Czy „Belgijskie rozwiązania” są „jakimś rozwiązaniem”? Z instagramowego zasobu oznaczanego przez #belgiansolutions można wnioskować, że tak. Owe konstrukcyjne i logistyczne interwencje wyrastają z palących, oddolnych potrzeb społecznych; są zwykle mało eleganckie, niedostosowane do żadnych norm ani praw; prowizoryczne, a więc i zaskakująco trwałe. Choć w roziskrzonych ontologicznie tekstach Marcina Czerkasowa liczyły się zawsze „przede wszystkim zniszczenia”, pęknięcia i rysy na fasadach gmachów Spektaklu i Kapitału, zwiastujące kres ich panowania anonimowe i społeczne interwencje można odczytać jako podskórny potencjał zmiany.
źle. Jest naprawdę źle kiedy ktoś wyciąga z dupy, jak z turystycznej lodówki, słowa długie jak kij zmontowany z drewna z drzew rosnących na dachu garażu(dotknij
trawy patrząc na ten właśnie garaż, rozważ arytmetyczny potencjał długości tego kija) łączy je ze sobą za pomocą nici porozumienia pozornego jedynie, bo
tylko takie porozumienia się liczą w belgijskich bankach. I potem takie na prędce sklecone antropomorficzne gówno wpada ci do ręki,
skatalogowane i opakowane w czarną okładkę, z żółtą etykietą, która równie dobrze mogłaby krzyczeć "Jebać kapitalizm" (krzyczeć
to ja mam ochotę) śmiejąc ci się w twarz gdy próbujesz coś poza tym jakże wymownym tytułem z tego, nie przymierzając, bohomazu odczytać. A to co
zrozumiesz traci zaraz na znaczeniu, jak wszystko co kiedykolwiek miało jakiś sens, bo cechą czczoną przez boga tego ekskrementowego bagna jest wykalkulowana i płytka niezrozumiałość.