Czy Waszym zdaniem fantastyka musi opierać się na alternatywnych światach lub tych nam współczesnych?
Co raz częściej zastanawiam się nad tym wracający myślami do genialnej serii „Psy Pana” i dochodzę do wniosku, że historia nowożytnej Europy, ale nie tylko, to kopalnia dla tego typu opowieści!
Tym razem mogłam zatracić się w kontynuacji przygód Katarzyny, Erqucia i Schenka opisanych na kartach „Burzycielki twierdz” i co to była za przygoda! Udajemy się bowiem w świat, aby podbijać, palić i plądrować, niekoniecznie w tej kolejności, a dodatkowo odkrywać kolejne talenty eteromantów i tajniki systemu magicznego, który stworzył autor.
Nie spodziewałam się, że wciągnę się w opowieść tak bardzo. Bohaterowie, którym mimo umiejętności i tych wyćwiczonych i wrodzonych blisko do tak znajomych nam ludzi, prowadzą nas przez świat, który znamy, a który jednocześnie odkrywamy. Krew, pot, łzy i mięsne kawałki. Rozdzielające się i krzyżujące ścieżki, które pozwalają jeszcze lepiej poznać postaci, które polubiliśmy w poprzednich książkach, a co najważniejsze intryga, która jest prowadzona wielotorowo, a co za tym idzie nie ma w niej miejsca na nudę.
Nie ukrywam, że byłam zaskoczona, jak bardzo brakowało mi tej serii, a co najważniejsze bohaterów i ich sposobów na radzenie sobie z problemami. Tego jak dorośli, zmienili się pod wpływem tego, czego doświadczyli, a przez to rozwinęli się w kierunkach, których się nie spodziewałam.
Jeśli jeszcze nie mieliście okazji ich poznać, koniecznie sprawdźcie, co przygotował dla Was Marcin w tej odsłonie ich przygód, bo nie zawiedziecie się, a jeśli już macie ten etap ich przygody za sobą podzielcie się wrażeniami z lektury!
To seria, którą polecam całym serduchem, a jej trzeci tom definitywnie stał się moim ulubionym!