Hrabstwo Kłodzkie skrywa tajemnice, które domagają się ujawnienia… bez względu na koszty.
1925 rok. Strzelin. Lokalna policja prosi doświadczonego śledczego Wilhelm Kleina o wsparcie w odnalezieniu porwanej młodej kobiety. Sprawa kończy się zaskakująco szybko i szczęśliwie. Zupełnie jakby taki właśnie był plan porywaczy… Klein dowiaduje się, że przed laty w tych okolicach zaginęło kilka dziewczyn mniejszości czeskiej, które nie doczekały się szczęśliwego powrotu do domu. Chcąc zbadać sprawę zaczyna wnikać w sieć układów, tajemnic i grzechów.
Grzesznik ze Strehlen to nowa odsłona cyklu kryminałów retro Glatz. Porwanie córki lokalnego przedsiębiorcy to dopiero początek intrygi, która odsłoni mroczne sekrety przeszłości. Czy Wilhelm Klein, znany śledczy, zdoła rozwikłać zagadkę, która łączy przeszłość z teraźniejszością?
Przyznaję, że ja dopiero zapoznaję się z tym gatunkiem, powoli, niespiesznie, podążam śladami dawnych zbrodni. Wracam do miast, które kiedyś nazywały się inaczej… Breslau, Glatz, Strehlen… no właśnie.. czy wiesz jak obecnie nazywa się Strehlen? To… Strzelin 🙂 A więc wyruszyłam w podróż po Dolnym Śląsku. Jest rok 1925, zostaje porwana młoda dziewczyna, jak się okazuje ta sprawa może być powiązana z tymi sprzed wielu lat, kiedy to zaginęło kilka młodych Czeszek i nigdy nie zostały odnalezione. Zaczyna się walka z czasem i z przeszłością. Co więcej całe śledztwo przybiera prywatny wydźwięk.
Choć nie czytałam wcześniejszych tomów tej serii to odnalazłam się w całej tej historii. Wilhelm Klein to postać bardzo enigmatyczna, skrywająca w sobie wiele niewiadomych, pewnego rodzaju mrok, ale jednocześnie bardzo skrupulatna i spostrzegawcza. Bacznie obserwuje każdy szczegół, który przez innych jest niedostrzegany.
Przez całą historię czytelnik wyczuwa posępną, gęstą aurę, pełną niedopowiedzeń, szarości, tajemniczości i strachu, a potęgują to wszystko opisy. Masz wrażenie, że faktycznie przeniosłaś się w czasie, że kroczysz ulicami Strzelina, które nie są bezpieczne. Nie znajdziesz tu bieli i czerni, dobra i zła, bo wszystko jest ze sobą pomieszane, nawet policjanci nie są nieskazitelni.
W takich książkach bardzo lubię takie smaczki, jak chociażby używanie słów, których nikt już nie wypowiada. Właśnie z tego powodu uśmiechnęłam się kilkukrotnie do siebie, ale to był jeden jedyny powód, bo tu nie ma nic do śmiechu.
Ta historia wymagała mojego skupienia. Miałam wrażenie, jakbym cała czas stała gdzieś z boku… jakbym bała podejść się bliżej. Nie żałuję tej wyprawy, ale mam poczucie, że coś mi umknęło.
3.0-3.5 nie mogę zdecydować się co do oceny. Pewne wątki potwornie mnie rozczarowały i zmęczyły. Choć na plus powiem, że Kleina wreszcie "nie męczyły demony", co biedny Filip Kosior w poprzednich tomach musiał powtarzać czasem bardzo często (nie oznacza to jednak że nie wrócił jakiś cień z przeszłości). Sam zresztą pomysł na tom nawet ciekawy (choć - nie chcę spoilerować - jak w jednym z poprzednich tomów działy się rzeczy związane z tym, to już wtedy miałam taka myśl "no i po co to"), ale wydaje mi się że Autor zbyt koncentruje się na atmosferze mroku, niedopowiedzeń i jakiejś takiej duszności, a nie na danej fabule. Ale może to tylko moje wrażenie. Sporo też punktów jakby dla zmylenia czytelnika, Autor je wrzuca, daje obietnicę, a potem jej nie dowozi. Najpierw książka wlecze się niemiłosiernie, a potem przyspiesza ale wiele elementów zostaje dokończonych po łebkach. Końcówka bardzo mi się nie podobała. Za dużo atmosfery, za mało narracji i detali.