"Ludzie całują się cały czas. Po raz pierwszy, drugi, setny, ostatni. Na powitanie i pożegnanie. Całują się z obcymi i bliskimi sobie ludźmi. Czasami to ma znaczenie, a czasami jest to jeden z tych pocałunków, o których się nie wspomina nawet przypadkiem. Nawet z niechęci,. Właściwie nie jest to nic wielkiego. Ale tym razem było.
Ten pocałunek był jak pierwszy kęs waty cukrowej. Zaskakujący, niespodziewany. Było w nim coś niewinnego, jakby zaplątał się w fałdach czasu i dopiero teraz dotarł do miejsca swojego przeznaczenia.
– Co ty robisz? – zapytała Aśka, odsuwając się skonsternowana.
– Naprawiam błąd młodości. Łatam czasoprzestrzeń. Ulepszam kontinuum."
🎄 Zapraszam Was dziś do cudnej, zimowej krainy. 🎄
Z reguły staram się Wam niczego nie narzucać, tym razem sugerowałabym jednak wzięcie w dłoń kubka (koniecznie z jakimś bałwankiem, czy innym reniferem!) gorącej czekolady i chwilę wyciszenia przy czytaniu poniższego tekstu, żeby lepiej wczuć się w klimat książki. Koniecznie pod kocykiem, bo to bardzo cozy, kocykowa lektura. Jeśli macie możliwość ogrzać się ciepłem kominka, to koniecznie skorzystajcie z tej opcji - wtedy to już w ogóle będzie bajka.
Plęsawice, to - jak wspomina sama autorka - totalnie zmyślona miejscowość. I, mimo że zdecydowanie bliżej mi do miłośniczki dużych aglomeracji i miejskiego szumu (zapewne dlatego, że wychowywałam się w małej miejscowości i zawsze ciągnęło mnie do czegoś odmiennego od miejsca, gdzie żyję na co dzień), to mam wrażenie, że mogłabym w niej zamieszkać. Niby to takie typowe, ciche miasteczko na uboczu, w zasadzie to trochę odcięte od cywilizacji, w którym wszyscy dobrze się znają, ale jednak ma w sobie mnóstwo nieodpartego uroku. Główna bohaterka, Asia, uciekła stamtąd do Gdańska, czemu też (choćby z uwagi na powyższe wtrącenie) się nie dziwię. W Gdańsku też bym chętnie zamieszkała, mimo iż nie jest to nawet topka moich ulubionych, nadmorskich miejscowości. 😄
Szereg niepowodzeń w życiu zawodowym Joanny podsuwa jej nietypowy dla niej pomysł wczesnego wyjazdu na święta w rodzinne strony. I tak rozpoczyna się ciąg szalonych zdarzeń, w których pierwsze skrzypce zagra Szymon - jej dawny sąsiad i zarazem pierwsza niespełniona miłość. Dla szerszego kontekstu - Asia jest rodzimowierczynią i autorką poczytnych romansów, które tworzy pod pseudonimem. Przewrotnie, sama raczej nie miewa chwil miłosnych uniesień. Skupia się przede wszystkim na pracy i gronie przyjaciół, możliwie na każdym kroku podkreślając swoją niezależność - ma dość pragmatyczne podejście do życia.
Od czego by tu zacząć... Jak na obyczajówkę z romansem wybijającym się na pierwszy plan, znalazło się tu sporo różnorakich motywów i wątków. Wiele z nich dobrze nam znanych z własnego podwórka. Na przykład perypetie rodzinne, przy których zaśmiewałam się do rozpuku. Awantury przy krojeniu sałatki, nakrywaniu do stołu i próby odpowiedzi na niewygodne pytania o żeniaczkę i potomstwo. Słowiańskie wierzenia stanowią jedynie tło do całej historii, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa - nie są nachalne, tak żeby nie odstraszyć nieobytego czytelnika, a jednocześnie zachęcają do dalszego ich zgłębiania. Z nieskrywaną ciekawością studiowałam opisy tytułowych Szczodrych Godów, jak na zafascynowanego słowiańszczyzną (jeszcze) laika przystało. 😉 Aż zapragnęłam upiec szczodraki z okazji nadchodzącego przesilenia zimowego i pochodzić po lesie.
Nie oszukujmy się jednak, najważniejsze w tym wszystkim było to, co rozgrywało się między Asią a Szymonem. A ciężko to jednoznacznie określić, bo bohaterowie tak mącili, tyle razy jedno i drugie sprawiało, że sprawy nabierały skrajnie innego obrotu, że miałam ochotę rwać sobie włosy z głowy. A im poprzetrącać to i owo, gdyby tylko istniała taka możliwość. Świetnie to Ania wymyśliła. Relacje - nie tylko między głównymi bohaterami - wyszły nader realistycznie. Toczyły się swoim własnym tempem, czasem wolnym, momentami pędząc na łeb na szyję - i dobrze, bo zmienna dynamika akcji to coś, czego obyczajówki potrzebują. Joanna przejawiała skrajnie odmienne od mojego podejście do związków - Szymon zresztą trochę też - a mimo to byłam w stanie zrozumieć pobudki jej działania i się z nią utożsamiać. To świadczy przede wszystkim o świetnie rozwiniętej umiejętności zarysowania postaci przez autorkę.
Tekst zawiera wiele fragmentów rozmów pisanych na Instagramie i jest stylizowany na dymki czatu, co w fajny (nie lubię używać tego określenia, ale tu pasuje jak ulał) sposób przełamuje ciąg prozy i sprawia, że czyta się to jeszcze szybciej. I lżej. To jedna z tych powieści, do poznania której potrzebujemy dać z siebie okrągłe zero wysiłku, a w zamian dostarczy nam masy emocji. Głównie ukoi zszargane nerwy, napełni nadzieją i taką szczerą, dziecięcą radością, ale znajdzie się też czas na chwile wzruszeń. I ciut powkurza, dla zachowania równowagi - nieudolnością naszej parki. Choć dalej nie wychodzę z podziwu, jak zgrabnie od płomiennych scen można przejść do scenerii atakującej serce lodem. I na odwrót.
Niby to nie fantastyka, a pełno w niej magii. Magii uczuć, słów, czy nawet tej frazesowo wyświechtanej magii świąt - a ja święta uwielbiam, więc nie było łatwo mnie kupić, bo mam wobec takich dzieł wyśrubowane oczekiwania i podchodzę do nich wyjątkowo krytycznie. Żałuję tylko jednej rzeczy - że nie mam w swojej biblioteczce ani jednej części Róży Świętojańskiej, bo po Plęsawicach mój apetyt znacznie wzrósł. Na koniec dodam jeszcze, że ja strasznie nie przepadam za obyczajówkami. Większość tych, z którymi miałam styczność, była taka płaska. Płytka. Zero polotu, finezji, czegokolwiek. Człowiek to czytał i zostawał z totalną pustką, czując, że nie wniosły do jego życia absolutnie nic. A ta jest naprawdę solidna. Dziękuję za pomoc w odzyskaniu wiary w ten gatunek! ❤️
Pełny, oryginalny wpis w ramach współpracy reklamowej został opublikowany na moim Instagramie.