Maria, Janek, Anna, Stefan. Do Szczecina z różnych stron kraju przyjechali po wojnie nie z własnej woli, ale dlatego, że historia zdecydowała za nich, przesuwając granice, wyrywając ludzi z korzeniami, przecinając dotychczasowe życiorysy. Tylko Ula mieszka tu od zawsze, urodzona w niemieckiej rodzinie jako Ulrike, i w nowej Polsce zaciera ślady dawnej tożsamości. W zgruzowstałym mieście chcą zacząć od nowa: kochać, śmiać się, mieć dzieci, jeździć nad morze. Nie mają tu nikogo, ale ich drogi krzyżują się w barze Bambino, w którym część z nich pracuje, a część tam zachodzi. Czy Szczecin da im to, na co liczą i co im obiecano? Czy zdołają uwolnić się od przeszłości, która uporczywie nawiedza ich w snach?
za takie tytuły uwielbiam polską literaturę współczesną. gęsta opowieść o losach czterech osób dorastających z doświadczeniem - każdy z innym - poplątanie brzemienia pochodzenia, wojny, traumy, miłości i milczenia
• „W takim mieście ludzie spotykają się przypadkiem, w nowych konstelacjach. Ludzie wymyśleni przez przypadek. […] Mają ze sobą coś wspólnego: nie mają tu, w mieście, rodzin. Uklepują swoje życie, stykając się naskórkami z ludźmi stąd, zawierają przymierza, składają przysięgi”.
Książka niezwykle fascynująca pod względem antropologii życia codziennego, czytałam z ogromnym zaciekawieniem. Styl autorki jest jednak bardzo trudny, często frustrujący. Czytając czułam się trochę jak we śnie, książka wprowadziła mnie w dziwny stan nostalgii za miastem, którego w tamtym okresie nie doświadczyłam.
Echhh ciężko mi się to czytało. Rozumiem nowatorstwo tej techniki niegramatycznych zdań i urwanych wypowiedzi, ale nie widzę uzasadnienia do używania jej na każdym kroku. Takie udziwnienie dla udziwnienia, które tylko utrudnia lekturę. Kilka ciekawych przemyśleń dotyczących miejsca człowieka w historii i traum pokoleniowych.
⭐️3.5 Często miałam problem ze zrozumieniem tego, co się tam dzieje. Krótkie, urwane zdania, wtrącenia itp. nie zawsze były dla mnie intuicyjne i do tej pory chyba nie załapałam wielu wątków. Też dziwi mnie, że dużo bardziej rozumiem rzeczywistość przedwojenną/wojenną niż PRL - z tego okresu wiele rzeczy jest dla mnie kompletnie niejasnych, obcych, a autorka nie ułatwia mi ich zrozumienia. Zakłada po prostu, że wiem, o czym ona pisze. Tak czy inaczej, chyba najlepiej zapamiętałam historię Uli. Anna była gdzieś z boku, Marysia i Janek byli najwyraźniejsi.
Książka o moich dziadkach, którzy z różnych stron dawnej Polski przybywali do Szczecina... Jako szczecinianka jest to dla mnie bardzo prawdziwa opowieść o tym, jak losy Szczecina są pełne wewnętrznych sprzeczności, komplikacji i niedojaśnień, a jednocześnie jak zwykli ludzie w tym mieście uczyli się w nim żyć po wojnie, i później.
Mocna lektura, w której wiele rzeczy przypominało mi o opowieściach moich dziadków oraz rodziców, i ich trudnej drogi do normalnego życia w tym Szczecinie, niby-polskim, niby-niemieckim, zawsze trochę innym, odstającym od reszty, z dystansem do obu części swojej historii.
“Życie powstaje z bezsensownego bełkotu przypadków, (...) przemieszczeń społecznych. Lepiej byłoby się z niego wycofać, zanim nas przekroczy (...). Każde z nich jedzie z innej strony, pokonuje inną drogę. Troje pociągami. Jedno z nich, jedna, Ulrike - Ula, jest na miejscu. Jej droga to rezygnacja z drogi, nie wykupienie biletu, niezdecydowanie się na trasę i środek lokomocji.” Łączy ich rok urodzenia - zbyt młodzi, by nie brać udziału w wojnie, ale też wystarczająco duzi, by pozostała ona w pamięci; odcisnęła piętno.
Bohaterowie korzystają z dobrodziejstwa “powieszonej na haku tożsamości” ci zza Buga, z poznańskiego, Żydzi czy Niemcy. Łączy ich Szczecin. Tu nie ma to znaczenie - kim byli kiedyś, teraz to amalgamat ludzi dających sobie nową szansę, bezpiecznie pytających “a twoi skąd”. Przeszłość powraca w snach, w samotności, a jeśli w codzienności, to jak proustowska magdalenka - w przebłyskach, które na chwilę łączą dzień dzisiejszy z zapomnianą, wymazaną wojenną lub przedwojenną rzeczywistością. A bardziej realnie w pocztówkach, postkartach, odkrytkach zawieszając bohaterów pomiędzy przeszłością a teraźniejszością - wprowadzając w stupor, konfuzję. A w końcu w spotkaniach z bliskimi - obcymi, w powrotach do miejsc rodzinnych. Autorka opowiada o PRLu, który w taki czy inny sposób daje im szansę, ogranicza, pozwala się odciąć od przeszłości lub wręcz odwrotnie - przypomina o pochodzeniu, korzeniach w najmniej oczekiwanym momencie burząc pozorne lub prawdziwe szczęście. Trochę przypomina to “Dom”, choć inne miasto, inne pochodzenie bohaterów, inne problemy. Jest w tym również coś epickiego - wielka historia wpływająca na losy maluczkich i Ci maluczcy wykorzystujący, marnotrawiący lub pomijający swoją szansę.
Po przeczytaniu przyszło mi do głowy pytanie - kto z bohaterów wygrał swój los? Do kogo uśmiechnęło się życie? Co jest miarą sukcesu: repatriacja w 1957, wyjazd z poznańskiego, czy może pozostanie w Szczecinie, tak jak Ula - Urlika? Odpowiedź ani nie jest prosta ani oczywista.
Fantastyczna próba opisu przeżyć pokolenia bez ziemi i historii, tych urodzonych tuż przed wojną, którzy ją pamiętają, ale próbują zapomnieć - i to, skąd są, i to, kim są. Narracja jest trudna, dziwna - jak pourywane myśli. Po jakimś czasie jednak można się przyzwyczaić, a te szarpane zdania doskonale oddają wrażenie zagubienia, pustki, nadziei, niezrealizowanych marzeń i planów osób, które przypadkiem spotykają się w Szczecinie w czasach PRL i próbują ułożyć sobie życie w nowej, nieznanej rzeczywistości.
Nie lubię nie kończyć książek, więc może do niej wrócę jeszcze. "Bambino" nie jest złe, ma bardzo ciekawą tematykę (wojna, przymusowe repatriacje, dorastanie, problemy narodowościowe, Szczecin, Ziemie Odzyskane, bohaterowie pochodzący z różnych stron), ale totalnie nie mogłem przebrnąć przez początek powieści z powodu stylu autorki, opartego na bardzo krótkich, telegraficznych zdaniach. Czytanie tego okazało się być męczące.
bardzo trudna – nie tylko pod względem lingwistycznym. myślę, że błędem było czytanie jej tak długo, bo ciężko się w nią ponownie wbić. w postaci Magdy zauważyłam siebie. bardzo smutna i okrutnie przytłaczająca.
Szczecin tuż po wojnie był miejscem w momencie wielkiego przełomu - już nie niemiecki, jeszcze nie polski. Miejsce pełne niepewności, niestabilności i zmian. To tu mieszkają trzy bohaterki i jeden bohater powieści Iwasiów. Każda z tych osób ma zupełnie inną przeszłość. Ulrike jest Niemką, ale po stracie rodziców w Szczecinie z braku innych pomysłów na życie została. Anna, Maria i Jan to osoby napływowe. Każda z nich ma inne tło, pochodzi z innego miejsca i różnie przetrwała wojnę. Wszystkie jednak połączy bar mleczny Bambino, w którym będą pracować kobiety i jadać Jan. To nad miską jadła będą rozmawiać, zakochiwać się, przeżywać, planować, walczyć.
„Bambino” to powieść, która przenosi nas do powojennego Szczecina – miasta pełnego kontrastów, emocji i skomplikowanych ludzkich losów. To historia o ludziach, którzy musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości po traumach wojny, zmieniającym się układzie geopolitycznym oraz w kontekście zderzenia różnych kultur, tradycji i języków.
Tytułowy bar mleczny Bambino stanowi centralny punkt w życiu bohaterów. Jest to miejsce spotkań, rozmów i konfliktów. Powieść opowiada historię kilku osób – Uli, Marii, Anny, Stefana i Janka – przedstawiając ich losy na tle przemian historycznych i społecznych. Każda z tych postaci niesie swój bagaż: wojenne traumy, tęsknoty i nadzieje.
Styl Ingi Iwasiów jest surowy, ale i pełen emocji. Autorka świetnie oddaje klimat powojennej Polski, gdzie nic nie jest proste ani jednoznaczne, oraz znakomicie ukazuje atmosferę Szczecina – miasta złożonego z różnorodnych doświadczeń i kultur. Książka jest interesującym zapisem historycznym, pokazującym mniej znane aspekty powojennej Polski
To książka pełna detali, które składają się na obraz życia w trudnych czasach. To pozycja poruszająca i wysmakowana.
Losy pokolenia moich dziadków i ich rodzeństwa w mieście, do którego troje z nich - tak jak bohaterowie tej książki - przybyło po wojnie, żeby budować swoje nowe życie. W mieście, w którym również mieszkałam przez pierwsze dziewiętnaście lat życia, i do którego ciągle w odwiedziny wracam. Zatem sentyment do tej książki mam bezdyskusyjny, ale nawet gdyby ze Szczecinem nic mnie nie wiązało, uznałabym tę powieść za bardzo interesującą, z kategorii tych, które szczególnie lubię: zwykłe-niezwykłe życie przeciętnych ludzi, z dawką refleksji. A do tego możliwość poznania czasów, które znam tylko z rzadkich opowieści czy nudzących mnie zwykle lekcji historii. W pewnym sensie jest to też, moim zdaniem, książka o tym, jak bardzo kształtują nas złe aspekty dzieciństwa czy doświadczenie straty lub braku. Gwiazdki daję cztery, bo od wspomnianej w opisie "oryginalnej narracji" czasami szlag mnie trafiał...
Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do nietypowej narracji, krótkich zdań, pełnych niedopowiedzeń i skrótów myślowych. "Bambino" okazała się fascynującym studium ludzkich postaw społecznych. Przez pryzmat losów kilku bohaterów, poznajemy dynamikę życia w powojennym Szczecinie, na ziemiach odzyskanych. W powieści splatają się losy osób z różnymi historiami rodzinnymi i książka ta pokazuje jak mocno zarówno historie rodzinne i jaki i historie narodowe odciskają się na życiu przyszłych pokoleń. "Bambino" to książka o kolenych pokoleniach naznaczonych traumą. Ale też o kobietach próbujących zagłuszyć echa traum z przeszłości. Iwasiów ma talent do opisywania emocji i doznań bez ocierania się o kicz i tkliwość oraz subtelne oko do szczegółów: warto na nie podczas czytania zwracać uwagę, bo żaden, nawet najbanalniejszy szczegół nie pojawia się na kartach "Bambino" bez przyczyny.