Sierpień w Warszawie jest upalny. Na podwórkach stoi skwar i przechodzą burze. Melancholijny narrator krąży po zakamarkach, przedmieściach i bramach. Zawieszony w czasie, rozkleja siatkę ulic, snując własne wspomnienia i wspomnienia miasta. Pod jego spojrzeniem, podniesionym z książek, ożywają wnętrza kościołów, zajezdnie tramwajowe i martwe witryny sklepów. Odzywają się ludzie – ci wielcy, o których pisze się monografie, i ci zwyczajni, zrośnięci z miastem tak ściśle, że sami stali się jego historią, ale żeby o nich przeczytać, trzeba znać język chodników i ulic.
Proza Pawła Sołtysa prowadzi nas w miejsca, które myśleliśmy, że znamy, i przypomina o rzeczach, o których nie wiedzieliśmy, żeśmy je zapomnieli.
Paweł Sołtys – muzyk, autor piosenek. Jako Pablopavo wydał kilkanaście płyt, zagrał około tysiąca koncertów. Studiował rusycystykę, ale studiów nie ukończył. Jego opowiadania ukazywały się w „Lampie”, „Ricie Baum”, „Studium”. Jego prozatorski debiut Mikrotyki otrzymał nominację do Paszportów Polityki 2017.
W jednym z ostatnich zdań autor przyznaje, że „zaczyna się bać, że nic nie udało mu się opowiedzieć”. Dziękuję, panie Sołtys, za wzięcie na siebie odpowiedzialności, bo ja sam już zaczynałem się bać, że niczego nie udało mi się wyczytać.
3 i 1/2 gwiazdki za przedziwne melancholijne włóczęgi zapętlone w ponawianym bez początku i końca rytmie, podczas których spotykamy z Autorem postaci z legend miejskich lub tylko ich eteryczne powidoki niknące w zmierzchu, to znów wymachujące zaciśniętymi pięściami w blasku sierpniowego słońca tuż przed naszym-Autora nosem.
Poprzednie książki to wycinki świata, gdy "Sierpień" to bardziej wycinki Autora w świecie. Tak więc lektura chociaż niedługa, to jednak kameralna i osobista, a czyta się ją w tempie spacerowym. Gdzieś pomiędzy Zwycięzców a Walecznych Sołtys meandruje w sierpniowych cieniach gdzie mieszkają duchy przeszłości, bliższej i dalszej. A czytelnicy razem z nim.
Na końcu Paweł Sołtys pisze "Zaczynam się bać, że nic nie udało się opowiedzieć". Bo to książka bez celu, bez nadrzędnego przesłania, taka jak szwendanie się po mieście.
Tym razem krótko, skoro i sama książka jest krótka. Paweł Sołtys pozostaje sobą, co bardzo mnie cieszy (chociaż raz przypomina Schultza, innym razem Rymkiewicza i w ogóle wydaje się być poskładanym z różnych pisarzy), a jednak udaje mu się wprowadzić nową jakość. Ta “nowa” jakość tak naprawdę jest stara, tłem książki jest czas, a przeszłość ciągle się autorowi miesza z teraźniejszością. Chociaż temat i forma tej książki wydają mi się dosyć nieuchwytne, to skonstruowałem dwa pojęcia, które według mnie chociaż trochę oddają jej naturę:
"Sierpień" nie będzie moją ulubioną książką Pawła Sołtysa. Nic się tu nie dzieje, to strumień świadomości, przeskakujący ze wspomnienia na wspomnienie, ze skojarzenia na skojarzenie, osobiste, historyczne, warszawskie, różne. Jest w tym urok letniego spaceru po dusznym mieście, proustowskiej magdalenki i literackiego języka, którym Sołtys posługuje się z dużym wyczuciem. Lubię jego uważność i talent do obserwowania świata, słuchania rozmów. I tak trochę z sentymentu dla tego języka, czytajac "Sierpień" w sierpniu, lubię tę prozę, choć mniej tym razem momentów zachwytu.
Mam talent do opowiadania historii, ale nie mam powodu, żeby je spisywać. Głównie dlatego nie mam powodu, że jest Paweł Sołtys. On moje pisarstwo uniepotrzebnił. Sołtys to poeta uwięziony w ciele prozaika. Sierpień: lektura euforyczna. Mimo tonacji molowej. Piękna książka.
Rzeczywiście w porównaniu do poprzednich książek jest to zdecydowanie niższy poziom. Jednak tutaj kluczowego znaczenia nie odgrywa narracja. Bohater wraz z historią snuje się po zakamarkach pamięci i Warszawy, wskrzeszając dawne widma. Język prowadzi tropem śladów, przed oczami nieustannie majaczą stare historie i miejsca.
W październiku po mało sierpniowym (uff, kurde) sierpniu nadal działa pierwszorzędnie, zresztą to chyba jest książka nastrojem bardziej jesienna, choć aurą jak najbardziej letnia, jeśli miałbym się czegoś czepić, to tylko migawkowego dissu na "Królewskie" - w późnych dziewięćdziesiątych, a nawet jeszcze w 2003, było całkiem pijalne, potem faktycznie fuj.
Proza autobiograficzna, eseistyczna, miejscami erudycyjna (bez sprawdzania nazwisk lub pojęć ani rusz). Czarna okładka tłumaczy się chyba stanem psychologicznym narratora. Sprawy nie są tu postawione jasno: nie byłem pewny, czy chodzi tu o stratę kogoś mu bliskiego, jego głęboki osobisty kryzys, coś innego? Życia autora nie śledzę, założyłem, że książkę można czytać bez znajomości jego biograficznego kontekstu - ale chyba jednak dobrze go znać, przystępując do lektury.
W każdym razie narrator przesiaduje w knajpie, albo w domu, jest gorący, burzowy sierpień, czyta książki, o których znajomość nie posądzałbym zbyt wielu ludzi, czasem spaceruje po Warszawie (jako osoba spoza, nie czytałem wielu miejsc w tekście, bo nie znam opisywanych tam dokładnie lokalizacji), zagłębia się w przeszłość własnej rodziny, przeszłość miasta, medytuje nad zapadaniem się przeszłości w nicość niepamięci.
Myślę, że w tej prozie jest głębszy sens, ale wymaga spokojnego, długiego obcowania - niewielka objętość nie powinna zachęcać do błyskawicznego czytania. Literacko - moim zdaniem - mucha nie siada, ale to proza - myślę - dla wybranych czytelników, gotowych oddać swoją uwagę niejasnym sprawom narratora.
Nasza historia zapisana jest w naszych wspomnieniach, spacerach, wymianach myśli, rozmowach, miejscach, ludziach, którzy odeszli i żyją w naszej pamięci.
Paweł Sołtys wybiera się w podróż po swojej Warszawie, tej wieloetnicznej, podzielonej pomiędzy różne narodowości, przedwojennej, powojennej, współczesnej, pamiętającej duże i małe wydarzenia historyczne, osoby będące drogowskazem.
Chodząc po dobrze sobie znanych trasach starego miasta, nowego miasta, niechcianego miasta pozwala by płynęło ono przez niego swoją wzburzoną arterią historii, kultury i fermentu przytłumionych emocji.
Warszawa w jego wizji jest miastem polifonicznym, gęstym, nurzającym się w swoim historycznym niebycie i jednocześnie pełnym symboli i niespełnionych nadziei. Jest to miasto ze snu, który czasem jest marzeniem, a czasem horrorem, w którym stykają się wpływy wschodniego i zachodniego świata.
Można się zatracić w trasach, którymi wiedzie czytelnika i podać rękę, by wiódł nas dalej, bo jest to bardzo sentymentalna podróż.
ja to nie wiem, bardzo lubie piosenki PS, sledze na FB i to tez mądry fajny człowiek, bardzo mi, że się tak wyraże jego podejscie do literatury i to o czym pisze i jak pisze zgadza sie z moimi poglądami, a kurde totalnie nie umiem jakoś kupić tego co pisze. jakoś nie trafia, może cos ze mną jest nie tak, bo teoretycznie bardzo to powinno pasować, a. nie pierwsze to nieudane podejscie do.
(a ta ksiązka to w ogole powinna do mnie trafić bo i pińsk, i cmentarz prawosławny i kijów, zadziwiajaco duzo jakis rodzinnie wspolnych doswiadczen, a tu klops)
PS. wlasnie sprawdzielm ze dwie poprzednie ksiazki jakos ocenilem lepiej, ale mam wrazenie, ze chyba wtedy bardziej z przekonania ze sa dobre, ale do mnie nie trafiaja, a teraz oceniam to jak do mnie trafily. bo to chyba dobra rzecz, ale jakos nie zachwyca chociaz zachwycac moze i powinna XD
Warszawy jest tu sporo ale nie tej obecnej, lecz tej z przeszłości, która czai się na autora na każdym rogu, a najzwyklejszy przedmiot, chociażby karmnik dla ptaków, wywołuje falę wspomnień. Autor bardzo czule opowiada o swojej rodzinie, dzieli się niezwykle intymnymi momentami z mamą i z dziadkiem. Przywołuje świat, którego już fizycznie nie ma, np. z ulicą Wielką, z członkami rodziny, którzy odeszli, ale istnieją w jego umyśle i wspomnieniach. Jest mi bliskie takie patrzenie na rzeczywistość, na Warszawę, wyobrażanie sobie jak tu było kiedyś. A to kiedyś jest bardzo względne. Bo są takie wydarzenia, które miały miejsce “wieki” temu, ale w naszych umysłach i sercach są żywe, jakby z wczoraj. I o tym jest ta książka.
Sierpniowy spacer po Warszawie nasączony melancholią wspomnień o zmarłej matce, ale też zachwytem nad starymi drukami, barokiem, Trylogią czytana tak łapczywie w młodości i ciekawością kim jest ten nieznajomy mijany na ulicy. Momentami bardzo pięknie, chwilami ta „naiwna wrażliwość" ( jak choćby u Myśliwskiego) wydawała się być sztuczna . Mimo to warto, bo choć Sierpień bynajmniej nie jest powieścią dekady, to wywołuje w człowieku słodko-gorzką nostalgię za tym czego już nie ma, za tym czego nawet się nie doświadczyło, a co doświadczył i co opisuje narrator (imo po prostu autor). I to wystarczy.
o wszystkim i o niczym. Książka jest formą spaceru po Warszawie, ale w zasadzie może to być każde inne miasto jakie sobie wymyślimy. opowieść o zwykłych chwilach w wielkim mieście, opisanych w tak ujmujący sposób, że niemożliwe staje się całkiem realne. autor zwrócił uwagę na rzeczy,które ja często zauważam szczególnie będąc za granicą, na miejskie życie mieszkańców, rutynę ulicznego grajka, czy przyjaciół rozmawiających przy kawie. Tytułowy sierpień jest idealnym dopełnieniem książki, kojarzy się z pełnią lata nawet taką przekwitającą końcówką, duszną i gorącą a za razem przyjemną i magiczną.
Paweł Sołtys is best known as an accomplished singer-songwriter (I still prefer the Italian cantautore term), who has also published several books. This is the third of his works I have read, and unfortunately I found it the weakest.
His artistic career started in a roots reggae style before moving towards more traditional songwriting. One of his best-known pieces, Ostatni dzień sierpnia (The Last Day of August), is a moody ballad about the melancholy end of summer. I half-expected this book to be a literary version of that song. Perhaps my disappointment stems from the fact that the song is one of my favourites, or perhaps because the book simply did not hold together.
Sierpień is structured around the author’s flâneur-like wanderings through Warsaw, full of digressions and fragmentary observations. It reminded me of what W.G. Sebald attempted in The Rings of Saturn, though here the execution felt scattered rather than luminous. The narrative meanders, and while there are passages that briefly caught my attention, the whole does not cohere into something engaging.
Overall, while Sołtys is clearly a talented writer, this book felt uneven and left me wanting more substance. Readers who enjoy digressive, reflective prose about cities and memory may still find something here, but I struggled to stay invested.
Słowa Pawła Sołtysa, dzięki moim rodzicom, towarzyszą mi od dzieciaka piosenkami i opowiadaniami z „Mikrotyków”. I niezmiennie mnie to towarzystwo cieszy - jak w wieku kilku i kilkunastu lat, tak teraz w wieku 21. „Sierpień” to nie książka dla tych, którzy oczekują w historii konkretnej struktury czy morału. To bardziej strumień świadomości z intencjonalnie zaburzoną chronologią. Trochę jakby dołączyć do autora w trakcie jego spaceru i słuchać jak opowiada - o wszystkim i o niczym, ale najbardziej chyba o Warszawie, teraz i kiedyś, i o wspomnieniach z dzieciństwa, swoich i cudzych. Książkę pochłonęłam w 2 dni.
Paweł Sołtys bierze na na spacer po Warszawie. I albo Warszawę znam z mało, za mało jest mi bliska albo tempo spaceru mi nieodpowiadało. Skończyłam lekturę kilka tygodni temu i pamiętam tak niewiele, gołębie, kościoły, stare tramwaje, problemy małżeńskie narratora, najkrótszą ulicę Warszawy zakopaną gdzieś blisko Pałacu Kultury i Nauki i może jestem zmęczona, a może po prostu nie dobraliśmy się z "Sierpniem".
Bardzo dobrze napisana literatura pełna ciekawych obserwacji, wspomnień, wiedzy. Niemniej nie urzekła mnie, nie zapadła w pamięć. Jest to językowo świetne, natomiast brak jest psychologicznej czy filozoficznej głębi. Dla mnie takie pisanie, jest OK, ale nic po sobie zostawia. Może jakieś mgliste fragmenty, natomiast nie wywołuje emocji, nie zaskakuje interesuącym spostrzeżeniem. Doceniam, ale chyba nie polecam.