trafia ci się upragniony dzień wolny i masz na niego tyle pomysłów, że w efekcie kończysz na beznamiętnym scrollowaniu beznadziejnych filmików w mediach społecznościowych, a planowanie i bezproduktywne myślenie o tym co mógłbyś robić, zajmuje więcej czasu niż samo działanie. Autor przedstawia bohatera w szeregu nudnych i komicznych sytuacji, choćby wtedy, gdy próbuje ustalić treść wiadomości sms, jaką ma wysłać do partnerki. Śledzimy jego próby filozofowania i racjonalizowania swojego życia, choć kończy się to najczęściej sarkazmem lub pretensjonalnymi wnioskami. Te banały sąsiadują z celnymi fragmentami, dotyczącymi na przykład filozofii języka i niemożności komunikacji. Powaga i przeciętność funkcjonują na jednej płaszczyźnie. Ma się wrażenie, że bohater ciągle nie może rozpocząć właściwego dnia oszukując siebie, szukając wymówek, nadużywając wybujałej wyobraźni i ulegając ciągłemu rozproszeniu, któremu towarzyszą natarczywe myśli i niemożność ucieczki przed powracającą w głowie melodią.
To wszystko wiąże się z procesem wkraczania w etap wieku średniego, a więc momentem, gdy nie jest się już siłą napędową świata, działa się raczej w ukryciu i przez nikogo niezauważanym. Cały ten dzień to metafora stanu, w którym nikogo nie obchodzisz, a to co najlepsze już przerobiłeś. To jednocześnie dzień zmarnowanych szans na coś konstruktywnego, tak jak marnujemy całe lata, wyobrażając sobie kim będziemy w przyszłości, jednocześnie tkwiąc w bezruchu. Thibault stara się uporczywie nadać swojej egzystencji jakiś nowy sens, choćby wtedy, gdy fantazjuje o zmianie partnerki, mimo że w obecnym związku układa mu się całkiem dobrze. Lubi wizualizować własną postać, jako nieco żałosnego Stand-upera i chce, by w tej komedii każdy z czytelników rozpoznał siebie.