Twórczość Rankova do tej pory jakoś mi umykała, aż w końcu w moje ręce trafiła „Klinika” i cóż to było za udane spotkanie. W swojej najnowszej powieści autor zabiera nas do kliniki wraz ze swoim bohaterem, który desperacko oraz uparcie próbuje dostać się na wizytę do znamienitego profesora psychiatrii. Istnieje jednak znaczący problem. Zlokalizowanie gabinetu profesora graniczy z cudem, jest niczym tajemnica poliszynela wśród personelu. Niektórzy mówią, że na piętrze drugim, inni, że na czwartym, aż nagle okazuje się, że profesor już wyszedł w pośpiechu i wyjechał do Wiednia, wróci jutro. Narrator dosłownie dobija się drzwiami, oknami i wszelkimi podstępami. Próbuje też swoich sił zamieniając kilka słów z różnymi członkami personelu, licząc na to, że zdobędzie wiedzę umykającą innym pacjentom, a która przybliży go do wizyty. Rozmawia z palaczem z kotłowni, recepcjonistką, asystentem profesora czy pacjentką. Wszystko po to, by odtworzyć enigmatyczny klucz, według którego profesor przyjmuje pacjentów.
Rozmawiając z napotkanymi osobami narrator przegląda się różnych aspektom swojego życia jak w lustrze i stopniowo sam poddaje się analizie, zabieg, który szczególnie przypadł mi do gustu w tej iście kafkowskiej powieści. Niekiedy intymne pytania zadawane przez osoby przebywające w klinice przybliżają narratora do samego siebie.
„Klinika” w swoim tańcu absurdu zadaje wiele istotnych pytań. Czy specjalistyczna opieka jest łatwo dostępna dla każdego? Czy człowiek z traumą ma priorytet w świecie biurokracji? Czy może to rozmowa z drugim człowiekiem przynosi upragnione ukojenie? Można czytać ją metaforycznie bądź dosłownie, a oba sposoby interpretacji przyniosą nam czytelnicze nasycenie. Jedno jest pewne, „Klinikę” czyta się sprawnie, język jest płynny, by odciążyć znoje narratora w jego pogubieniu. A zakończenie sprawi, że będziecie zbierać szczękę z podłogi!