Przy premierze szóstej już części pięknego, klimatycznego cyklu „Utracone córki” Sorayi Lane - „Córki z Argentyny” - wróciłam pamięcią do pierwszego tomu, po który sięgnęłam ponad dwa lata temu. Napisałam wówczas, że przepadłam zupełnie i kolejne siedem części po prostu muszę przeczytać. To jednak taki słodki przymus, bo jeśli każda z nich okaże się tak urocza i urzekająca, jak pierwsza, to zanurzę się w nich z prawdziwą przyjemnością.
I powiem Wam, że tak właśnie jest. Jestem urzeczona tymi powieściami. Oczy świecą mi się za każdym razem, gdy widzę zapowiedź kolejnej części i zanurzam się w losy młodych kobiet, których odkrywanie przeszłości przodków rzuca w różne rejony świata. W najnowszym tomie przenosimy się do gorącej, pełnej kolorów i zapachów Argentyny, gdzie w cieniu ogromnej posiadłości Santiago, wśród koni, meczów polo i gęstniejących sekretów splatają się losy dwóch kobiet, Valentiny i Rose, choć dzieli je niemal całe stulecie.
Te dwie linie czasowe, połączone jednym śladem z przeszłości, ukrytym przed laty w drewnianym pudełku w domu dla samotnych matek, są niczym rzeki pełne meandrów i nagłych spiętrzeń, które jednak prowadzą na spokojne wody. Bo ta historia to przede wszystkim opowieść o miłości, kobiecej sile, o podejmowaniu trudnych decyzji, walce z niesprawiedliwością, o odwadze w obliczu zdrady, przemocy i samotności. Valentina musi wyrzec się niemal wszystkiego, by chronić swoje dziecko. Rose musi spojrzeć w oczy przeszłości, by zaufać miłości, odnaleźć swoje miejsce na ziemi i móc naprawdę żyć.
Autorka pisze pięknie, lekko, ale i przejmująco. Angażuje nas w losy obu kobiet, o których nie sposób czytać bez emocji, ale na końcu pozostawia czytelnika z uśmiechem na ustach i przekonaniem, że życie, mimo kłód rzucanych pod nogi, potrafi być piękne. I warto o tym pamiętać szczególnie wtedy, gdy nie widać słońca zza gęstniejących chmur. Bo ono zawsze kiedyś wyjdzie i znów dla nas zaświeci.