Nie wszystkie istoty, które powołano do życia, powinny istnieć na tym świecie.
Wydaje się, że los odwrócił się od Agnieszki. Porzucona przez wieloletnią partnerkę, nie może pogodzić się z rozstaniem. W prawdziwą rozpacz wpada, gdy dowiaduje się o jej tragicznej śmierci. Jednak to nie koniec nieszczęść. Okazuje się, że zaginął Staś, pięcioletni syn Agnieszki. Ból przeplatany ze strachem o dziecko prowadzi ją na most. Rzeka przyzywa…
Nad brzegiem rzeki, nieopodal lasu – daleko od ludzkich spojrzeń – mieszka stara Grzelakowa. Do szczęścia potrzebny jej jest tylko dach nad głową i święty spokój. Gdy na jej drodze staje pewien niepozorny chłopiec, a dziwne sny przywołują wspomnienia przeszłych żyć, podskórnie czuje, że coś się zmieni… i to niekoniecznie na lepsze.
Wejdź do świata, gdzie historia kołem się toczy, a każde życie - jak przyroda wiosną - odradza się. Prastarzy bogowie, topielice, słowiańskie demony - do czego są zdolne, chcąc wymusić szacunek u tych, którzy w nie nie wierzą?
Z wykształcenia pedagog-resocjalizator. Z natury włóczykij. W chwilach wolnych od obowiązków rodzinnych i zawodowych grywa w szachy, nawiedza zamki, rysuje gdzie popadnie i co popadnie; zazwyczaj słucha heavy metalu i rocka, czyta głównie fantasy. Z zamiłowania pisarka. Jako autorka zadebiutowała w marcu 2016 roku. Jako redaktor i korektor działa głównie w wydawnictwach związanych z horrorem i fantasy, zajmuje się również promocją książek. Jej opowiadania i drabble zostały opublikowane w magazynach i antologiach związanych z literaturą grozy i podręcznikami RPG. „Diabeł zza okna” to jej debiutancka powieść.
3,5 Mam z tą książką taki problem, że jest pięknie napisana, ale nie do końca dobrze wyważona. Opisy, dialogi, uczucia wewnętrzne bohaterów, wszystko to jest tak plastycznie opisane, że praktycznie płynie się przez kolejne strony. Tyle że przytoczona wyżej część opisowa, tworząca podwaliny pod charakter postaci i ich otoczenia, jest tak obszerna, że przytłoczyła kompletnie różne ważne dla fabuły wątki, wydarzenia i wyjaśnienia. Z tego też powodu mam poczucie, że książkę tę czyta się głównie dla klimatu oraz dramatu obyczajowego, który się w nim toczy, natomiast wątek słowiański, choć istotny, jest po prostu słabo wyjaśniony. Albo inaczej, słabo wyjaśniony dla kogoś, kto orientuje się w tych wierzeniach, ale nie aż tak dogłębnie :) Od razu zaznaczam, że nie wszystkie jego elementy, mam na myśli głównie ten, który doprowadza do zakończenia historii Stasia. O ile inne aspekty jestem w stanie sobie wydedukować, a przynajmniej pogłowić się nad kilkoma możliwymi interpretacjami, tak tego ni cholery nie kumam. No i właśnie. Przechodzimy długą drogę przez piękne nabudowanie historii i postaci, a tu zaraz koniec poprzez szybkie przejście przez ostatnie strony, co z kolei wywołuje poczucie, że książka jest zwyczajnie za krótka. Nie powiem, że zakończenie mi się nie podobało i mnie nie poruszyło, ale było takie, zbyt skompresowane? Na pewno sięgnę po inne książki autorki, ponieważ styl pisania jest naprawdę poruszający.
Z jednej strony słuchało mi się bardzo szybko, więc na plus. Przebrnelam przez audiobook w ciągu kilku dni. Z drugiej strony chociaż część historii bardzo mi się podobała, inną nie do końca zrozumiałam, pomimo kilkurazowej próby wysłuchania tego samego fragmentu.
Musiałam zostawić ocenienie książki na drugi dzień, bo nie wiedziałam jak ją ocenić. Jedna z opinii na LC pozwoliła mi odnaleźć własną myśl i wreszcie udało mi się dojść do wniosku, że powieść ta jest niedopracowana i pozostawia pytania bez odpowiedzi, co mnie strasznie denerwuje w książkach. Przynajmniej według mojej opinii.
Zachęcam jednak do własnej opinii. Może książkę pokochacie, a może nie.
Anna Musiałowicz to pionierka w pisaniu nietuzinkowych i mocno refleksyjnych powieści z pogranicza grozy. Jak tylko sięgam po którąś z Jej powieści, to wiem, że będzie to emocjonalna podróż w głąb Czytelnika. Tak było i tym razem. „Wyrzuciła ją rzeka” to powieść, która może mieć miejsce akcji na jawie i śnie, a będzie to zależeć tylko i wyłącznie od Ciebie, Drogi Czytelniku. Dla mnie oniryzm, który Anna Musiałowicz pokazuje w swoich książkach jest Jej znakiem rozpoznawczym i zabiegiem, który zawsze, ale to zawsze mocno wsysa mnie w sam środek przeżywanych przez głównych bohaterów tragedii.
Wiosna. Dzieci przedszkolne postanawiają utopić Marzannę, by pożegnać się z zimą, a przywitać długo wyczekiwaną wiosnę. Opiekunki dwoją się i troją, żeby wszystko było zorganizowane w pięknej oprawie. Nie wiedzą jednak, że ów zwyczaj zamieni się w horror. Dzieci wśród ciemnych odmętów wody spostrzegają inną kukłę – nie wiedzą, że ta druga jest topielicą. Staś jeden z bardzo ciekawskich dzieci odłącza się od grupy i postanawia odkryć co tak naprawdę tańczy w wirze zimnej wody. Z upływem godzin okazuje się, że topielica to Jagoda – dawna partnerka mamy Stasia – Agnieszki. Agnieszka załamana całą sytuacją popada w ogromną żałobę zaniedbując siebie i swego synka. Słyszy głosy z rzeki, ktoś ją stale do siebie przyzywa, równocześnie oddalając ją od Stasia. Ten z kolei szukając mamy sam gubi się. W lesie, zziębniętego i głodnego odnajduje starucha Miłka, która postanawia się nim zaopiekować. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, ktoś uratował jej życie. Stara baba zastanawia się dlaczego starzy bogowie z demonami nagle zaczęli się do niej zwracać. Coś wisi w powietrzu, coś się wydarzy…
W powieści stajemy twarzą w twarz z depresją, strachem, żalem, przeogromnym smutkiem i ludzką tragedią, brakiem zrozumienia, miłości czy samotnością. Z jednej strony mamy hermetyczny świat bardzo dobrze nam zresztą znany, gdzie czas to pieniądz, a z drugiej zupełnie nam nieznany. Las, do którego trafiamy razem ze Stasiem jest czymś w rodzaju tajemniczego ogrodu. Miałam wrażenie, że mieszkająca tam Miłka jest po prostu łączniczką między światem obecnym, a światem w którym czas dosłownie stanął w miejscu i z którego nie ma wyjścia. Świat Miłki jest zaklętą kulą, która może stać u każdego z nas w domu na półce przy książkach i przypominać nam, że czasem trzeba się zatrzymać, złapać oddech i nabrać dystansu do otaczającego nas świata. Wreszcie jest to też kula, o której bardzo łatwo zapomnieć. Tak samo jak o starym świecie, starych bogach i zwyczajach. Ta powieść jest w moim odczuciu właśnie taką kulą, która gdy tylko na nią popatrzę powie mi co w moim życiu dla mnie jest najważniejsze. Bo o rzeczach ważnych mówi ta książka, a słowiańskie demony są metaforą tych złych emocji, które coraz częściej przyklejają się do nas w obecnym świecie. Polecam najmocniej!
Jest przepięknie napisana i czytało mi się ją świetnie do samego końca, ale fabuła była... bardzo prosta. I to też jest spoko, ale mimo, że wszystko ma sens, to nie wiem czy mi się spina... No, może po prostu z przyzwyczajenia brakuje mi w niej zawiłości. Ta książka po prostu każe mi zaakceptować jakiś fakt, najczęściej związany bogami słowiańskimi, ale nie eksploruje go zbytnio. Książka nie przybliża czytelnikowi tych bóstw i demonów. Ja jak przeczytałem opis, to miałem nadzieję, że z biegiem fabuły dowiem się także więcej o tej mitologii. Ale i tak lubię tę książkę, za styl pisania autorki oraz jej swojski, prosty klimat.
Zakochałam się w klimacie tej książki. Cudownie mi się ją czytało - opisy emocji, tego, co postacie czują i co się z nimi dzieje były... ludzkie, szczere, prawdziwe, a nieczęsto jest to dobrze pokazywane w literaturze. Wątek "słowiańskości" też mnie nie zawiódł - dokładnie czegoś w podobnie oczekiwałam, sięgając po tą książkę i dokładnie to dostałam. Opisy był magiczne. A ostatnie zdanie dało mi ciarki. Jednak nie jestem do końca usatysfakcjonowana zakończeniem historii Miłki, Stasia i Agnieszki - miałam wrażenie, że tamta scena była poprowadzona zbyt szybko, zbyt chaotycznie, a po skończeniu tego rozdziału w mojej głowie pojawiło się jedno pytanie: "Dlaczego?". Rozumiem, że .
Oryginalna, napisana pięknym językiem. Słowiański klimat, legendy, zmory i stwory tylko spotęgowały moje zainteresowanie jako fanki mitologii słowiańskiej i literatury inspirowanej tym motywem. Gdyby nie ten element, być może uznałabym ją po prostu za dobrą obyczajówkę, ale bardzo doceniam, że autorka stworzyła coś własnego i świeżego. Historia mnie zaangażowała – dosłownie płynęłam przez kolejne strony, nie mogąc się doczekać, jak potoczą się losy bohaterów.
Fajna książka jednak trochę się rozczarowałam bo myślałam że będzie jednak trochę więcej motywów z mitologii słowiańskiej. Że będzie to jakoś bardziej rozwinięte lub opisane. Podobała mi się rozdziały z perspektywy Grzelakowej a niestety dosyć irytowała matka chlopca Agnieszka.Historia ogólnie jest ciekawa i polecam przeczytać.
It was a strange book, not necessarily in the bad sense of the word. Very lyrical, reflective, a little disturbing, basically simple, yet hiding a mystery and a certain charm for the reader, as well as a dose of the macabre. I was expecting a greater dose of Slavism, but in this book it is a kind of metaphor. For the broken heart, for the passing of time. For life, death and punishment.
The book is divided into two points of view. Agnes, who lost not only an ex-girlfriend (by the way - seemingly predictable twist at the end, but poetically presented, with a touch of this Slavic metaphor). Her son has gone missing and Agnes is not far from losing her mind. The second point of view - much more interesting - is that of Miłka, an old woman living in the woods, fenced off from and forgotten by civilization. She is a bit mixed up in her head, but her sixth sense feels and sees clearly. Grandmother Miłka doesn't know whether she believes more in Catholic saints or auquariuses but she can perform a protective ritual, and her cat hunts nightmares.
It is Miłka's part - a little mystical, a little sad - that is the greatest asset of this short novel. And old woman with one foot already in the other world - between Nawia and Heaven. Old age takes away her memory - it's a pity that it doesn't blur the nightmares of youth that still hang over her, like distant storm clouds. How real are the mermaids, spirits and sprites that Miła sees? Are they as real as those seen by a distraught mother searching for her missing son?
Anna Musiałowicz's descriptions are very blunt, naturalistic. The author knows what she wants to convey and how. The book, as I have already written, is simple, enclosed in the space of just a few days. However, this ambiguity is its trump card. There are no facts in this story, there are myths instead. Not all of them are friendly. However, sometimes it is worth making a pact with the old gods. Even if we believe in them with only a small part of our mind. The soul still remembers.
The wheel of life goes on, some replacing others. And the crime, the most nasty one, is punished.
I have trouble if recommend or not. This is a book not for everyone. I myself don't know if I liked it. It was nonetheless interesting experience.
Wyrzucił ją Lisioł. . Lisioł zastanawiał się, w jaki sposób zakończyć zimę i sprowadzić wiosnę. Obyczaj podpowiada topienie Marzanny, ale futrzak preferuje lepsze sposoby na ocieplenie atmosfery: truskawki, sake, świece, zrzucenie zakazanej konwencjami międzynarodowymi ilości napalmu. Typowe rzeczy na randkę. Z rozmyślań wyrwał go chlupot wody, gdy rzeka wyrzuciła powieść „Wyrzuciła ją rzeka” Anny Musiałowicz. Seria „Słowiańskie światy” prezentuje się rewelacyjnie, więc Lisioł zrobił taktyczne „kic kic” między strony. . Z miejsce futrzak musi pisnąć, że to nie jest przygodowa, wesoła książka, ale poważny kawałek tekstu, który opowiada o traumie, utracie bliskich oraz miłości matki do syna. Punktem zapłonowym powieści jest znalezienie ciała nieznanej kobiety przez grupę przedszkolaków, które przybyły nad wodę topić Marzannę. Dla Agnieszki to podwójna dawka złych wiadomości: nie dość, że jej syn był świadkiem tego makabrycznego odkrycia, to na dodatek ofiarą okazała się ukochana Agnieszki, Jagoda. Ukochana – co Lisioł musi pisnąć – odeszła od Agnieszki na rzecz faceta, który do Agi pała nader chłodnym sentymentem. Na dodatek mamy mieszkającą na uboczu wiedźmę Grzelakową, która boryka się nie tylko ze złośliwą gęsią Balbiną – Lisioł może coś na gęś poradzić – starością, ale również wspomnieniami z czasów bliskich oraz nieco dalszych. Jak na złość, ktoś zaczyna się bawić starymi mocami, co dla starej Grzelakowej oznacza jeszcze więcej kłopotów, podobnie jak zaginięcie syna Agnieszki, Stasia, który przypadkiem natrafia na wiedźmę. . Jak Lisioł wspomniał, książka ta nie jest awanturniczą eskapadą, gdzie uwspółcześnione demony, będą rzucały czerstwymi hasłami oraz nawiązaniami do popkultury. To powolna powieść, bliżej jej do dramatu obyczajowego oraz powieści z nurtu realizmu magicznego, niż bardziej przygodowej beletrystyki. Lisioł nie piszczy, że to źle, ale przygotujcie się na powolne tempo i sporo opisów. Dla futrzaka nawet za wiele, bo książka czasami rozwodzi się nad zupełnie niepotrzebnymi detalami – jak kwestia smarkania – które nie budują nastroju, obrazu bohaterów i nie pchają fabuły do przodu.
Lubicie nieoczywiste opowieści? Mroczne, niepokojące, gdzie nie do końca wiadomo o co chodzi? A mimo to wciągające, skłaniające do przemyślenia? O życiu, ale jednak nie takim zwykłym, powszednim. Jeśli tak, to powinna wam się spodobać ta przepięknie wydana książka.
Okładka mnie przyciągnęła do lektury, choć sugeruje, że nie będzie tu różowo. I nie było.
Agnieszka przeżywa rozstanie z długoletnią partnerką. Nie może uwierzyć, że Jagoda tak nagle zakochała się w Leszku i porzuciła ją i jej kilkuletniego synka, którego uwielbiała.
Staś uczęszcza do przedszkola i właśnie idzie ze swoją panią i dziećmi z grupy nad rzekę, by utopić marzannę i tym samym pożegnać zimę. Dzieci oczywiście nie rozumieją tych zwyczajów, jednak cieszą się z wycieczki. Niestety przypadkiem stają się świadkiem tego, że rzeką płynie nie tylko ich kukła. Wkrótce okazuje się, że to topielica, w dodatku bardzo dobrze znana Agnieszce. Kobieta wpada w czarną rozpacz, gdy odkrywa kogo straciła. To zapoczątkowuje serię strasznych zdarzeń, których częścią staje się Staś, syn Agnieszki. Chłopiec w poszukiwaniu mamy opuszcza dom i gubi się na przedmieściach, które przechodzą już w pola i lasy. W ten sposób przedszkolak trafia do starej Grzelakowej, samotnej i nieco dzikiej kobiety. Jego pojawienie się odmienia jej życie.
Czy to, co spotkało Agnieszkę, Stasia i Grzelakową ma sens? Czy dola, niedola lub los szykują dla nich specjalne role?
W bardzo smutną, wręcz tragiczną opowieść wplecione zostały wierzenia słowiańskie. Między zwykłymi ludźmi mającymi codzienne zmartwienia, czasami przeżywającymi niecodzienne dramaty, pojawiają się słowiańskie demony. Autorka znakomicie operuje napięciem, dawkując czytelnikowi niepokój i poczucie nierealności wydarzeń. Klimat wylewa się z kart tej powieści. Mnie ta historia zafascynowała. To druga książka autorki, która mnie urzekła. Z chęcią sięgnę po inne pozycje o podobnej aurze.
#współpracabarterowa Co skrywają głębiny rzeki? Wystarczy się tylko wsłuchać, a być może usłyszycie śpiew zapomnianych istot...
Skromna chatynka na skraju lasu, w pobliżu rzeki. To tam z dala od ludzi mieszka stara Grzelakowa, którą życie nieraz okrutnie doświadczyło. Zmieniające się pory roku wyznaczają jej tryb życia. Pewnego dnia pojawia się w jej życiu zagubiony chłopiec i coś się zmienia. Sny i wspomnienia przeszłości są zapowiedzią czegoś złowieszczego...
"Wyrzuciła ją rzeka" to historia o potężnym ładunku emocjonalnym. Niekończące się cierpienie po tragicznie zmarłej kochanej osobie. Zaginięcie dziecka rozdzierające serce i pozostawiające po sobie uczucie bezdennej pustki. Miłość, starość, śmierć, utrata bliskich... Autorka wydobywa z otchłani ludzkie lęki na wierzch.
Zostajemy tu przeniesieni do innego świata, gdzie czas zdaje się toczyć własnym rytmem. Agonalne szepty niosące się w topieli rzeki. Rzeczywistość poprzeplatana z dawno zapomnianymi bóstwami w naszej ulotnej pamięci.
Powieść Ani snuta jest pięknym, melancholijnym językiem. Barwne scenerie niczym nie z tego świata. Bohaterowie nie są płascy, autorka sugestywnie opisuje ich emocje, gnieżdżące się w nich najmroczniejsze aspekty psychiki. Traktuje o kruchości życia w baśniowy sposób. W przyrodzie tak samo jak w życiu ludzkim wszystko się rodzi i umiera, taka jest naturalna kolej rzeczy.
Nieodkładalna rzecz, oniryczna, dramat z pogranicza grozy, z wątkami nadprzyrodzonymi w słowiańskim klimacie. Jak zawsze udało się Ani zawiesić mnie w wykreowanym przez nią świecie. Wsłuchajcie się w rzekę...
Seria "Słowiańskie światy" wyróżnia się niezwykle dopracowanym wydaniem, które przykuwa wzrok i budzi ciekawość. Skuszona estetyką, postanowiłam sprawdzić, czy za piękną oprawą kryje się równie wartościowa treść. Sięgnęłam po "Wyrzuciła ją rzeka" Anny Musiałowicz, by przekonać się, jak wypada ta historia. Książka napisana jest lekkim i przystępnym językiem, co sprawia, że czyta się ją błyskawicznie. Styl autorki zasługuje na uznanie – jest płynny, naturalny, a jednocześnie na tyle sugestywny, by bez trudu oddać atmosferę opowieści. Fabuła okazuje się intrygująca i angażująca. Silnie osadzony motyw straty, żałoby i rozpaczy nadaje historii emocjonalnej głębi. Struktura narracyjna, oparta na dwóch przeplatających się perspektywach, wzbogaca odbiór powieści i umożliwia pełniejsze zrozumienie wydarzeń. Niemniej jednak, jako że książka należy do serii "Słowiańskie światy", odczuwam pewien niedosyt w zakresie obecności elementów słowiańskich. Ich ilość wydaje się niewystarczająca, a większa liczba odniesień do tej tematyki mogłaby dodatkowo wzbogacić narrację. Świat przedstawiony jest dość nieokreślony, jednak wydarzenia zdają się rozgrywać w czasach współczesnych. Akcja, choć pozbawiona gwałtownych zwrotów, wciąga na tyle, że nie pozwala się nudzić. Śledzenie losów bohaterów budzi autentyczne zainteresowanie i skłania do refleksji nad ich dalszymi losami. Zakończenie natomiast zostawia wiele otwartych pytań i intryguje, zmuszając czytelnika do zastanowienia się: "Ale jak? Co się wydarzyło? Czy to było rzeczywiste?". Bohaterowie, choć nie są wyraziści ani głęboko rozbudowani, nie stanowią osi fabularnej, co paradoksalnie nie działa na niekorzyść książki. Wręcz przeciwnie – umożliwia to skupienie się na samej historii oraz jej przesłaniu. Podsumowując, "Wyrzuciła ją rzeka" to powieść, którą zdecydowanie warto przeczytać. Pomimo pewnego niedosytu wynikającego z ograniczonej obecności motywów słowiańskich, spędziłam z nią bardzo przyjemny czas. Historia angażuje, dostarcza emocji i pozostawia czytelnika z pytaniami, które na długo zapadają w pamięć. Zdecydowanie polecam.
Przez większą część książki nie poczuwałam jakichś słowiańskich klimatów. Dopiero w drugiej połowie książki, za sprawą Grzelakowej – starszej pani mieszkającej w lesie – otrzymujemy kwintesencję słowiańskich mitologii. Wciągająca opowieść, choć z początku byłam zniechęcona, gdyż rozpoczyna się od przedszkolanki, która zabiera dzieci na most, gdzie mają wyrzucić Marzannę. I choć miał być to spokojny wypad z dziećmi, odnajdują ciało martwej kobiety, która – choć jeszcze na początku książki – okazuje się kochanką jednej z mam, które przyjechały po swoje dzieci. To bardziej psychologiczny kryminał, ale nie z gatunku tych najlepszych, a raczej przeciętna książka. Urok ma jedynie sama szeptucha Grzelakowa, mieszkająca samotnie w lesie ze zwierzętami – z gąską Balbiną, co bardzo urzeka. Oczywiście nie brakuje tutaj słowiańskich głosów, czyli wodnych panien, topielic, strzygi, fantastycznych elementów i czarów. Koniec książki też zaskakuje, choć wydawał się przewidywalny. Naprawdę gratulacje – w drugiej części książki, choć trochę przekombinowana, cała ta historia nabiera bardzo fajnego klimatu, jaki dostajemy od autorki. Polecam
Uwielbiam słowiańskie klimaty, więc seria Słowiańskie Światy od wydawnictwa Replika od razu wpadła mi w oko – i to bardzo, bardzo. Była szybka radość z zakupu, było nacieszenie oczu pięknym wydaniem… a potem, jak to u mnie bywa, książki grzecznie powędrowały na półkę, żeby swoje odleżeć i zebrać odpowiednią warstewkę kurzu. Ale nadeszła chwila wiekopomna dla serii i w ramach wyzwania #polskafantastykafajnajest sięgnęłam po powieść Anny Musiałowicz pod tytułem Wyrzuciła ją rzeka.
Gdy rzeka wzywa. Wydaje się, że los odwrócił się od Agnieszki. Porzucona przez wieloletnią partnerkę, nie może pogodzić się z rozstaniem. W prawdziwą rozpacz wpada, gdy dowiaduje się o jej tragicznej śmierci. Jednak to nie koniec nieszczęść. Okazuje się, że zaginął Staś, pięcioletni syn Agnieszki. Ból przeplatany ze strachem o dziecko prowadzi ją na most. Rzeka przyzywa… Nad brzegiem rzeki, nieopodal lasu – daleko od ludzkich spojrzeń – mieszka stara Grzelakowa. Do szczęścia potrzebny jej jest tylko dach nad głową i święty spokój. Gdy na jej drodze staje pewien niepozorny chłopiec, a dziwne sny przywołują wspomnienia przeszłych żyć, podskórnie czuje, że coś się zmieni… i to niekoniecznie na lepsze.
Nic moc. Muszę przyznać, że mam mieszane i to nie lekko uczucia, co do tej książki.
Z jednej strony wciągnęłam się w historię.
Jest zaginięcie dziecka, jest rozsypująca się psychika matki, jest tajemnica i ciężki, duszny klimat, który potrafi przycisnąć.
Autorka bardzo sprawnie operuje emocjami — szczególnie tymi związanymi z macierzyństwem i dziecięcym lękiem. Momentami naprawdę czułam niepokój, który powinien towarzyszyć takiej opowieści — ten cichy, lepki strach, który nie krzyczy, tylko siedzi gdzieś pod skórą.
Z drugiej strony… to miała być książka ze słowiańskimi motywami pełną gębą.
Seria obiecywała topielice, mary i stare wierzenia, a ja dostałam raczej kryminał, do którego mitologia została dorzucona na ostatniej prostej. Jakby w połowie pisania ktoś przypomniał autorce, że to jednak Słowiańskie Światy, a nie tylko mroczna historia obyczajowa.
I o ile tę ociupinę słowiańskości jeszcze byłabym w stanie przełknąć, to bohaterowie niestety nie stanęli na wysokości zadania.
Są bardzo nierówni, a ich decyzje wielokrotnie wywoływały u mnie przewracanie oczami albo głębokie, ciężkie westchnięcie. Tempo też nie pomaga – szczególnie w momentach, gdy akcja w samym środku po prostu siada i długo nie chce się podnieść.
Reasumując: Wyrzuciła ją rzeka Anny Musiałowicz to nie jest zła książka. To po prostu książka przeciętna. Jeśli ktoś szuka mrocznej historii obyczajowo-kryminalnej z delikatnym echem folkloru, może być zadowolony. Ja zostałam gdzieś pośrodku, z poczuciem sporego niedosytu i uporczywą myślą: „mogło być odważniej”.
"Wyrzuciła ją rzeka" to powrót autorki do słowiańszczyzny. Czy udany? I owszem, choć ja jestem największą fanką innej odsłony Ani Musiałowicz - jej mariażu grozy i literatury pięknej, czyli książek "Śnieg jeszcze czysty" i "Po zbutwiałych schodach". Ale "rzeka" posiada wszystkie cechy prozy Musiałowicz - napisana jest kunsztownym, poetyckim językiem, opowiada historię zwykłych ludzi, postawionych w niezwykłych, wręcz magicznych sytuacjach, no i jednym z głównych bohaterów jest dziecko. W "bonusie" mamy słowiańskie wierzenia i iście kryminalną zagadkę, rozwiązaną w zgoła niekryminalny sposób. Czy polecam? Ania Musiałowicz to gwarancja jakości, bierzcie w ciemno.
Bardzo przyjemna książka z motywem wierzeń słowiańskich. Zakończenie trochę mi się nie podobało, ale rozumiem zamysł. Była spójna, szybko się czytało, rozmaicenie w postaci różnych perspektyw było bardzo ciekawe. Pokochałam postać babci Miłki, styl pisania bardzo przyjazny.
Albo ja jestem glupia albo ta ksiazka jest o niczym - jedyny plus to styl pisania. Bo fakt, napisana jest pięknie. No i zakończenie, baardzo satysfakcjonujące.
Postać babki cudownie zarysowana. Było w niej takie naturalne ciepło, ale fabuła... No cóż. Muszę przyznać, że byłam zagubiona. Nagłe przeskoki – taki trochę duszący klimat, ale w ten ogłupiający, a nie podniecający sposób – skutecznie wybijały mnie z akcji. Język był na tyle przyjemny, niemal gawędziarski, że czytało się szybko, ale historia tak niejasna, że musiałam się cofać, aby zrozumieć. Na jesienny wieczór w sam raz, choć wątku fantastycznego było tyle co kot napłakał.
Od razu zakochałam się w stylu pisarskim, przemyśleniach i backstory bohaterów – rozproszyły mnie one na tyle, że parę razy dosłownie zapomniałam o fabule. A kiedy już sobie przypominałam, to zdawałam sobie sprawę, że wolałabym wrócić do historii bohaterów i związków, bo przy nich lepiej się bawiłam. Niestety ostatecznie tylko 3.5 (bo miało potencjał na 5), szczególnie ze względu na zakończenie (miałam nadzieję na coś z nutą nadziei, choć rozumiem zamysł).