Aleksandra Kasprzak rzeźbi w rzeczywistości zarazem ostro i śmiesznie. Jej bohaterka Gryczanka nie oszczędza ani matki – mistrzyni ciułania z kanonem feminizmu skitranym w kiszonkach, ani ojca – wiecznie podchmielonego nigdy artysty, ani siostry dewotki, ani tej drugiej, której walkę o niebycie bratem wspiera, ani babć: jednej znanej z wróżenia, drugiej – z kradzieży i niszczenia. Ale narratorka nie daje forów także sobie – zręcznie oddziela złożoności społeczne od płaskiej ideologii, dzięki czemu książka nie jest czystą zgrywą o sierpeckich przegrywach, ale wielowymiarowym portretem serowej rodziny (miejscowości, Polski), kreślonym tak ze złośliwością, jak i z czułością. Dotąd moim ulubionym daniem był cheddar na kajzerce. Teraz to Gryczanka z serem!
Tak sobie myślę że lubimy (a przynajmniej ja lubię) piętnować istnienie instagramerek, a zapominamy (ja zapominam) o odrzucaniu ze świata memiarzy. Jakbym przedarła tę książkę na pół i przeczytała może tylko drugą połowę, to by było lepiej, chociaż pewnie nie, bo to nadal masło maślane o dupie Maryni i trzy krótkie hausty powietrza w tym irytującym morzu z procentów.
Na plus te sekundy kiedy wkracza coś głębszego, czyli babcia Krysia i sąsiadka Irenka, ten jeden moment kiedy matka i córka przytulają się, Linkowska (chociaż to było nieprzyjemne do czytania i można było sobie ciut darować). Wybuch Marty też mi się podobał i bardzo na niego czekałam.
Na minus bycie bezbekiem który jest chronically online. Książka wnosi jedynie smętne pierdy i drażnił mnie chaos oraz brak jakiejś konsekwencji wobec timeline, bo tu pisanie o przesyłaniu piosenek na podczerwień, a kilka zdań później że czipsy ostra limonka są jej ulubione, jak wtedy to największym ekscesem mogły być kurde truskawkowe chrupki (chyba Flipsy to były).
W książce napisano że czosnek pachnie gównem, więc nie ma mowy o więcej niż jednej gwiazdce, nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym.
Kiedyś czytałam mojej babci na głos popularne internetowe pasty tak, żeby mogła się zapoznać z obecnymi trendami. Babcia powiedziała, że powinnam takie pisać. I mam poczucie, że „Wydrąż mi rodzinę w serze” jest właśnie w takim wajbie.
Zbyt często słowa i zdania były ze sobą zestawione chyba po to, żeby było śmiesznie i to tak wiecie, memiarsko essa śmiesznie typu rzółta morda 2137 a imię jego 40 i 4 coś tam. Za dużo sera, za mało prywaty, przez co trudno było emocjonalnie się zaangażować w sierpcowe życie. Może bardziej by mi to pasowało do krótszych form niż do powieści.
Dobre były momenty o babci Krysi, przeszłości matki i nawet tego ojca. Jakieś takie uczłowieczenie osób, które stały za tym piwskiem, zdrowaśkami, rzeźbami z sera. Ogólnie w tym wszystkim najciekawsze dla mnie było poznawanie jakiejś takiej historii tej rodziny, no wiecie, analiza systemu. Plus wątek lesbijski fajnie poprowadzony.
A WŁAŚNIE. Co jakiś czas pojawiały się jakieś nawiązania do Harry’ego Pottera i no nic nie poradzę, wkurwiało mnie to. Bardzo się ucieszyłam, jak jedna z bohaterek wypunktowała, że Rowling to zasrana terfka. Fajny moment.
Taki zbiór opowiadań o bohaterce ułożony chronologicznie, skaczący z tematu w temat otoczony nostalgią małego, gnijącego miasta. polska patola zawsze rel
Humor fajny jeśli nie opierał się na kulturze internetowej. często sobie myślałam że ciekawe jak to by sie czytało np za rok bo jak wiemy, memy szybko się starzeją. Chyba trochę za dużo "pozdro dla kumatych" jak na mój komfort. Styl pisania taki mocno potoczny fajny, lb taki
Najfajniejsze były postacie babci Krysi i matki, a rymowany rozdział z sekretami najlepszy hands down, super się bawiłam. Końcówka może trochę się rozmyła, nie do końca wiedziałam do czego tam dążymy, ale overall czytalo się jak po maśle, lekko, szybko i siup w ten głupi dziub
Kasprzak udowadnia swoim debiutem prozatorskim, że słowa nie tylko kotłowały się w niej od lat, ale wręcz wirowały. Otwierając tę książkę godzimy się na karuzelę emocji, miraż słów, splot destrukcyjnych zdarzeń w życiu pewnej polskiej rodziny przeplatany niewątpliwie świetnym poczuciem humoru, absurdem i sarkazmem autorki. Jednak z całego tego procesu obśmiewania, bombardowania komicznymi frazami, wypełza mrok, osiedlowa degrengolada, alkoholizm, dożywanie ledwo do pierwszego każdego miesiąca. Nie zabraknie też surrealizmu w tym świecie osadzonym w serowym Sierpcu, ale wszystko to będzie wyważone, nic siebie nawzajem nie przytłoczy i nie zmęczy nas czytelniczo.
Młoda narratorka jest pewna, że pewnego dnia umrze na średniość. Urodzona pomiędzy religijną starszą siostrą, która skrywa swoje grzeszki a bratem, który wolałby być siostrą. Uroczona z ojca alkoholika, niespełnionego rzeźbiarza, i matki, pielęgniarki, której kieliszek też nie jest obcy. Nie spodziewajmy się jednak, że czeka nas tu tylko obśmiewanie polskiej rzeczywistości. Znajdzie się tutaj miejsce na analizę dzisiejszych bolączek, ale i wgląd w przeszłość w każdej z postaci, co czyni ten debiut tym bardziej wartościowym.
Ta książka to znacznie więcej niż kalejdoskop językowy doprawiony ironią. Kasprzak przekonywująco opisuje doświadczenie dorastania w rodzinie alkoholowej, ale najbardziej zostaną we mnie wszystkie lęki towarzyszące dorastaniu narratorki. Towarzyszymy jej kiedy pierwszy raz menstruuje, gdy dowiaduje się co oznacza słowo „aborcja” rymującą się ze słowem „dewocja”, od podstawówki po liceum, gdzie „śmierdzi”, ale jest dużo tematu śmierci. Jesteśmy obok, gdy uświadamia sobie, że planeta smaży się od gazów wypuszczanych przez krowy i betonozę polskich miast. Może to wszystko brzmi jakby już gdzieś było, ale uwierzcie mi, w pisaniu Kasprzak nie ma nic wtórnego. Jest niewątpliwie oryginalna. Przeczytałam w tym roku parę debiutów, niewiele z nich we mnie zostanie, Kasprzak i jej serowa rewolucja zajmą jednak z pewnością miejsce w mym czytelniczym sercu.
Sarkastyczna powieść, przedstawiająca realia życia w typowym polskim miasteczku przez pryzmat umysłu 14-letniej Gryczanki.
Główna bohaterka na codzień musi radzić sobie z życiem w patologicznej rodzinie, pochłoniętej alkoholizmem i wręcz fanatycznym katolicyzmem z obsesją niespełnionego ojca-rzeźbiarza na punkcie sera.
Każdego dnia odgrywa rozmaite role - jest córką, siostrą, powierniczką swojej transpłciowej siostry, dziewczyną Estery, aktywistką i szczerze pierdoli życie w społeczeństwie, które nie zawsze rozumie i nie zawsze go chce.
Gryczanka chciałaby się po prostu wyrwać z Sierpca i żyć w normalnej rodzinie - w pewnym momencie nawet rzeźby z sera wydają się jej bardziej przystępne niż własna rodzina - opowiadając swoje często szokujące przeżycia dnia codziennego z błyskotliwym sarkazmem i ironią.
Choć niektóre wydarzenia wydają się mocno wyolbrzymione, te mocno osadzone w naszej kulturze realia mogą dotyczyć niejednej młodej osoby w Polsce, co jest przerażające.
Książka nietuzinkowa, skłania do przemyśleń, wciąż szokuje i często rozśmiesza.
Wspaniały debiut! Liczę na to, że Pani Aleksandra wkrótce wyda więcej powieści w podobnym stylu :)
This entire review has been hidden because of spoilers.
nie była zła, ale nie trafiła do mnie. zachowana w takim klimacie groteski, absurdu; chaotyczna i nieco zniesmaczająca. jako książka: uważam, że dobra; ciekawe podejście do tematu. jednak w mojej prywatnej ocenie niestety tylko trzy gwiazdki, bo, jak mówię, nie podpasowała mi.
z plusów: bardzo bliskie mi jest to, że akcja działa się w sierpcu (mieście, z którego pochodzi moja mama i w którym ja niezliczoną ilość razy odwiedzałam babcię), a także wątek z esterą; miłość dwóch dziewczyn to coś pięknego
„Piesek i ja. Lek na podłości świata i choroby, od których w gardle rośnie gula.”
To było jak sen podczas gorączki, czyli chaos, żarty, o których już się zapomniało i linia czasowa nie do powiązania. Bardzo dziwne, bardzo jakieś takie o. Pojawiało się COKOLWIEK z Martą i i ja i ona dostawałyśmy kulę w łeb, dajcie temu biednemu dziecku żyć!!!!