Do piłki nożnej to podchodzę jedynie z zapaloną pochodnią i krzyżem, ale coś mnie ciągnie do tego typu literatury, bo już kolejny raz sięgnąłem po powieść duetu Anity Werner i Michała Kołodziejczyka. Za pierwszym razem, mocno uwierzyłem w te opowieści, dałem się porwać towarzyszącej całości tezie, że futbol potrafi tłumaczyć świat i być przyczynkiem pozytywnych zmian, szczególnie w małych społecznościach. Uważałem Mecz to pretekst za bardzo udaną publikację, nierówną, lecz sprawnie snującą swoją własną narrację, toteż z ogromną dozą optymizmu zerkałem na Nadzieję FC, ale niestety - tutaj coś nie zagrało.
Według mnie, ta formuła już się wyczerpała. Opowieści zaprezentowane nam w tej publikacji dalej wpisują się w te same ramy, które już doskonale znamy, opowiadają po raz kolejny naprawdę traumatyczne i ciężkie historie, z których ma się wyłaniać ta sama paleta wniosków. Nie żeby w każdej książce miało być coś nowego, ale liczyłem na spojrzenie na temat piłki z może, z lekka, innej strony. W zamian otrzymujemy cztery mocno dziennikarskie reportaże, które ponownie, są napisane na różnym poziomie. Tę nierówność widać nie tylko w ich objętości, ale przede wszystkim, w tym jak bardzo zróżnicowany był mój poziom skupienia podczas ich lektury.
Rozdział o Tanzanii uważam za szalenie niepełny. Brakowało mi w nim większej dawki kontekstu, ale też takiego skupienia się na jednej historii, bo uważam taki zabieg za całkiem dobry pomysł konstrukcyjny - pozwala on nam osadzić sobie większy problem na konkretnym przypadku, ale tutaj brakowało mi pociągnięcia tych historii. Było ich zbyt wiele, bardzo chaotycznie i lapidarnie wprowadzone. Sam rozdział o Turcji przejmujący, ale również jakiś taki bez czegoś, co przyciągnęłoby moją uwagę. Być może chodzi tutaj o ten towarzyszący każdemu rozdziałowi chaos. Sposób opowiadania tych historii jest raczej bardziej anegdotyczny, co jest korzystne, gdy dany fragment nas znuży, ale wypada to trochę nieintuicyjnie. Bardzo krwawy i deskryptywny okazał być się rozdział o Rwandzie, ale ten, który chyba najbardziej mnie poruszył, to był ten o katastrofie lotniczej z Brazylii. Historia ocalonego, tego, jak zespół musiał się odrodzić - wow, to było naprawdę godne uwagi i podziwu.
Mam ogromny szacunek wobec pracy Werner i Kołodziejczaka, wobec ich misji oraz celowości obu tych publikacji, ale już po drugiej książce skłaniam się do przemyślenia, że lepiej te historie wybrzmiałyby jednak w formie dokumentalno-wizualnej. Wiadomo, budżety, wishful thinking, ale podczas lektury miałem przed oczami tylko to, jak opowieści tych ludzi wybrzmiałyby na ekranie, jaki ładunek emocjonalny by za sobą niosły. Czy sięgnę po trzecią książkę, która ewentualnie może kiedyś powstanie? Nad tym się wówczas zastanowię nieco dłużej niż tym razem.