2,5⭐️
Zwiodła mnie znów piękna okładka.
Z Catherine Bakewell miałam już spotkanie, przy wspaniałym w mych wspomnieniach Flowerheart, więc gdy usłyszałam, że wydaje teraz saficką opowieść – nakręciłam się niczym trybik. Pomysł na historię o zapomnianych bogach, potwornych Cieniach i pięknych zamkach brzmi bardzo bajkowo, a teraz, po lekturze, mogę przyznać, że jest to bajka. Where Shadows Bloom to zdecydowanie tytuł skierowany do młodszego, nastoletniego czytelnika. Bardzo trudno jest uwierzyć, że Ofelia i Lope mają lat siedemnaście, że są odpowiedzialnymi (prawie) dorosłymi, szczególnie w przypadku tej pierwszej: naiwność wręcz z niej bije. Rozumiem to, że była odcięta od świata, i że marzy o życiu dworskim, natomiast poziom jej wiary we wszystko czasami potrafi dopiec. A już naprawdę wyraźny staje się w obliczu spotkania z Lope, która stąpa twardziej po ziemii, i której życie nie zawsze było miłe.
Jest pewne zachwianie równowagi w tych narracjach – Ofelia ma i zdobywa wszystko, czego zapragnie, Lope musi walczyć o to ze światem, by na koniec i tak musieć oddać, co zdobyła. Jest też zdecydowanie więcej rozdziałów z perspektywy Ofelii, co jest zrozumiałe, bo jest ona centralną figurą i powodem wszystkich wydarzeń, natomiast jej spojrzenie nie jest tak interesujące jak jej towarzyszki. Bakewell nie stawia na światotwórstwo, jeżeli tego tu szukacie, będziecie rozczarowani. Toteż wrzuca go tyle, ile trzeba, by móc ruszyć dalej, stąd moje rozminięcie się z tą opowieścią. Nie posunęłabym się do wniosku, że to słabej jakości pozycja, zwyczajnie skierowana do kogoś zupełnie innego niż ja – do kogoś, kto szuka baśni, kto jest młodszy i dla kogo prostota bijąca z tego świata czy jego rozwiązań będzie nieważna, bo da się ponieść lekturze.
Należy przyznać, że Bakewell potrafi pisać, i robi to z wielką gracją. Lope jest poetką, i nawet jeśli jej wiersze nie będą rewolucyjne, są zgrabne i miłe dla ucha, a to rzadko się zdarza, by osoba autorska potrafiła oddać artyzm bohaterki bez pretensjonalności lub kompletnego zawierzenia, że czytelnik zwyczajnie w to uwierzy. Ładny jest ton tej historii, autorka pilnuje się, by trzymać narzuconej konwencji i czasów, by nie wpuścić współczesnej angielszczyzny w tekst. I to mogę pochwalić. Wiele rzeczy jest tu na pochwałę, jednak za mało, by mnie w pełni zachwycić.