XY i Zet wsiadają do tego samego autobusu. Z racji katastrofy niskiego kalibru, obydwoje zmuszeni są do spędzenia nocy na Przystanku Niebo. Kiedy wspólne picie niebieskiego detergentu zyskuje znamiona relacji, XY po raz pierwszy sięga po słowo kochać. Skutki tej decyzji są szybkie i namacalne. Pod językiem pojawia się szkło, podróże stają się proste, a powroty nieaktualne. Do łask wracają słodycze i polne ceremonie. Z czasem pojawia się też choroba, dancing oraz pies Silver.
Love song to opowieść o uczuciu, które redefiniuje zastany krajobraz. Ulokowana w niej dwójka bohaterów koresponduje z naturą, społecznością i tkanką miejską, w której została umieszczona. Jako byty bardziej eteryczne niż ludzkie, często stają się niewidocznym motorem dla reszty obrazów, współtworząc z nimi nieprzerwaną animacje.
A mi się nie podoba. Wszystkim w mojej bańce się podoba, mi się nie podoba, nic z tym nie mogę zrobić.
Nie wiem, o co chodzi z debiutem prozatorskim Karoliny Krasny „Love song” (wyd. ha!art – dziękuję za egz. promocyjny). Nie mogę się na tym skupić, rozpada mi się w palcach, co najmniej połowa tego, co zostało napisane, wydaje mi się raczej niepotrzebna. Wszystko jest tu nadmiernie patetyczne i jakoś trudno zachwycać mi się poetyką tego języka, bo przez swoje napuszenie i nadmierne zmetaforyzowanie czasami imo niebezpiecznie zbliża się do granicy grafomanii. Kilka cytatów, przy których się wzdrygałam: „To spotkanie jest supłem na słuchawkach” s. 15 „jej kręgosłup wychodził z ram ciała, gdy zasłaniając ręką usta, zsunęła się z łóżka. Potem zniknęła w ścianie koralików, które wyglądały jak słodycze” s. 18 „Różnię się od deszczu tłuszczem i teksturą, białą skórą, którą w święta ozdabiam szkłem” s. 25 „Nigdy nie wierzyła, że budzenie się jest granicą” s. 61 „Zet zatopiła palce w suchej ziemi i wyłowiła z niej sto małych planet, które jeszcze nie poznały ludzkich stóp” s. 114
Istnieje szansa, że na jakimś fundamentalnym poziomie czegoś tu nie kumam. Ale mam poczucie, że wiele ze zdań w tej książce zostało napisanych tylko po to, żebym zrobiła „łooo, cóż to za zdanie znalazło się w tej książce!”. A mnie tego rodzaju efekty specjalne nie interesują.
Są dokładnie 3 momenty w „Love song”, które mi się podobają: 1) „lekcja tańca” – przez bardzo sprytne połączenie konwencji telewizyjnego show z niezdarnością i nieśmiałością jego naśladowania; 2) „stewardesa” – ze względu na dramaturgię sceny; 3) „trzy historie diagnozy (2)” – bo mnie żywo zaintrygowała logika działań Chłopca. Chciałabym, żeby więcej w „Love song” było takich rozdziałów, jak te trzy, tj. pracujących w dynamice w obrębie sceny, a nie zasłaniających się dziwacznym językiem.
kiedy połamany język uwydatnia ukryte skrawki świata, a kiedy przykrywa je warstwą śliny?
doceniam zabieg, który stosuje autorka: hiperbolizacja zachowań miłosnych, redukcja ich do absurdu w celu wywołania zadziwienia codziennością kochania drugiego człowieka; poskręcana, ciężka narracja zwraca uwagę na interesujące sprzężenie obrzydliwości i piękna; pochłaniamy to, co komuś innemu wydawałoby się brzydkie, jak powietrze; widzimy się pod prysznicem, przy jedzeniu, czujemy swój poranny oddech, zauważamy, w którym miejscu pojawią się zmarszczki, zostawiamy na sobie nawzajem fragmenty ciał, widzimy krew, wąchamy pot, pękamy i zbieramy się do kupy — teraz, wszystkie te pięknobrzydliwe rzeczy zapakujmy w opowieść o straconej młodości i starzeniu, o szukaniu drogi w świecie po omacku, o dachującym autobusie, wypadaniu przez okno i rozbijaniu się o chodnik — i zobaczymy wspaniałą potworność każdego momentu otwarcia na drugą osobę, poczujemy intensywność wejścia w jej życie i przyjęcia jej w swoim
ale
Krasny przesadza czasami w stronę, która nie służy książce; wikła za bardzo; czytanie przypomina słuchanie przez telefon rozmówcy, który używa najtańszych bezprzewodowych słuchawek i jego głos wciąż ginie, rozmywa się w tle; orientujemy się, że umknęła nam część historii; coś się stało, ale nie wiemy dlaczego i czy jeszcze wróci, i czy w zdarzenie ma w ogóle jakieś konsekwencje; książka cierpi na świetny pomysł w zbyt luźnym wykonaniu; moim zdaniem potrzebowała czasu, żeby dojrzeć formalnie, ponieważ zastosowanie chwytu nie wystarczy, jeśli polegniemy rzemieślniczo; absurd wydaje się momentami wymuszony; zaciemnia znaczenie tam, gdzie powinien tworzyć jego nowe warstwy
ale
zeszytowość ma swój urok; możemy czytać powieść Krasny jako dokumentację prób radzenia sobie z elektryzującym zderzeniem pięknobrzydliwości — prób i porażek; widzimy przymiarki, rozrzucone skrawki, doświadczamy absurdu mówienia o kochaniu, widzimy hybrydowość ciał, mutacje, ego rozdwojone, rozwałkowane na chodniku; prędkość świata nas przytłacza i wyciągamy ręce do tego, kto może zobaczyć w naszym umięsowieniu coś godnego kochania
ale
to wszystko sobie dopowiadam, tworzę interpretację — chcę zachować życzliwość dla czegoś, czego wartość poczułem, ale widzę, że dałoby się zrobić mocniej, lepiej, pięknobrzydliwiej, bez popisu
Jest kilka ciekawych ujęć, które sprawiają, że jest to interesująca książka np. imiona głównych bohaterów, które ja odczytuje jako obraz ludzi będących częścią całości (w dodatku nie wiele znaczącą częścią) oraz przypomnienie, że nie jesteśmy tak wyjątki jak niektórym mogłoby się wydawać. Odniosłam jednak wrażenie, że nie jest ona zbytnio przemyślana. Przypomina zbiór luźnych myśli, które w większości, nie łączą się ze sobą. Trochę tak jakby napisała wszystko co przyszło jej do głowy, bez wiekszego zastanowienia czy całościowo ma to jakiś sens i cel. Także dla niektórych zabiegów literackich nie jestem w stanie znaleźć żadnego uzasadnienia (poza może estetycznym, ale i to byłoby naciągnięciem) i tu pojawia się moje pytanie: czy ja je nie zrozumiałam czy to autorka nie wiedziała co robi? Uważam, że gdyby poświęciła więcej czasu na pomyślenia nad ogólną kompozycją i tym co chce przekazać, książka wyszłaby lepsza. Podsumowując jest to ciekawa pozycja, ale szybka do zapomnienia
porzucona po 30 stronach, absolutnie nie mam nerwów do nieco konceptualnych dzieł. książka niezredagowana, w której pływają pojedyncze dobre obrazy i frazy, pojedyncze udziwnienia, które coś ciekawego wnoszą. poza tym złośliwie powiem, że papier wszystko zniesie, a niezłośliwie – że Borges w jednym wywiadzie mówił o gonitwie za metaforami, że pewne rzeczy nie były wcześniej łączone, bo po prostu nie istnieje między nimi związek, i jest mi to myślenie dziś bliskie.
Przyznam szczerze, że jestem pod wrażeniem. To psychodeliczne i mitologizowane świadectwo miłości XY i Zet, pełne symboli i znaczeń, wykolejeń i snów, a przy tym każdy rozdzialik został napisany w punkt. Niczego tej książce nie brakuje, nic nie zbywa. Autorka potrafi zaskoczyć, rozczulić, oddać emocje płynące z sytuacji, przed którymi stawia swoich bohaterów. Jej książka wpłynęła do mojego serca i na pewno zadomowi się w nim na długo.