Zanim pojawiły się tradycyjne lekarstwa wierzono, że za choroby, wszelkie dolegliwości czy urazy odpowiadają demony, a także sam diabeł. Daną przypadłość mogła też zesłać wiedźma poprzez rzucenie na kogoś uroku. W ten sposób powstały zabobony, rytuały, modlitwy czy egzorcyzmy, mające na celu odstraszyć złą siłę.
Henryk Biegeleisen, przeplatając słowiańską demonologię z wiarą chrześcijańską, mitologią, a także przekazywanymi z pokolenia na pokolenie wierzeniami starodawnych ludów, ukazuje praktyki, jakimi posługiwano się w lecznictwie. Tłumaczy zaklęcia, modlitwy czy też zażegnania, podkreślając przy tym, że najbardziej wierzono w moc słowa – nawet z pozoru nic nie znaczącego, ale mającego ogromną moc, jak choćby „Abrakadabra”.
Dlaczego żółtaczkę leczono przedmiotami koloru żółtego, a do rany po ugryzieniu psa przykładano psią sierść? Skąd pomysł, aby choroby płuc miało uleczyć jedzenie cielęcych płuc? Czy picie najobrzydliwszych mikstur faktycznie obrzydzało chorobę, powodując, że ta uciekała z ciała chorego? Lecznictwo ludu polskiego to próba odpowiedzi na niejedno tego typu pytanie.
On one particularly rainy afternoon Mr Biegeleisen, bored beyond his wits by his wife’s piano recital, stormed out of his sitting-room, and shut himself in his study, where he sat down at his desk, and proceeded to impart the contents of his brain on paper. The man wrote down everything and anything he could recall about Polish and foreign historical folk healing, and the sort of “countryside magic meets witch-doctor” with silent spells and counting to nine thrown in as a bonus. Paragraphs are used sparingly.
That’s at least how the book reads.
Now some people, who take themselves very seriously, are quick to point out that methods described in this book are ✨unscientific disinformation✨ and that dipping your feet in the steamy hot innards of a freshly slaughtered ram will not actually cure your rheumatism. To this I can only say: brave of you to test that.
But what about this book? Being a study of folk medicine, it does mention people drinking boiled dog excrement to treat their sore throat. Look upon it as nasty smoke and mirrors - and if you know how to move around smoke and look past mirrors, you will surely find what you’ve lost.
Lecznictwo ludu lisiołowego . Lisioł pewnego dnia obudził się z pewną palącą potrzebą, a mianowicie bólem łebka. Ból na pewno nie był spowodowany przez liczne opróżnione butelki sake, jednakże futrzak wiedział, że namierzenie podejrzanych w tej jakże podejrzanej sprawie musi poczekać do czasu ustania bólu łebka. Aby coś zaradzić na nieznośny ciężar bytu, Lisioł sięgnął po książkę „Lecznictwo Ludu Polskiego” autorstwa Henryka Biegeleisen. . Słowem wstępu Lisioł musi powiedzieć, czym jest ta książka, a czym nie jest. To liczące ponad 500 stron kompendium wiedzy na temat medycyny oraz wierzeń związanych z tym, co ludziom szkodzi, a co pomaga. Co za tym idzie Lisioł nie sugeruje bezkrytycznego podążania za takimi rozdziałami, jak „dobijanie starców”. Sama książka została opublikowana po raz pierwszy w roku 1929, zatem Lisioł przestrzega przed trzema rzeczami. Po pierwsze, jest to książka pisana z perspektywy obyczajów wciąż obecnych w ówczesnych czasach. Po drugie, język Biegeleisena do najnowszych nie należy. I – wreszcie – trzecie, w książce znajdziecie obok siebie zarówno fragmenty poświęcone roślinom, jak i demonom oraz bóstwom. Lisioł może zaświadczyć, że tutaj znajdziecie tyleż informacji na temat dawnej medycyny, jak i opisów zmór lub innych szkodliwych istot, które – wedle ówczesnych – pewne przypadłości wywoływały. . Co znajdziecie? Lisioł już w te pędy wyjaśnia, tylko znajdzie belemnit na swoje przypadłości. Czymże jest belemnit? To skamieniałe pozostałości dawnych głowonogów, które określano mianem strzałki piorunowej! Ale futrzak już wraca do tematu. W „Lecznictwie...” są po równo wymieszane uroki, ziołolecznictwo, dawne wierzenia, egzorcyzmy… czego tu nie ma! To świetne źródło wiedzy dla kogoś, kto poszukuje informacji na temat dawnych wierzeń oraz podejścia do medycyny, chociaż – o czym trzeba pamiętać – autor także przedstawia wiele swoich domysłów, które zestarzały się w sposób różny. Więc Lisioł proponuje podejść do tekstu ze szczyptą soli, żeby rzucić ją w oko dezinformacji siedzącej na ramieniu. mniej