Marigold Price wraz ze swoją macochą Lizzie prowadzi przytulny pensjonat w małej górskiej miejscowości Silver Springs w stanie Kolorado. Pół roku temu dziewczyna straciła ojca i choć niesamowicie za nim tęskni, to z całych sił stara się udowodnić Lizzie i całemu światu, że ze wszystkim poradzi sobie sama, że o wszystko sama zadba - wcale nie gorzej niż jej zmarły tato. Sześć miesięcy po jego odejściu wydaje się, że życie w pensjonacie Silver Lodge powoli wraca do normy. Zbliża się Boże Narodzenie i obie panie Price zajęte są dekorowaniem domu w oczekiwaniu na spragnionych śniegu turystów.
Tymczasem nad spokojnym Silver Springs zbierają się ciemne chmury. Krążą plotki o kimś, kto skupuje ziemie na obrzeżach miasteczka. Atmosfera zagęszcza się wraz z przyjazdem Sainta Ashforda. Biologiczny syn Lizzie Price i dawny przyjaciel Mari, jeszcze z dzieciństwa, wraca po latach do Silver Springs z zamiarem przemienienia cichej górskiej miejscowości w drugie Aspen - ogromny kurort narciarski. Ten pomysł zdecydowanie nie podoba się Marigold. Dziewczyna postanawia walczyć o zachowanie tożsamości miasteczka i o ukochany pensjonat, co do którego Saint także ma pewne plany...
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.
Z wykształcenia anglistka, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, z zawodu kierowniczka w pewnej międzynarodowej korporacji, z zamiłowania autorka romansów z wątkami kryminalnymi i sensacyjnymi. Pisze praktycznie od dziecka, od kilku lat dzieląc się swoimi tekstami w Internecie. Sama dużo czyta, a jej ulubioną autorką pozostaje Joanna Chmielewska. Prywatnie lubi podróże, planszówki ze znajomymi i swojego psa, labradora Milo. Sentymentalna bzdura jest jej pierwszą powieścią wydaną drukiem.
2,75 ⭐️ Zawiodłam się, bohaterowie nie potrafią ze sobą rozmawiać, poza tym w pewnym momencie czułam się jakbym słuchała telenoweli, a nie sądzę żeby taki był zamysł.
Może wiecie lub nie, ale jestem ogromną fanką twórczości Ludki. Zawsze jej książki czytam z ogromną radością. Jeszcze nie zdarzyło mi się bym się rozczarowała. Tak też było i tym razem. Zawsze znajduję w jej historiach dużo komfortu i bardzo szybko udaje mi się zżyć z bohaterami. Nie brakuje również wielu emocji.
Prędzej piekło zamarznie jest historią którą miałam okazję poznać, gdy była jeszcze publikowana na Wattpadzie. Już wtedy jej klimat, kreacja bohaterów skradła moje całe serce. Powrót do nich w papierze był niezwykle cudownym doświadczeniem. I nie spodziewałam się, że tak bardzo się za nimi stęskniłam.
Jestem zakochana w klimacie tej pozycji. Bo czy istnieje coś lepszego niż śnieg, małe miasteczko, zbliżające się święta. Prowadzenie urokliwego pensjonatu. Myślę, że musicie sami sięgnąć po tą pozycję i dowiedzieć się o czym mówię.
Marigold po śmierci swojego taty przejmuje stery w prowadzeniu pensjonatu, którego odwiedza dużo ludzi. Każdy ją zna i lubi. Jeśli potrzebuje pomocy to może liczyć na pomoc mieszkańców. Jest też osobą, która nie poddaje się, gdy natrafiają się przeszkody. Bardzo szybko ją polubiłam i z nią zżyłam. Cudownie było widzieć jak kocha to co robi. Jak dla bliskich sobie osób jest w stanie zrobić dosłownie wszystko. Jest też dziewczyną, która oddała wiele swojego serca w to miejsce, które jest dla niej jak dom. To właśnie z tego miejsca ma najlepsze wspomnienia.
Saint to totalny gbur. Na początku możecie myśleć, że go nie polubicie, ale to nic bardziej mylnego. Warto dać mu szansę.Bo, gdy bliżej się go pozna. To jestem pewna, że skradnie on wasze serca. Tak było ze mną. Jego zachowanie wynika z czegoś i po poznaniu powodu w moich oczach pojawiły się łzy. Było mi go też bardzo szkoda. Nie zmienia to faktu, że miał w sobie dużo dobra i wielkie serce, które musiał powoli odkrywać w sobie na nowo.
Pewne wydarzenia sprawiają, że drogi Marigold i Sainta się przecinają. Po latach nieobecności ich samych w swoim życiu. Najbardziej zabolało mnie to, że kiedyś byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Jednak pewne rzeczy bardzo mocno się skomplikowały. Obydwoje mają do siebie ogromny żal. Pewne sytuacje nie zostały wyjaśnione. A to, że znają tylko swoją perspektywę niczego nie ułatwia. Jednak czy będą umieli sobie przebaczyć i przeprowadzić spokojną rozmowę. Dać drugą szansę i zrozumieć, że wcale pewne rzeczy nie są takie jakie mogą się wydawać. To może być trudne zwłaszcza, że Saint chcę odebrać Mari coś naprawdę ważnego. Jednak jeśli myśli, że będzie to łatwe zadanie to się myli. Dziewczyna zrobi wszystko by wrócił z niczym. By nie odebrał jej czegoś co kocha całym swoim sercem.
Relacja wyżej wymienionej dwójki została tak pięknie ukazana, że nie raz nie dwa miałam motylki w brzuchu. Widać było ich niechęć. Najbardziej podobało mi się to, że nie od razu przeszli do przyjaciół i do miłości. Wszystko miało swoje odpowiednie tempo. Wiele rzeczy działo się naturalnie bez zbędnego przyspieszania. Cudownie było obserwować jak mimo wszystkich bolesnych wydarzeń byli dla siebie ważni. Nawet jeśli mówili coś, to ich gesty te najmniejsze rzeczy mówiły najwięcej. Podobało mi się to jak Saint dbał o Mari. Jak ją traktował jak sprawiał, że czuła się w jego towarzystwie komfortowo. Jednak były momenty które sprawiały, że moje serce zostało złamane nie raz nie dwa. Pojawiały się też łzy, ale sama do końca nie umiem stwierdzić dlaczego.
Niektóre wydarzenia były dla mnie ogromnym szokiem i nie ukrywam bolały mnie. Pewne rzeczy były bardziej skomplikowane niż na pierwszy rzut oka mogłyby się wydawać. I nie wszystko jest takie proste i jednostronnie. Niektóre zachowania mają w sobie drugie dno i po poznaniu całości historii możemy zrozumieć dlaczego bohaterowie postępowali tak a nie inaczej. Oraz, że nie wszyscy są tacy na jakich się kreują. Zwłaszcza jednej osoby nie polubiłam ani trochę. Gdy tylko się pojawiał miałam ochotę wejść do książki i wręczyć mu bilet w jedną stronę. Nie musiał się nawet odzywać.
Jestem przeszczęśliwa, że mogłam wrócić do tych bohaterów w papierze. Zakochałam się w tej historii jeszcze bardziej, a nie byłam świadoma, że tak się da. Jeśli się zastanawiacie czy sięgnąć po tą historię to tak jak najbardziej. Jeśli szukacie książki z cudownym klimatem zimy, świąt, drugiej szansy to dobrze trafiliście bo w " Prędzej piekło zamarznie" to znajdziecie.
Pierwsza książka, jaką przeczytałam od Ludki, bardzo mi się podobała. Jednak każda kolejna była już tylko gorsza, więc to była ostatnia historia, jaką przeczytałam od tej autorki, i więcej nie mam zamiaru próbować.
Najlepszy w tej książce był niezaprzeczalnie klimat. To była definicja zimowej książki, idealnej na zimowy wieczór, gdy na dworze pada śnieg. To małe miasteczko, gdzie każdy się zna, gdzie nie ma za dużo ludzi i wszystko jest takie spokojne, było przecudowne.
Polubiłam też Sainta, czyli naszego głównego bohatera, którego było mi momentami tak niesamowicie szkoda, że miałam ochotę go przytulić. Absolutnie nie zasłużył na nic, co go spotkało w życiu. Natomiast jeśli chodzi o Mari, to na początku była trochę bipolarem. Raz nienawidziła Sainta, a chwilę potem szykowała się na kolację z nim i pożyczyła od przyjaciółki sukienkę i szpilki, bo oczywiście ona nie ma takich rzeczy w szafie. Natomiast potem znowu go nie lubiła i już zaczęłam się gubić w tym, co ona w końcu czuje.
Jednak niestety, jak ostatnio, coś musiało mi zniszczyć całą radość z czytania, i tym razem był to wątek z matką głównego bohatera. Lizzie odeszła od swojego męża i zostawiła syna, a przez całą książkę Mari namawiała Sainta, żeby z nią porozmawiał i dał jej się wytłumaczyć. To mnie strasznie irytowało, bo z jakiej racji on miał to zrobić? Dlaczego on ma teraz za nią biegać? Natomiast gdy dostajemy wytłumaczenie na końcu, to ani trochę nie poprawiło ono sytuacji, bo minęło tyle lat, że to, co się stało wcześniej, zaczęło być po prostu wymówką i to słabą. Przez to, że gdy syn Lizzie zatrzymał się dosłownie w tym samym miejscu, w którym była, a ona nawet nie spróbowała do niego podejść i wytłumaczyć wszystkiego, pokazało, że ta jej wielka miłość jest tylko głupim gadaniem bez żadnego pokrycia, a tak naprawdę w ogóle on jej nie obchodzi. Nienawidzę jej, a przez to, że to ciągnęło się przez cały czas, to bardzo mi to zepsuło całość.
Za każdym razem, gdy wracałam do czytania, pojawiał się moment, gdy niesamowicie się irytowałam, a to zaczęło mi odbierać radość z czytania. Moja początkowo wielka ekscytacja zaczęła znikać i po połowie zaczęłam tę książkę męczyć, mimo że działo się naprawdę sporo. Jest mi mega przykro, że tak się stało, bo na początku bardzo mi się podobało i myślałam, że tak będzie do końca.
zacznijmy od tego, że nie nazwałabym jej książką świąteczną, lecz zimową i ten klimat jest rewelacyjny. małe górskie miasteczko, narty, przytulny pensjonat... no idealnie.
pomysł na fabułę również przypadł mi do gustu. mamy tutaj liczne próby wykupienia pensjonatu, walkę z rekinem biznesu, zjednoczenie się mieszkańców miasteczka - do samego końca byłam ciekawa jak ta sprawa się rozwiąże i uważam, że autorka wymyśliła naprawdę ciekawe i sensowne zakończenie.
jeśli chodzi o postacie, to polubiłam Sainta. uważam, że był to najlepszy bohater ze wszystkich, którzy się tutaj przewinęli i jednocześnie najciekawszy. z jednej strony zmanipulowany przez ojca, z drugiej strony nie był tak całkowicie przez niego zepsuty... szkoda, że nie było więcej rozdziałów z jego perspektywy, bo ta jego walka serca z rozumem była świetna.
co do wątku romantycznego: był po prostu okej, bez fajerwerków. może gdyby Mari miała więcej oleju w głowie i zachowywała się dojrzalej, to jakoś lepiej odebrałabym ich razem. i denerwowało mnie strasznie, że praktycznie za każdym razem, kiedy Saint zwracał się do Marigold, to używał słowa "bałwanku". męczące to było i człowiek po kilku stronach miał już serdecznie dość.
najgorszy aspekt tej książki? relacja Sainta z Lizzie, a raczej jakakolwiek próba jej stworzenia na nowo. tragicznie poprowadzony wątek, mocno zbagatelizowany, płaski i taki nijaki. dla mnie więzi rodzinne są ważne i nie ma znaczenia czy chodzi o książkę, film, serial czy prawdziwe życie, a tutaj zostały potraktowane po macoszemu. potencjał był ogromny i sytuacja, w której znalazł się syn z matką była świetnym podkładem pod coś poruszającego, przesiąkniętego emocjami. na próżno ich tu jednak szukać.
Zimowy romans, który otula jak ciepły kocyk? Tak, to zdecydowanie najlepsze określenie dla tego tytułu!
Po “Puck Me Up” Ludki, które przeczytałam jeszcze w te wakacje, byłam ogromnie podekscytowana premierą tej książki. Historia wciągnęła mnie od pierwszych stron – tak bardzo, że zarwałam dla niej nockę!
Styl pisania autorki, jak zawsze, jest wspaniały – lekki, płynny i niezwykle przyjemny w odbiorze. Dzięki temu cała akcja nabiera dynamiki, a książkę czyta się jednym tchem. Wątek rywalizacji o pensjonat był świetnie poprowadzony – pełen intryg, ale i tego charakterystycznego humoru, który uwielbiam w książkach Ludki. A zimowy klimat? Czysta magia, która idealnie dopełniła tę historię.
Bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani – polubiłam ich od razu i szybko się do nich przywiązałam. Chociaż muszę przyznać, że momentami brakowało mi między nimi porządnej rozmowy, która pomogłaby rozwiązać część konfliktów. Mimo to ich relacja była cudowna – ich charaktery idealnie się uzupełniały, niczym puzzle układające się w piękną całość. Ludka, jak zwykle, doskonale oddała napięcie między nimi, co sprawiło, że trudno było oderwać się od lektury.
Jedyny mały zgrzyt miałam z 🌶️ scenami – nie do końca odpowiada mi sposób, w jaki autorka opisuje intymne zbliżenia. To chyba kwestia osobistych preferencji, bo nie mogę powiedzieć, że są złe – wręcz przeciwnie, są naprawdę gorące! Po prostu nie trafiły w mój gust.
Podsumowując, ta książka otuliła mnie jak ciepły kocyk w zimowy wieczór. Była idealnym przerywnikiem między pozycjami o cięższej tematyce, które ostatnio czytam. Myślę, że znajdzie się naprawdę wysoko w moim rankingu książek Ludki. Z całego serca polecam!
,,Szampan i gorąca czekolada na początek naszego nowego życia brzmią świetnie.”
Książka którą liczy 400 stron została przeze mnie przeczytana w zaledwie dwa dni!
Możecie zapytać dlaczego a ja już spieszę z odpowiedzią.
To książka, która jest idealna na tą porę roku. Gdy u nas za oknem robi się powoli biało, nasi główni bohaterowie są na dworze i lepią bałwana.
Przez to możemy czuć jakbyśmy byli tam razem z nimi. Po za tym książka jest tak lekko napisana, że się przez nią płynie.
To kolejna książka spod pióra tej autorki która mnie zachwyciła. Miałam co do niej bardzo wysokie wymagania i zdecydowanie zostały zaspokojone.
Zacznijmy od głównym bohaterów. Mari od początku skradła moje serce. To jak walczyła o pensjonat było dla mnie niesamowite. Od razu ją polubiłam i myślę, że mogłabym się z nią dogadać.
Co do Sainta. Uważam, że jest to niesamowity facet. Mimo, że był cały czas manipulowany przez ojca, to potrafił mu się postawić i wybrać dziewczynę i mamę, z którą nie miał kontaktu tyle czasu.
Od samego początku chciałam, żeby ta dwójka w końcu przejrzała na oczy. Widać było, że ich do siebie ciągnie i tylko czekałam na moment kiedy się o tym przekonają.
Uważam, że jest to naprawdę świetna książka na teraźniejszą pogodę. Polecam ją każdemu i gratuluję autorce kolejnej cudownej książki!
❄️Idealna książka na grudniowy wieczór? Zdecydowanie poleciłabym ,,Prędzej piekło zamarznie". Zwłaszcza jeśli tak jak ja kochacie święta. A jeśli nie przepadacie za tym okresem, to myślę, że może być to coś co odczaruje wam ten czas.
❄️Dużym atutem tej książki jest klimat. Małe, górskie miasteczko, uroczy pensjonat i zbliżająca się Gwiazdka to mieszanka idealna, jeśli chodzi o nastrój. Bardzo liczyłam na ten element i nie zawiodłam się, bo w trakcie czytania czułam wszystko co opisała autorka.
❄️Mimo że, książka może nie zaskakuje i dość łatwo przewidzieć co się wydarzy, to nie odbierało mi to frajdy z czytania, a sama historia bardzo szybko mnie wciągnęła. Pomysł na fabułę przypominał mi mieszankę moich ukochanych świątecznych filmów romantycznych i miło było przeczytać historię w tym klimacie na papierze.
❄️A bohaterowie i ich relacja? Mimo początkowych wątpliwości Saint z każdą stroną rozkochuje, natomiast Marii to przyjemnie napisana postać, z którą chętnie wybrałabym się ma stok narciarski, a później wypiła gorącą czekoladę przy lepieniu bałwana. Z uśmiechem na twarzy czytałam wymiany zdań między Saintem a Marigold i nie raz ta dwójka sprawiła, że się rozpływałam.
❄️Myślę, że ,,Zanim piekło zamarznie" to książka, do której chętnie będę wracać w zimowym okresie. Więc jeśli szukacie komfortowej historii romantycznej w zimowym klimacie to to będzie strzał w dziesiątkę.
Małe miasteczko, urokliwy klimat górski, przytulny pensjonat oraz gorące uczucie… Czego chcieć więcej od książki z zimowym klimatem?
Mari po śmierci ojca odziedziczyła rodzinny pensjonat, który prowadzi wspólnie ze swoją macochą. Kobiety bardzo dobrze się dogadują, a ich praca przebiega bez problemów. Wiele osób chce spędzić miło czas w spokojnym miasteczku w otoczeniu gór, dlatego nie mogą narzekać na brak klientów.
Wszystko wydaje się toczyć bez zarzutu, aż pewnego dnia pod pensjonatem pojawia się Saint. Jej przyjaciel z dzieciństwa bardzo się zmienił. Po wyprowadzce do Denver wydoroślał, a Marigold z niepokojem zauważyła, że stał się podobny do swojego ojca.
Saint jednak nie przyjechał po to, by odnawiać przyjaźń lub naprawić relacje z matką. Ojciec powierzył mu zadanie - ma doprowadzić do wybudowania nowego kurortu w Silver Springs. To ma być dla niego sprawdzian, który udowodni czy jest gotowy do przyjęcia firmy.
Żaden z mężczyzn nie przewidział, że mieszkańcy miasteczka bedą przeciwni zmianom. A szczególnie Mari, która nie chce oddać swojego pensjonatu.
Od tej pory, dawni przyjaciele toczą wojnę. Oboje chcą postawić na swoim i pokazać swoje racje. W swoich działaniach używają podstępów, niejednokrotnie wykorzystując się nawzajem. Oczywiście każdy dzień w pensjonacie przybliża ich do siebie coraz bardziej…
Czy Mari w końcu uda się odzyskać spokój i zachować swój pensjonat? A może to Saint będzie tym, który wygra? I najważniejsze - czy w tej sytuacji można liczyć na głębsze uczucia i zaufanie?
„Prędzej piekło zamarznie” to bardzo fajna książka. Lekka, przyjemna w czytaniu, a przede wszystkim wprowadzająca trochę zimowego klimatu, w te ostatnie tygodnie jesieni ❄️
Historia która idealnie wpasuje się w pogodę za oknem, dostarczy wam zimowego, chłodnego jak i lekko gorącego klimatu ta pozycja jest dla was.
Marigold to bohaterka, którą polubiłam od pierwszej przeczytanej strony. Poznajemy ją, w momencie kiedy próbuję zawiesić lampki na pensjonacie prowadzonym przed śmiercią przez jej ojca, zwisając przy tym do góry nogami. Jest to postać, która zaimponowała mi tym, jak dążyła do wyznaczonego celu mimo tego, że pojawia się jej przyjaciel, który wyjechał kilka lat temu tym samym syn jej macochy, proponując zakup jej pensjonatu i stworzenie w miasteczku Silver Springs czegoś nowocześniejszego dziewczyna nie ugina się pod jego urokiem osobistym. Bardzo podoba mi się to jak Marigold radzi sobie z mężczyzną na początku, jak i do samego końca jest ostrożna i nie daję mu się zastraszyć. Jednak czas, który z nim spędza zaczyna pokazywać, że za maską pewnego siebie i potrafiącego manipulować drugą osobą kryje się jej przyjaciel Saint, za którym tęskniła.
Saint to bohater, który w początkowych rozdziałach był niezłą zagadką. Zjawia się znienacka w Silver Springs z zamiarem zamienienia go w ogromny kurort narciarski jest gotowy na wszystko, by dopiąć swój plan, choćby miał zniszczyć wszystko, co stanie na jego drodze. Jednak kiedy spotyka Marigold przyjaciółkę z dzieciństwa, która zostawiła go tak samo jak matka coś każe mu się lekko zatrzymać. Saint jest postacią, która ma za złe matce, że tak łatwo o nim zapomniała jest zaopatrzony ślepo w swojego ojca i nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień. Jego postać zmienia się pod wpływem Marigold, przypomina sobie dawne czasy jednak presja od strony ojca nie daję o sobie zapomnieć. Mężczyzna jest pomiędzy uczuciami do dziewczyny, która rozświetla jego dzień jednym uśmiechem, a ojcem który obiecał mu firmę.
Historia Marigold i Sainta to pełna wspomnień, dzieciństwa, ciepła, jak i bólu, przeszłości i wzajemnego zaufania książka. Możemy poczuć w niej klimat świąt, to jak zaufanie jest ważne, aby stworzyć zdrową relację jak kluczowe ma znaczenie i jak bardzo może zaszkodzić. Postać Sainta jest dla mnie dość zmieszana w odczuciu. Z jednej strony podobało mi się jak martwił się o Marii, był przy niej chronił ją jednak ta druga strona, kiedy zamieniał się w totalnego dupka, który myślał tylko o tym, jak ją przekonać to sprzedaży, nie licząc się z tym, że to jej dom wszystko, co ma po śmierci rodziców. Byłam bardzo zła, w momencie kiedy nie chciał uwierzyć dziewczynie nawet w postaci dowodów, które sama mu pokazała wciąż słuchał ojca i wierzył jemu. Marigold była od początku postacią, która naprawdę polubiłam, jej wola walki ani na moment się nie zatrzymała. Dążyła do celu mimo wyrzutów sumienia co świadczy tylko o tym, jak czyste serce ma ta bohaterka. Jest to już któraś z kolei książka Ludki jednak nie wciągnęła mnie jakoś bardzo Natomiast bardzo podobała mi się ostatnia scena i ta marchewka świetny pomysł dodatkowo ich wyprawa w góry i opiekuńczość Sainta.
Rolę przerywnika między krwawymi thrillerami i kryminałami książka w jakiś sposób spełniła. Zaczyna się zresztą nieźle, choć wiodący motyw, czyli walka z bogatymi inwestorami o utrzymanie charakteru małego górskiego miasteczka, zbyt oryginalny nie jest.
Rzecz dzieje się w Silver Springs w stanie Kolorado, do którego przyjeżdża z Denver Saint Ashford, reprezentujący firmę swego ojca Josepha, z misją odkupienia Silver Lodge, niewielkiego pensjonatu należącego do Marigold „Marie” Price, która kieruje nim wraz ze swoją macochą Lizzie. Dla Ashfordów ma to być ostatni etap przed rozpoczęciem budowy w miasteczku nowoczesnego, wielofunkcyjnego kurortu narciarskiego.
Przekształcenie Silver Springs w „drugie Aspen” budzi wśród lokalsów - szczególnie właścicieli małych biznesów, takich jak Marie - gorący sprzeciw. Dopóki na czoło akcji wysuwane są w powieści kolejne, pomysłowe etapy bezwzględnej rozgrywki wokół planowanej przez inwestorów „modernizacji” miasteczka, w której oczywiście główne role odgrywają Marie i Saint, jest dość zabawnie. Mimo że od początku znane jest drugie i trzecie tło tego pojedynku. Jedno, przesądzające o zaciętości walki, ma związek ze skomplikowanymi relacjami między Ashfordami i Lizzie, która okazuje się biologiczną matką Sainta. Inne, mocno komplikujące przebieg i rezultaty wojny, to obopólne zauroczenie sobą dwojga młodych, w dzieciństwie bliskich przyjaciół, którzy od dziewięciu lat, kiedy to Ashfordowie opuścili Silver Springs, nie mieli ze sobą żadnego kontaktu.
Niestety, styl opisu tych wątków, które szybko zaczynają dominować, jest tak kiepski, łącznie ze scenami erotycznymi, jakich autorka nie skąpi, że cała przyjemność z lektury musiała, jeśli o mnie chodzi, po prostu wyparować.
Marigold i jej macocha Lizzie prowadzą przytulny pensjonat w małej górskiej miejscowości Silver Springs w Kolorado. Przejęły go po śmierci ojca Marigold i próbują nauczyć się żyć bez niego. Ich spokój zostaje zakłócony przez nagły powrót biologicznego syna Lizzie, Sainta, który nie widział się z nimi od wielu lat, ponieważ wychowywał go ojciec. Saint wraca pełen żalu i z zamiarem odebrania im pensjonatu, który ma stać się własnością firmy jego ojca, a na jego miejscu ma powstać nowoczesny kurort.
„Prędzej piekło zamarznie” to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Ludki Skrzydlewskiej i muszę przyznać, że było w pełni udane. To uroczy romans pełen tajemnic i intryg, który mnie pochłonął i trudno było mi się od niego oderwać. Książka jest napisana z lekkością i humorem, co czyni ją niezwykle przyjemną w lekturze.
Marigold została wspaniale wykreowana – od razu ją pokochałam. To typ dziewczyny, która jest niezwykle ciepła i troskliwa. Z kolei Saint budził we mnie współczucie, ponieważ był pod silnym wpływem ojca, okłamywany, pozbawiony miłości i odizolowany. Ich relacja jest jednocześnie skomplikowana i prosta, oparta na zaufaniu i troskliwości. Chemia między nimi była wyczuwalna od samego początku, a ich związek tworzył iskrę, której nikt nie mógł ugasić.
W tej historii znajdziecie motywy takie jak: hate-love, przyjaciele z dzieciństwa, małe miasteczko, druga szansa, slow burn, rywale stający się przyjaciółmi i kochankami oraz odnalezienie rodziny.
To doskonała propozycja, która ogrzeje serca czytelników i pomoże przygotować się na mroźne dni.
[ współpraca reklamowa ] 𝐏𝐫𝐞̨𝐝𝐳𝐞𝐣 𝐩𝐢𝐞𝐤𝐈𝐨 𝐳𝐚𝐦𝐚𝐫𝐳𝐧𝐢𝐞 Ludki Skrzydlewskiej to książka, która idealnie wprowadziła mnie w ciepły, świąteczny klimat. Marigold mieszka w małym miasteczku w Kolorado i prowadzi rodzinny pensjonat. Niespodziewanie pojawia się Saint, jej dawny przyjaciel z dzieciństwa, który wyjechał z miasteczka dziewięć lat wcześniej bez słowa pożegnania. Wraca z zamiarem wykupienia pensjonatu.
Od samego początku podobał mi się motyw 𝐟𝐫𝐢𝐞𝐧𝐝𝐬 𝐭𝐨 𝐞𝐧𝐞𝐦𝐢𝐞𝐬 𝐭𝐨 𝐥𝐨𝐯𝐞𝐫𝐬, ale miałam pewne oczekiwania wobec tej relacji. Myślałam, że Saint okaże więcej czułości wobec Marigold, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich wspólną przeszłość i to, że kiedyś byli dla siebie kimś ważnym.
Niestety, jego zachowanie często mnie irytowało, przez większość książki był zbyt skoncentrowany na własnych celach, a jego decyzje wydawały się egoistyczne. Oczywiście miał swoje chwile, kiedy troszczył się o Marigold, przypominając sobie, że to przecież jego 𝐁𝐚𝐈𝐰𝐚𝐧𝐞𝐤 z dzieciństwa, ale te momenty były rzadkie i niewystarczające.
Marigold była dla mnie najlepszym elementem tej książki. Była odważna, zdecydowana i miała cięty język, co sprawiło, że łatwo było ją polubić. Bardzo dobrze została opisana jej reakcja na powrót Sainta, czuć było, jak bardzo zraniło ją jego odejście, ale jednocześnie widoczna była chemia między nimi. Mimo że ich relacja była trudna i pełna napięcia, nie zabrakło też humoru i lekkich momentów.
Świąteczny klimat był pięknie oddany, małe miasteczko, zimowa sceneria, rodzinne tradycje i przygotowania do świąt to coś, co zdecydowanie wprowadzało w bożonarodzeniowy nastrój. To idealna książka na grudniowe wieczory, kiedy chce się poczuć ciepło i magię świąt.
Mimo że historia była napisana ładnym stylem, miałam wrażenie, że momentami była zbyt chaotyczna. Niektóre wątki wydawały się zbyt pobieżnie potraktowane, a zachowanie Sainta miejscami budziło frustrację. Dlatego mam mieszane uczucia wobec tej książki.
Nie skreślam jednak twórczości Ludki. Styl pisania autorki bardzo przypadł mi do gustu, więc na pewno sięgnę po inne jej książki. Może kolejna historia bardziej wpasuje się w mój gust.
uwielbiam książki @ więc i za „Prędzej piekło zmarznie” zabrałam się z ogromną przyjemnością. połączenie wielu cudownych motywów i zimowego klimatu to coś co uwielbiam, zwłaszcza teraz w tym przedświątecznym klimacie! mimo, że wcześniej nie miałam okazji czytać książki na watt bardzo na nią czekałam i nie zawiodłam się! a PPZ stało się moim nowym ulubieńcem od Ludki!
już od pierwszych stron niesamowicie wkręciłam się w czytanie, a to wszytsko za sprawą super stylu pisania autorki, ale też za tym jak poprowadzona została cała akcja, ta cała walka aby nie sprzedać pensjonatu, kolejne intrygi, a przy tym dużo śmiechu, momentów gdzie zatrzymało się serce, ale i sceny gdzie rozpływam się nad Saintem i Mari. to wszystko zostało idealnie dopełnione istna zimowa i świąteczna atmosfera, co dodało tylko całości większej magii!
bohaterowie jak zawsze u Ludki zostali świetnie wykreowani, zarówno Mari jak i Sainta polubiłam od samego początku! już od pierwszych rozdziałów czuć było między nimi napięcie, z którymi chcieli się schować bo jednak grali po różnych stronach bramki i walczyli o coś innego, lecz wiadomo że miłość nie wybiera. Saint miał swoje takie cudowne momenty, że po prostu się nad nim rozpływałam, Mari za to pokazała, że potrafi nieźle wszystkich przechytrzyć i że jej intryga ma się bardzo dobrze. Cała ich relacja była naprawdę cudowna i mogłabym czytać o nich bez końca!
aa Ludka!! ty dobrze wiesz jak ja kocham twoje książki 🥹 bawiłam się doskonale razem z bohaterami w Silver Springs 🫶🏻
nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, więc wiedziałam, że mogę się spodziewać cudownej historii - i oczywiście się nie myliłam!! jedyne co mnie na początku drażniło to humorki Sainta, choć z biegiem czasu zmieniłam co do niego moje nastawienie💓 przyznam, że poprzednia książka od Ludki, „Puck me up” podobało mi się bardziej 🤍🤌🏻 ale i tak jest to pozycja warta uwagi!!
“Jak to w ogóle możliwe? Jakim cudem ten mały aniołek wyrósł na piękną kobietę, przez którą prawdopodobnie nie będę mógł zasnąć dzisiaj w nocy?”
[ współpraca reklamowa: @editio.red ]
Są takie książki, które po prostu wciągają nas w swój świat od pierwszej strony, a „Prędzej piekło zamarznie” jest dokładnie taką pozycją. Czytając tę historię, miałam wrażenie, jakbym przeniosła się do śnieżnego Silver Springs, gdzie w powietrzu unosi się nie tylko zapach świątecznych ciasteczek, ale też napięcie między bohaterami, które da się niemal dotknąć.
Marigold Price to bohaterka, która od razu skradła moje serce. Na początku wydawała się delikatna, wręcz eteryczna, ale im bardziej ją poznawałam, tym większy podziw wzbudzała we mnie jej siła, niezłomność i odwaga. Jest osobą, która nie boi się stanąć do walki o swoje, nawet jeśli przeciwnikiem jest ktoś, kto zna jej słabości, czyli Saint Ashford. Na początku przyznam szczerze, że miałam ochotę wyrzucić go z tej historii. Ale Ludka Skrzydlewska zrobiła coś niesamowitego. Pozwoliła tej postaci ewoluować i zyskać moje zaufanie. Ostatecznie nie mogłam nie docenić jego przemiany, choć nie ukrywam, że musiał się naprawdę postarać.
Ich relacja to istny rollercoaster emocji, który wciąga od pierwszych stron. Każda interakcja między Mari a Saintem to zderzenie dwóch silnych charakterów. Pełne ognia, nieczystych zagrań i momentów, które wywołują zarówno śmiech, jak i wzruszenie. Są jak ogień i lód, a każde ich spotkanie to mieszanka napięcia i chemii, która niemal iskrzy na kartach powieści.
Autorka znakomicie buduje to napięcie, pokazując, że pod warstwą konfliktów i bólu kryje się coś więcej, coś, co sprawia, że serce przyśpiesza. Ich burzliwe rozmowy i spory kryją w sobie niewypowiedziane uczucia, a każde spojrzenie zdaje się mówić więcej niż tysiąc słów. To intensywna, pełna emocji relacja, która balansuje między gniewem a delikatnością, czyniąc tę historię wyjątkowo poruszającą.
Całość osadzona jest w magicznej, zimowej scenerii, która jest tak szczegółowo opisana, że łatwo poczuć mroźne powietrze i usłyszeć skrzypienie śniegu pod stopami. Silver Springs wydaje się miejscem wyjętym z bajki, z zaśnieżonymi uliczkami, świątecznymi dekoracjami i aurą, która idealnie oddaje klimat zimowych dni. Autorka stworzyła przestrzeń tak namacalną, że niemal czuje się atmosferę spokoju i uroku tej małej górskiej miejscowości.
Jednocześnie historia wypełniona jest ciepłem, które sprawia, że idealnie nadaje się na chłodne wieczory. Ta opowieść otacza przyjemną aurą, pozwalając odpocząć i na chwilę uciec od codzienności. To książka, która zaprasza do zanurzenia się w jej świecie. Pełnym emocji, zimowej magii i niezwykłych chwil, które na długo pozostają w pamięci.
„Prędzej piekło zamarznie” to coś więcej niż zwykła historia miłosna. To opowieść o walce o to, co ważne, o radzeniu sobie z przeszłością i o budowaniu czegoś nowego – nawet jeśli czasem wymaga to przejścia przez piekło.
'Prędzej piekło zamarznie' miało być jedyną świąteczną książką, którą przeczytam w tym roku. Plan się nie powiódł - owa historia jest bardziej zimowa niż świąteczna. Jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio w lekturze, po prostu zmieniłam swoje oczekiwania.
Cała historia oraz jej prowadzenie ma swoje wady i zalety. Niezmiernie podobało mi się igranie Marigold z Saintem - zagrania typowe dla hallmarkowej komedii romantycznej. Bo niby dziewczyna mu pomaga, a jednocześnie go sabotuje. Chef's kiss!💋
Ogólnie 'Prędzej piekło zamarznie' byłoby dobrą podstawą scenariusza na taki film do oglądania jednym okiem przy lepieniu pierogów czy doprawianiu maku🤣 Bo mamy małą, zintegrowaną społeczność, czarny charakter, tajemniczą przeszłość i dziewczynę, która wszystko bierze na swoje barki. Brzmi jak mieszanka doskonała🫡
Przechodząc do minusów, niezwykle irytowało mnie przezwisko, które Saint nadał Mari - bałwanek. Niby nic, ale gdy przez czterysta stron przewinęło się jakieś sto razy to już na samo wspomnienie podnosi mi się ciśnienie. Dodatkowo autorka upodobała sobie jedno wyrażenie: paroksyzm bólu. Brzmiało mi ono niezwykle sztucznie, gdy przewijało się w fabule.
Sam wątek romantyczny też mnie nie zachwycił. Niby mamy obiecane enemies to lovers, ale bardzo szybko przechodzimy do etapu 'lovers'. Bohaterowie postanowili 'rozdzielić' życie zawodowe od uczuciowego, więc można się domyślić jak to wszystko się kończy.
I... uwaga spojler! Ludka trzy razy próbowała zabić główną bohaterkę, więc musiało mi się spodobać 🤣
Prędzej piekło zamarznie niż ja przestanę czytać książki Ludki ❤️ Ta książka to prawdziwy zimowy klimat. Rodzina, małe miasteczko i problemy rodzinne, które jednoczą wszystkich by pokonać przeszkody. Motyw drugiej szansy, lekkie enemies to lovers a na dodatek on z miasta a ona z małego miasteczka. Czego można chcieć więcej ? 😁
„Świat widziany do góry nogami czasami jest całkiem zabawny.”
Natura to nasze największe dobro, jakie daje nam Matka Ziemia. Piękne krajobrazy, urocze ścieżki leśne, zdrowe, świeże powietrze, spokój i cisza to niewątpliwe jej atuty. Niestety, coraz częściej w przyrodę wkracza cywilizacja, która zagarnia pozamiejskie tereny, dostosowując do współczesnych potrzeb. Liczą się zyski finansowe dla ludzi, którzy inwestują w jakiś projekt, nie raz niepasujący do otoczenia, bo najważniejsze jest przyciągnięcie jak największej ilości klientów z grubymi portfelami. Pokazało to ostatnich kilka lat, gdy wycinano ogromne obszary leśnie, nie licząc się z tym, że degradacji ulega przyroda, będąca największym atutem danego miejsca. Bohaterka książki „Prędzej piekło zamarznie” też nie może patrzeć na to, jak jej ukochana miejscowość położona w przepięknym terenie górskim, może wkrótce całkowicie się odmienić, więc jest gotowa zrobić wszystko, by do tego nie doszło.
Marigold Price mieszka w Silver Springs od zawsze. To tutaj zna każdy kamień, każde drzewo, każdą ścieżkę i narciarską trasę. Teraz prowadzi tutaj pensjonat, który przejęła po śmierci swego ojca pół roku temu. Pomaga jej Lizzie, macocha, z którą ma doskonały kontakt i razem tworzą zgrany duet rodzinny i biznesowy. Marigold robi wszystko, by sprostać zadaniu i utrzymać renomę miejsca, z którym jest mocno związana.
Poznajemy obie bohaterki, gdy zbliżają się święta i wydaje się, że nic nie jest w stanie zakłócić planów, także tych związanych z wynajęciem pokoi. Jak co roku pensjonat ma pełne obłożenie, więc trwają przygotowania do czasu, który zapowiada się pracowicie.
Właściwie zastajemy Marigold wiszącą głową w dół i patrzącą na świat do góry nogami z poziomu… dachu. A to dlatego, że po raz kolejny dziewczyna postanowiła udowodnić, że potrafi sobie ze wszystkim poradzić, tak jak jej ukochany tato, więc uważa, że nie powinna mieć problemów z przystrojeniem domu lampkami.
Niestety zaczynają krążyć plotki, że ktoś wykupuje tereny wokół miasteczka i ma ruszyć budowa jakiegoś dużego projektu. Gdy nagle do Silver Springs przyjeżdża przyjaciel z dzieciństwa, Saint Ashford i melduje się w jej pensjonacie, Marigold czuje niepokój, który pojawia się zaraz po tym, jak entuzjastycznie powitała dawno niewidzianego przyjaciela. Jednak wkrótce orientuje się, że nie jest to już ten sam Saint, z którym jeszcze kilka lat temu spędzała wspólnie czas. Okazuje się, że to on i firma jego ojca ma zamiar przemienić urokliwą miejscowość w ogromny, nowoczesny kurort narciarski. A to stanowi dla pensjonatu zagrożenie, gdyż Ashfordowie chcą go kupić, by zrównać go z ziemią.
Wydaje się, że jest to już sprawa przesądzona i nic nie powstrzyma budowy ośrodka. Jednak Saint i jego ojciec nie wiedzą, że Marigold nie jest słodką, naiwną dziewczyną, lecz zdeterminowaną, pewną siebie i sprytną kobietą, która za wszelką cenę zamierza bronić swego ukochanego miejsca, zachowując jego naturalny urok.
Pani Ludka Skrzydlewska ujęła mnie już jakiś czas temu napisanymi przez siebie historiami w książce „Niepokorne serca” i „Puck me up". I podobnie stało się z jej najnowszą powieścią „Prędzej piekło zamarznie”, która wpisuje się w gatunek romansu typu hat-love, gdyż obie emocje: nienawiść i miłość są w niej obecne i to bardzo wyraźnie. Autorka, bowiem potrafi wszelkie odczucia, przeżycia, reakcje i doświadczenia opisywać z niebywałą ekspresją i wyczuciem. Dzięki temu książkę czyta się szybko, z uśmiechem, lekko i płynnie. Doskonale jest wyczuwalna zarówno złość, gniew, frustracja, zdumienie, jak też targające bohaterami wątpliwości, budzące się uczucie sympatii, które oboje uważają za niewłaściwe. No bo jak można mieć cieplejsze uczucia wobec wroga?
Ogromnie podobała mi się Marigold i chyba od dawna żadna z kobiecych postaci nie zyskała u mnie tak wielu plusów, jak właśnie ona. Od razu ją polubiłam. Jej postawa i zachowanie były usprawiedliwione. W końcu była to normalna bohaterka, która czerpie przyjemność z życia, jedzenia, nie patrzy na kalorie, ani na to, czy coś jest wegetariańskie, czy nie. Ma ognisty temperament, inteligencję, którą wykorzystuje do uzyskania własnych celów, ale nie ma w jej zachowaniu niczego, co nie tłumaczyłoby jej działania. W końcu walczy o swoje. Trzymałam za nią kciuki, by nie uległa naciskom i pozornemu urokowi Sainta, który początkowo nie wzbudza sympatii, ale z czasem, gdy poznajemy go lepiej, nastawienie do niego zaczyna się zmieniać. Dostrzegamy w nim w pewnym sensie ofiarę manipulacji i braku miłości. Tworzą się przy tym zabawne sytuacje, sprytne i niespodziewane zwroty akcji, które uatrakcyjniają tę opowieść.
„Prędzej piekło zamarznie” to świetnie napisana powieść tocząca się w zimowej scenerii, w pięknym otoczeniu przyrody i ze świątecznym klimatem w tle. Autorka oddała w niej też wspaniałą atmosferę małej miejscowości, w której wszyscy się znają i można liczyć zawsze na wzajemną pomoc, gdy jest ona potrzebna. Jednak nie jest to typowa bożonarodzeniowa historia, lecz fabuła z dobrym tempem, wyrazistymi, charakterystycznymi bohaterami nie tylko pierwszoplanowymi, ale i też pojawiającymi się na drugim planie. Całość tworzy wciągającą opowieść pokazującą, że pieniądze to nie wszystko, gdyż najważniejsi są ludzie, których kochamy.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy z grupą wydawniczą Helion i wydawnictwem: Editio Red
Miałam już przyjemność spotkać się z twórczością Ludki Skrzydlewskiej przy lipcowej premierze jej hokejowego romansu. „Puck me up” pokochałam niemal od pierwszej strony, dlatego też moje oczekiwania do tego nowego tytułu były dość wysokie. Czy zostały spełnione?
W większości tak. Ale cóż… nie wszystkie.
Najnowsza zimowa powieść autorki już na samym początku przenosi nas w wyjątkowy klimat małego miasteczka, na ośnieżone drogi Silver Springs, na próg urokliwego, rodzinnego pensjonatu.
Pensjonatu prowadzonego przez dwudziestotrzyletnią Marigold Price, która po śmierci ojca, przejęła jego obowiązki właściciela. Dziewczyna jest bardzo związana zarówno z rodzinnym biznesem, jak i z miejscem, w którym spędziła całe swoje życie.
Nie wyobraża sobie, że mogłaby kiedykolwiek wyjechać z Silver Springs oraz…
stracić ukochany pensjonat.
A jednak w jej życiu, po latach, pojawia się ktoś, kto bardzo chce jej go odebrać – Saint Ashford. Kiedyś jej najlepszy przyjaciel, a dzisiaj największy… rywal. Dwudziestopięciolatek, który nie zawaha się przed niczym, aby zrealizować swój (choć może bardziej…swojego ojca?) plan.
Mężczyźni pragną zamienić to małe, ciche miasteczko w luksusowy kurort narciarski. Nie spodziewają się jednak tak ogromnego sprzeciwu ze strony mieszkańców. A Saint od początku nie docenia Mari…
a PRĘDZEJ PIEKŁO ZAMARZNIE, niż dziewczyna pozwoli mu zburzyć Silver Lodge i zamienić ogromną część swojej rodzinnej historii w zimne, surowe i pozbawione duszy, nowoczesne budynki.
Pomiędzy Marigold i Saintem rozpoczyna się bezlitosna gra bez żadnych zasad, w której zwycięzca może być tylko jeden. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej w momencie, kiedy na szali pojawia się coś więcej niż kawałek ziemi Silver Springs…
Czy rodzące się pomiędzy nimi uczucie jest prawdziwe, czy to jedynie część gry? Czy mogą sobie zaufać w prywatnym życiu, wiedząc, że w tym zawodowym nie cofną się przed niczym, aby osiągnąć swoje cele?
„I chociaż nadal nie czuję się przy nim pewnie, chociaż nie do końca mu ufam, chociaż stoimy po przeciwnych stronach barykady – mogłabym się w nim zakochać.”
W motywach książki mamy „rivals to friends to lovers”, ale ja bym trochę zmieniła tę kolejność, bo bardziej pasuje mi „friends to rivals to lovers” – od momentu, kiedy Saint pojawia się w Silver Springs, nie trzeba czekać długo na zalążek uczucia pomiędzy bohaterami. O przyjaźni możemy mówić w kontekście ich przeszłości, cofając się do wspomnień Mari i Sainta, natomiast tutaj… dość szybko pojawia się wzajemne pożądanie, które z przyjaźnią ma niewiele wspólnego. I biorąc pod uwagę sam wątek zaciętej rywalizacji, miałam nadzieję, że chemia między postaciami będzie wręcz namacalna, że zostanę pochłonięta lawiną gwałtownych emocji, ale tak się niestety nie stało (to znaczy, lawina była, ale nie taka). Nie mogę powiedzieć, że wątek romantyczny mi się nie spodobał, bo miał swoje momenty, ale chyba liczyłam na coś więcej. Zabrakło mi tutaj nie tylko napięcia, ale też takich prawdziwych, szczerych chwil pomiędzy Mari i Saintem, które umocniłyby jakoś ich relację. Czytając o nich, z tyłu głowy wciąż miałam historię Hazel i Mikko, a na ich tle ta para wypadła, niestety, trochę blado. Co nie tyczy się absolutnie 🌶scen - te zostały naprawdę świetnie napisane! Nie spodziewałam się AŻ TAK gorących momentów pomiędzy bohaterami, a było namiętnie, zmysłowo i z wyczuciem.
Bardzo mocnym punktem książki okazały się relacje rodzinne – nie tylko przeszłość dawnych przyjaciół została tu owiana tajemnicą, ale również powód odejścia matki Sainta, a rozwiązanie tej zagadki ciekawiło mnie chyba najbardziej. I się nie zawiodłam.
Fakt, że bohater przez wiele lat był wychowywany jedynie przez t0ksycznego ojca, bardzo wpłynął na jego charakter i sposób postrzegania rzeczywistości. I mimo, że to nie do końca jego wina, Saint Ashford nie zdobył mojej sympatii i do samego końca miałam do niego raczej neutralny stosunek. Przez to też chyba trudno było mi poczuć wątek romantyczny i przywiązać się do bohaterów i ich historii.
Poza tym powieść czytało się bardzo szybko, styl pisania autorki niezmiennie mi się podoba i choć historia Mari i Sainta nie do końca zdobyła moje serce, nie żałuję czasu, jaki spędziłam z tą książką. To przede wszystkim pełna uroku opowieść o drugiej szansie, o trudnych powrotach i poszukiwaniu prawdy, która od lat pozostawała zakopana głęboko w zakątkach Silver Springs. A to wszystko oprószone śniegiem, ciepłym klimatem małego miasteczka i rodzinnej społeczności.
Dzień dobry serdeczne! Dziś wpadłam opowiedzieć kilka słów o fantastycznej książce, która do mnie ostatnio trafiła. Ależ to było miłe doświadczenie, jestem zachwycona tą historią, tym jak została ona przedstawiona, tym jak mnie otuliła senną, a zarazem domową, ciepłą i magiczną atmosferą małego miasteczka, wywołała uśmiech i łzy, sprawiła, że nie chciałam jej odłożyć na bok, bez dotarcia do finału. Przepadłam w niej od pierwszej strony i sama jestem zaskoczona faktem, że jestem zła po pierwsze o to, że ta historia już się skończyła, a po drugie tym, że dopiero odkryłam twórczość pani Skrzydlewskiej. Jeśli inne jej powieści są równie piękne, biorę je w ciemno, doradźcie mi tylko, proszę, od której zacząć.
Nie będę ponownie opisywać fabuły, bo sam wydawca sporo już mówi, a nie chciałabym Wam zepsuć frajdy z odkrywania tej historii. Zaznaczę tylko, byście przygotowali się na to, że wsiadacie na rozpędzony emocjonalny rollercoaster i nie ma w nim nawet centymetra miejsca na nudę, choć akcja toczy się w sennym i zimowym miasteczku, tyle się tu dzieje, że momentami naprawdę robi się gorąco od nadmiaru doznań. Autorka fantastycznie oddała nie tylko klimat miejsca, ale i pięknie podała wszystkie emocje, które targają bohaterami, a naprzemienna narracja głównej dwójki tylko to podkreśla. Cudownie było poznawać ich punk widzenia, odkrywać tajemnice, obserwować jak dochodzili do porozumienia, mając między sobą tak wiele lat niedomówień i obopólnego żalu wynikającego z nie do końca zrozumianego odrzucenia. Historia ta przepełniona jest tajemnicami i intrygami, mnóstwem emocji i całą gamą uczuć. Świetnie obserwowało się przemianę Sainta i to jak docierała do niego prawda o jego życiu, które toczył przez ostatnie kilka lat z dala od matki, domu i przyjaciółki z dziecięcych lat, choć momentami był on nieodrodnym synem swojego ojca, tak bardzo, że aż ciarki przechodziły poplecach gdy obserwowało się jego bezwzględność i wyrachowanie, za chwilę stawał się człowiekiem o złotym sercu, gotowym oddać je za drugiego człowieka. Fantastycznie wykreowana postać, zdecydowanie moja ulubiona. Marigold, też fajnie poprowadzona, zadziorna waleczna, mocno stąpająca po ziemi, niedająca sobie dmuchać w przysłowiową kaszę kobieta, która wie, co jest dla niej najważniejsze, i że nie da sobie odebrać tego bez walki. Pozostałe postacie tworzą barwne tło dla głównej dwójki. Jedyne czego mi brakowało, to więzi między Lizzie a Saintem i takiej szczerej prawdziwej rozmowy. Tutaj dostaliśmy tylko namiastkę i sporo z ich relacji zostało w domysłach. Pomysł na fabułę w moim odczuciu bardzo trafiony i świetnie poprowadzony, akcja powieści toczy się dość szybko, momentami mocno zaskakuje, zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i wywołuje szczery śmiech. Błyskotliwe dialogi, nuta sarkazmu tylko dodają pikanterii całości i sprawiają, że przeżywa się wszystkie emocjonalne stany.
Książka napisana jest niezwykle barwnym, pobudzającym wyobraźnię językiem. Z wielką przyjemnością czyta się opisy miejsc i ludzi. Historia przedstawiona przez panią Skrzydlewską wciąga od pierwszych stron, intryguje, zmusza do refleksji nad tym co jak ważna jest okolica w której mieszkamy, jej ekosystem, który raz poruszony ludzką ręką już nigdy nie wróci do swej świetności i biologicznego balansu, o tym jak chęć posiadania i duże pieniądze potrafią zrobić z człowieka niebezpiecznego drapieżnika, który nie cofnie się tak naprawdę przed niczym. Autorka porusza tu także temat przemocy psychicznej, manipulacji drugim człowiekiem, przeinaczaniu faktów na swoją korzyść, zmusza czytelnika do zastanowienia się nad tym co jest naprawdę ważne w życiu. Powieść osadzona w pięknym malowniczym miejscu, niesie ukojenie daje przy sobie odpocząć i choć nie jet to stricte świąteczna historia, pięknie wpisuje się w ten wyjątkowy czas, pokazując, że dobro zawsze wygra, choć czasami jest to zasługa nie tylko walczącego człowieka, ale i sprzyjającej mu naturze.
Bardzo się cieszę, że mogłam poznać kawałeczek twórczości nowej dla mnie Autorki. Czas spędzony przy książce naprawdę naładował mi akumulatory, rozbawił, refleksyjnie nastawił, sprawił, że poczułam się naprawdę zrelaksowana, ale nie przytłoczona.
Czy polecam? Zdecydowanie tak? Bardzo ciepła opowieść, nie tylko o miłości, ale także przyjaźni, sile charakteru, nadziei, wybaczeniu i poszukiwaniu siebie i swojego miejsca na ziemi.
„Liczymy się tylko my: ja i obejmujący mnie Saint, który zachowuje się tak, jakby naprawdę chciał tu być. Bardzo bym chciała, żeby to było prawdziwe. Ale nawet jeśli… ja i tak nigdy nie będę dla niego najważniejsza. Nie mogę o tym zapominać.”
Pierwsza zimowa książka zaliczona! I chyba lepszego rozpoczęcia sezonu nie mogłam sobie wymarzyć. „Prędzej piekło zamarznie” to kolejna cudowna odsłona Ludki Skrzydlewskiej, która kupiła mnie w stu procentach. Nie możecie jej przegapić i postaram się Was o tym przekonać.
Opowieść przenosi nas do sennego, zimowego miasteczka Silver Springs, które stanowi jedną wielką rodzinę. Dwudziestotrzyletnia Marigold Price straciła ojca pół roku wcześniej i wspólnie z macochą prowadzi rodzinny pensjonat. Oddała temu miejscu całe swoje serce, chcąc wypełnić ostatnią wolę mężczyzny. Saint Ashford dziewięć lat wcześniej zraniony i zdradzony opuścił Silver Springs, teraz wraca, by wyrównać rachunki z rodziną Price, która odebrała mu matkę. Szybko jednak przekonuje się, że jego przyjaciółka z dzieciństwa nadal budzi w nim ciepłe uczucia. Zemsta wydaje się coraz trudniejsza, zwłaszcza gdy wspólnie spędzany z Mari czas pokazuje mu, że wydarzenia sprzed lat mogły wyglądać zupełnie inaczej, niż to, jak przedstawiał mu jego ojciec. Co okaże się silniejsze – serce czy rozum?
Ależ ja się z nią wspaniale bawiłam. Wciągnęła mnie w swoje szpony właściwie od pierwszych stron, a potem nie chciała z nich wypuścić. Tutaj zagrało mi dosłownie wszystko. Mamy cudowny małomiasteczkowy klimat, który został wspaniale wzbogacony o wspólne ratowanie okolicy przez mieszkańców, a to szczególnie uwypukliło silne więzi między nimi.
Ludka Skrzydlewska z wrażliwością dotyka również trudnych relacji rodzinnych. Mamy poruszającą sytuację Mari, która właściwie została sama na tym świecie, lecz nie może czuć się samotna, bo ma przy sobie osoby, które się o nią troszczą. Motyw „found family” został poprowadzony znakomicie, czuć w nim autentyczność i dozę emocji. Z drugiej strony mamy także sytuację Sainta, „porzuconego” przez matkę oraz wychowanego przez despotycznego ojca. Wokół tej sprawy autorka buduje tajemniczość i napięcie, bo nie od razu odkrywa karty na temat wydarzeń sprzed dziewięciu lat. Dość długo zastanawiałam się, co takiego musiało się wydarzyć, że Lizzie postanowiła się zrzec praw rodzicielskich do syna, nie potrafiłam jej zrozumieć, bo ja bym chyba tak łatwo się nie poddała. Jednakże, kiedy w grę wchodzą pieniądze, niektóre furtki zwyczajnie się zamykają. Nie będę ukrywać, moje serce zostało mocno poturbowane. Nie dało się nie uronić chociaż jednej łzy, znając uczucia Sainta, który po tylu latach czuł się zagubiony i zraniony, bo jego mama wolała inną rodzinę. To było naprawdę smutne.
Tym, co sprawiło, że zakochałam się w tej powieści, jest przede wszystkim wątek romantyczny. Mari i Saint to para wyjątkowa, a ich kreacja niesamowita. Począwszy od nich samych, kończąc na genialnej chemii, jaką Ludka między nimi zbudowała. Jako nastolatkowie przyjaźnili się, lecz nagły wyjazd Sainta wszystko zniszczył. Żadne z nich jednak o sobie nie zapomniało. Teraz kiedy są już dorośli, ich uczucia nabierają głębi, czuć to szczególne przyciąganie. Z drugiej jednak strony mamy konflikt, bo Mari nie pozwoli wykurzyć się z pensjonatu, a to obfituje w genialne potyczki między nimi, nie tylko słowne, ale też prawdziwą rywalizację, która dodaje nieziemskiego ognia. Napięcie między nimi stale jest podsycane, a kiedy w końcu dostaje szansę na ujście, spala doszczętnie. Sceny te nie są wulgarne, ale gorące i zmysłowe. Ilościowo także wypadają bardzo dobrze, bo nie przyćmiewają fabuły. Tym razem naprawdę nie mam niczego do zarzucenia, jestem absolutnie zachwycona całą opowieścią.
„Prędzej piekło zamarznie” to cudowna, romantyczna, pełna ciepła i emocji powieść, która swoim zimowym klimatem idealnie wpasowuje się w obecną porę roku. Co więcej, autorka zbudowała ją tak wspaniale, że pozwala się przenieść z naszej szarej aury do magicznej, śnieżnej krainy. Do tego wyraziści bohaterowie, ciekawa fabuła oraz piękna, zabawna i poruszająca historia miłosna – czego chcieć więcej? Historia Mari i Sainta to moim zdaniem niekwestionowany #mustread tej zimy. Czytajcie!
Wiele dobrego słyszałam o autorce, ale wcześniej jakoś pomimo wielu planów nie udało mi się poznać jej twórczości, więc dla mnie to było pierwsze spotkanie z piórem autorki. W tym momencie muszę powiedzieć, że podpisuję się obiema rękami pod zachwytami nad jej twórczością, a samą autorkę dodaję do ulubionych i teraz już na pewno sięgnę po kolejne jej książki. Ta opowieść to romans, utrzymany w zimowym i komediowo-romantycznym klimacie.
Marigold po śmierci ojca, wraz z macochą prowadzi rodzinny pensjonat. Młoda kobieta ze wszystkich sił stara się udowodnić, że ze wszystkim poradzi sobie sama i ogranicza proszenie o pomoc do niezbędnego minimum. Nad miasteczkiem i nad w miarę poukładanym życiem Marigold zaczynają kłębić się ciemne chmury, plotka głosi, że ktoś skupuje okoliczne tereny. Sytuacja zagęszcza się, gdy do Silver Springs przyjeżdża Saint Asford, syn macochy Mari, jej dawny przyjaciel, który wychowywany był przez ojca, i który rozpoczyna wizytę od szokującej propozycji.
To była naprawdę świetna lektura. Oczekiwania miałam duże i niemal wszystkie zostały spełnione. Historia żywcem wyjęta ze scenariusza komedii romantycznej. W fabule wiele się dzieje więc na brak wrażeń czy na nudę absolutnie nie wolno narzekać. Akcja jest dynamiczna, pełno tu mniejszych lub większych plot twistów, ale przede wszystkim mamy niecne zamiary oraz tajemnicę przeszłości, i choć jest ona łatwa do odgadnięcia, to jest ona bardzo ważna w kontekście wszystkich wydarzeń. Wydawać by się mogło, że scenariusz jest prosty i przewidywalny, a sam pomysł nieco oklepany, bo ja początkowo sama miałam takie podejście do tej książki i wyczekiwałam czym autorka mnie zaskoczy, i cieszę się bardzo, że jej się to udało.
Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie, którzy są wspaniali, są do siebie podobni, kierują się podobnymi zasadami i co najlepsze potrafią zaskoczyć tym, że nie przebierają w środkach, żeby uzyskać to czego chcą, to szczególnie zaskakujące w przypadku Marigold, po której zupełnie nie spodziewałam się tak przebiegłych zagrywek. Nie mniej takie drobne uszczypliwości czy malutka manipulacja nadały tej powieści charakteru, zrobiły z niej niebanalną opowieść o walce z przeciwnościami losu, o własne miejsce na ziemi. Jakby komuś było mało to z drugiej strony mamy Sainta, który również zaskakuje, pokazuje swoje dwie twarze, jego złożony charakter przez co czasami trudno konkretnie określić, po której stronie mężczyzna się określa.
Książka napisana jest w wyśmienitym i lekkim stylu, porusza wiele tematów i motywów, które bardzo lubię, ale też takie, z którymi spotykam się dość rzadko. Te, które najbardziej wryły mi się w pamięć to spotkanie po latach, walka o dom, waśnie rodzinne, friends to lovers, zaborczy rodzice, małomiasteczkowy klimat czy trudna przeszłość. Jak wspominałam na początku, książka jest komedią romantyczną i znajdziemy tu niemal wszystko co z nią związane. Jest zabawnie, romantycznie i uroczo, czasami irytująco, pojawiają się mniejsze lub większe dramaty, mamy walkę o coś ważnego, oraz wątek miłosny, sensualny, zmysłowy i lekko erotyczny, który łączy dwójkę ludzi z różnych światów, którzy w sprawach biznesowych stają po przeciwnych stronach. To też opowieść o życiowych wyborach, podejmowaniu decyzji oraz odnalezieniu własnej drogi.
W tym wszystkim jedna rzecz nie do końca mi się podobała, mianowicie wyjaśnienie spraw rodzinnych. Od początku wiadomo, że coś się stało i choć można się domyślać o co chodzi, to prawdziwa wersja wydarzeń nieco zaskakuje, ale w tym wszystkim brakuje mi jakiejś głębi, kwintesencji wydarzeń czy takiej konfrontacji z prawdziwego zdarzenia - mówiąc prościej brakuje mi porządnej afery z tym związanej.
Jestem pod ogromnym wrażeniem książki, bardzo się cieszę, że sprostała moim wymaganiom, i pozwoliła się przekonać, że opinie zarówno o autorce jak i jej powieściach nie są przesadzone. To kawał dobrej lektury, którą czyta się z ogromną przyjemnością, dobrze, lekko i szybko, a przy tym można świetnie się bawić. Polecam, ale nie tylko jako lekturę typowo zimową, bo ze względu na poruszone tematy śmiało można ją czytać i w innych porach roku.
🩵⭐️RECENZJA ⭐️🩵 "PRĘDZEJ PIEKŁO ZAMARZNIE" LUDKA SKRZYDLEWSKA EDITIO RED PREMIERA 20.11.24 ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️/5⭐️ Współpraca Recenzencka @editio.red @ludkaskrzydlewska_autorka
Witajcie Moliki serdecznie ,w ten piękny mikołajkowy dzień. Jeżeli jeszcze zastanawiacie się nad jakimś prezentem dla osoby, która kocha książki ,bądź dla siebie🤗 ,to przychodzę do was z idealną pozycją . 🩵 Marigold po śmierci ojca wraz ze swoją macochą próbuje prowadzić przytulny pensjonat tak jakby jej tata nadal żył. Mała górska miejscowość Silver Springs to urocze miasteczko gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Dziewczyna ma ogromne wsparcie w przyjaciołach i mimo ogromnej tęsknoty za ojcem stara się jak może aby te zbliżające się Boże Narodzenie było pełne spragnionych śniegu turystów. 🩵🩵🩵🩵🩵 Pewnego dnia jednak zdarza się coś ,co sprawia, że mieszkańcy tego uroczego miasteczka zaczynają z przestrachem patrzeć na swoją przyszłość. Albowiem biologiczny syn Lizzie i dawny przyjaciel Mari jeszcze z dzieciństwa wraca po latach i stawia kobiecie propozycję nie do odrzucenia .Mianowicie chce odkupić od niej pensjonat i zrównać go z ziemią. DOSŁOWNIE🙈. Czy dziewczynie i wszystkim mieszkańcom Silver Springs starczy czasu, umiejętności i woli walki aby ich piękne miasteczko przetrwało i nie zamieniło się w nowobogacki kurort narciarski? Czy uda się uratować ducha tego cudownego miejsca, który tak silnie łączy wszystkich mieszkańców? Czy cała ta sytuacja z wykupowaniem ziem na obrzeżach miasteczka ma związek z zemstą jaka wisi nad Marigold i Lizzy??? Czy ojciec Sainta jest tak bardzo bezwzględny, że pozbawi wielu ludzi pracy i dachu nad głową? Jak smakuje Zemsta kiedy w grę wejdą uczucia, które są tak bardzo niechciane?🩵🩵🩵 Jeszcze mi się nie zdarzyła sytuacja, żeby jakakolwiek książka tej autorki mi się nie spodobała, ja je wręcz pochłaniam. Tutaj akcja dzieje się praktycznie od pierwszych stron. Urocze miasteczko, cudowni ludzie i tak bardzo waleczna, ale i smutna Marigold, która ze wszystkich sił nie pozwoli aby ktoś zagroził bezpieczeństwu jej i jej bliskim. Motyw hate love to motyw najbardziej uwielbiany przeze mnie w książkach i autorka zrobiła coś co ja wręcz uwielbiam i kocham w tego typu powieściach. Chodzi o to, że relacja tych bohaterów jest poprowadzona w sposób bardzo burzliwy, ale też bardzo delikatny i namiętny jeżeli Wiecie o co mi chodzi. Iskry które na początku były iskrami wściekłości i nienawiści do drugiej osoby, krok po kroku zamieniały się w iskry namiętności i chemii która zaczynała między nimi buzować. Przewracałam te kartki, pochłaniałam tą historię i czekałam na wybuch tego momentu, kiedy to nasza para zda sobie sprawę, że łączy ich dużo więcej niż przyznają przed samym sobą. Oczywiście jak to bywa w takich książkach nie jest naszym bohaterem łatwo, kłody rzucane im pod nogi są dodatkowym smaczkiem dla czytelnika i dodatkowym motorem napędzającym do jak najszybszego skończenia tej powieści,aby się dowiedzieć ,co będzie dalej. Uwielbiam Marigold🤭to bohaterka, która zawojowała mnie od pierwszych stron. I jej chęć samodzielności i to, że nie potrafiła poprosić o pomoc i to jak walczyła o swój pensjonat i o to co zostawił po niej ukochany tata, to najpiękniejsza rzecz jaka może być. Saint trafia na listę moich książkowych mężów (((ona juz jest strasznie długa)).....Jeśli chcecie wiedzieć czy wygrała zemsta, czy wygrało uczucie i czy w jakiś sposób dziewczynie udało się ocalić swoją spuściznę musicie przeczytać te cudowną pozycję. Ja od siebie tylko dodam, że jest to rewelacyjna książka i mimo ,że jest napisana na 400 stron to w życiu się nie spodziewacie, że można ją tak szybko połknąć.Fantastyczny slow burn ,poprowadzony ze smakiem i erotyzmem,niepozbawiony fantastycznych scen i wzruszających chwil...Idealna pozycja na idealny mikołajkowy wieczór z kocykiem, ciepłą gorącą czekoladą i w objęciach ukochanego. Nic tylko czytać.Ja ogromnie polecam #współpraca #editiored#kochamksiazki#bookstagramtopasja#czytamcodziennie#swietazksiazka#swietaromantyczne#hatetolove#slowburn.
W grudniu rozpoczęłam moją przygodę ze świątecznymi książkami. Jeszcze nigdy po takie nie sięgałam, jakoś mnie do nich nie ciągnęło, ale na przestrzeni czasu wyszło takich naprawdę sporo i chciałam poczuć ten świąteczny klimat jak najbardziej, więc skusiłam się na przeczytaniu kilku pozycji, a w tym ᴢᴀɴɪᴍ ᴘɪᴇᴋᴌᴏ ᴢᴀᴍᴀʀᴢɴɪᴇ.
Twórczość Ludki jest mi bardzo dobrze znana, miałam okazję przeczytać kilka jej pozycji i raczej były w porządku, to nie było nic takiego specjalnego ani bardzo zachwycającego, ale uważałam je za okej romanse, które miło czasem sobie przeczytać. Do tej książki nie miałam zbyt wielkich oczekiwań — nastawiałam się na coś komfortowego i z świątecznym klimatem. Ale nie do końca to dostałam.
Bardzo podobał mi się klimat tego małego miasteczka w Aspen i prowadzenie przez główną bohaterkę pensjonatu. To było naprawdę urokliwe i serio liczyłam, że z czasem zrobi się mega świątecznie niczym w miasteczku Świętego Mikołaja. Jednak nie dajcie się zwieść, to bardziej zimowa niż świąteczna książka. Są wspomniane Mikołajki lub pierwszy dzień Świąt, bohaterowie piją gorącą czekoladę i słuchają świątecznych piosenek, ale to wszystko było gdzieś daleko w tle i nie została poświęcona temu jakaś większą uwaga, a ja właśnie na to głównie liczyłam.
Z relacją głównych bohaterów mam pewien problem, bo przez większość czasu trochę nie rozumiałam ich podejścia i motywacji. Saint chce pozbawić Mari domu i miejsca pracy pełnego sentymentu i wspomnień. Z początku główna bohaterka jest uparta i nie zgadza się na żadne umowy i w pewnym sensie Saint staje się jej rywalem, wrogiem, ale dość szybko to wyparowuje. Nawiązuje się między nimi relacja przyjacielska, a niedługo później intymno-romantyczna, czego nie potrafiłam pojąć. Przez całą książkę jest wałkowany temat, że firma Sainta zburzy pensjonat, a ona i tak się do niego zbliża? Powinna faktycznie go nienawidzić, a nie z nim flirtować. A potem jest wielce zaskoczona, że kombinował za jej plecami.
Ogólnie z Saintem też mam problem. Na początku jest wrogo nastawiony do Mari, ale właściwie to nie wiadomo o co mu chodzi. Raz mówił, że jest irytująca i chce jej się pozbyć, a chwilę później zapraszał ją na kolację. Nie podobało mi się to. Jakoś mi się to ze sobą nie kleiło. Autorka mogła poświęcić trochę więcej czasu na rozwinięcie przemyśleń bohaterów, bo tak często byłam zmieszana. Drażni mnie też fakt, że na skrzydełku z motywami jest wyróżniony slow burn, podczas gdy wcale nim nie jest. Romans zaczyna się gdzieś od połowy książki, więc to nie jest slow, takie tempo zazwyczaj jest w romansach. Miło byłoby gdyby nie wprowadzano czytelników w błąd.
To nie była zła książka. Bawiłam się na niej w porządku, nawet miło spędziłam czas. Ma wady i w mojej opinii to nie jest najlepsza książka Ludki, ale i tak nie jest najgorzej. Jeśli szukacie książek z zimowym klimatem to myślę, że ta może wam się spodobać.
To jedna z tych historii, w których chcielibyście się znaleźć dla samej otoczki zimowego miasteczka, malowniczych świąt i niepowtarzalnego klimatu.
Wrogowie walczący o własny cel, a zwłaszcza tacy którzy się wcześniej znali to zapowiedz bardzo gorącej historii i to w śnieżnej scenerii! Zaśnieżone górskie tereny, małe, przytulne miasteczko, rodzinny pensjonat i konflikt przeszłości to tylko niektóre z głównych motywów tej historii, zachęcam wgłąb do lepszego jej poznania!
Saint pragnie udowodnić ojcu, że jest godzien przejęcia jego firmy. Marigold Price pragnie pielęgnować i prowadzić rodzinny biznes.
Mężczyzna by zdobyć sympatie ojca musi przekonać dziewczynę do sprzedaży im pensjonatu, a oni są potężną firmą stawiającą kurorty i wielogwiazdkowe hotele. Tym razem pragną postawić swoją pinezkę w Silver Springs. Budowa kurortu narciarskiego to tylko pretekst, tak naprawdę Ashfordowie pragną pociągnąć na dno rodzine Price i Lizzie. Saint jest synem macochy Marigold oraz jej przyjacielem z dzieciństwa, co bardzo utrudnia walkę, ponieważ jest takie coś jak stare uczucia. A gdy uczucia istniały i były prawdziwe, obudzą się nawet po 9 latach.
To jest intensywne i nieprzewidywalne zderzenie dwóch silnych charakterów. Jaka to była świetna historia! Pełna wzlotów, upadków, dobrego humoru, przekomarzanek, elektryzującego napięcia i gorącej atmosfery.
Mari to takie słoneczko, które jest pozytywnie nastawione do świata i stara się z każdej sytuacji wyjść optymistycznie. Straciła najważniejszego mężczyznę w jej życiu, przez co została skazana na siebie. Choc oracza się bliskimi osobami nikt nie zastąpi jej tej jednej obecności. Z zaradnością i dokładnością radzi sobie w przejętych obowiązkach. Jest kobietą nieprzewidywalną i ze starannością dążącą do celu.
Saint za to jest tornadem śnieżnym, które tam gdzie się zjawia, tam zwiastuje zamieć. Wychowany został przez apodyktycznego ojca, który widzi wyłącznie własny portfel i korzyści płynące z upokarzania innych. Lata temu obydwoje wyjechali z Silver Springs, a Lizzy - matka Sainta, została. Co tak naprawdę się wydarzyło, że każdy poszedł w swoją stronę?
Nie do końca za każdym razem wierzyłam w troskę Ashforda, a czasem sformułowanie „Mari” było dla mnie zbyt sztuczne i na pokaz. Ale to pokazywało, że autorka świetnie wykreowała ich jako zaciętych rywali. Czasem w grę wchodzą nieczyste zagrania, czasem do głosu dochodzą uczucia, ale nie wszystko jest takie oczywiste. Spisek goni spisek. Zagubienie wiąże się z chęcią dominacji.
Do ostatniej chwili nie miałam pojęcia jak to się zakończy. Autorka świetnie zbudowała napięcie dla czytelnika i to między bohaterami. Ciężko było oderwać się od czytania bez poznania zakończenia, a i po nim było mało.
„Prędzej piekło zamarznie” to bardzo klimatyczna opowieść od przyjaciół, po wrogów, aż do miłości. Jest ciepła, czasem burzliwa, ale i niezwykle ciekawa. Ta książka to idealny must read dla każdej fanki enemies to lovers.
O czym? Marigold Price to młodziutka dziewczyna, bo zaledwie 23letnia, która po śmierci ojca odziedzicza górski pensjonat w Silver Springs. To tu się wychowała, tu spędziła całe swoje życie, Silver Lodge to wszystko co zna i najbardziej ceni. Właśnie przygotowuje się do sezonu świątecznego, gdy w progach jej pensjonatu pojawia się Saint Ashford, którego nie widziała od blisko 9 lat. Jej przyjaciel z dzieciństwa, syn jej macochy z która prowadzi pensjonat, ktoś kogo myślała, że już nigdy nie zobaczy. I nie wraca on na stare śmieci z tęsknoty, bynajmniej. Jego powrót wiąże się z samymi negatywnymi informacjami dla Mari. Ktoś wykupuje ziemie w Silver Spings. Ziemie dookoła jej pensjonatu. Co gorsza, jej pensjonat tez jest na liście tego kupca, a jest nim nie kto inny, a ojciec Sainta. Czy jej dawny przyjaciel to dalej ta sama osoba, którą znała i lepiła bałwanki? Czy może jednak przeszedł na ciemną stronę i będzie próbował doprowadzić ją do ruiny?
Co myślę? Ależ mnie wciągnęła ta historia… Okej, przyznajmy szczerze, że już na początku można wywnioskować co się zadzieje między dwójką głównych bohaterów. Nie będę absolutnie zaprzeczać, że historię można określić jako przewidywalną, ale… nie do końca. Serio. Chociaż ogólny zarys można przewidzieć, to tak naprawdę zwrotów akcji jest mnóstwo. I sprawiły one, że moje serducho, które od początku kibicowało Saintowi, wywijało koziołki jak na rollercoasterze. Mari to twarda sztuka, dla której ten pensjonat to wszystko, całe życie i przede wszystkim masa wspomnień. Nie odda go za żadne pieniądze i nie pozwoli by ktokolwiek, nawet jej przyjaciel z dzieciństwa, wyrwał jej to, czy to w prawilnej walce czy też uciekając się do nieczystych zagrań. Saint został wychowany przez ojca by sięgać po to co chce bez względu na wszystko. Na domiar złego to właśnie ojciec jest winny temu, że chłopak stracił kontakt z matką i Mari. Saint jednak nie ma tej świadomości i wini obie kobiety za to, że go opuściły. I chociaż już pierwsze spotkanie z Mari porusza w nim czułe struny to jednak twardo walczy z uczuciami, które do niej żywi. Ma konkretny cel. Zdobyć ten pensjonat. Tego oczekuje od niego ojciec. Koniec, kropka. Ta historia to nie tylko romans, nie tylko przepychanki pomiędzy dwójką bohaterów. To także opowieść o tym jak głęboko mogą zakorzenić się w nas urazy i negatywne uczucia wobec bliskich nam osób. O tym jak czasem ludzie, którym powinno na nas zależeć, manipulują nami dla własnej wygody albo zemsty na kimś innym. Do tego wszystkiego to zimowe tło, kameralny pensjonat, który wita nas ciepłem i rodzinną atmosferą. Iście bajkowa sceneria, w które rozkręca się uczucie między Mari a Saintem. I co najważniejsze - czy tych dwoje jeszcze kiedy�� ulepi razem bałwana?
📚 Prędzej piekło zamarznie 📚 Od @ludkaskrzydlewska_autorka 🥰
[współpraca reklamowa] @editio.red ✨
„Już teraz czuje, że Marigold Price ponownie będzie moją zgubą.”
❄️ Książki spod pióra Ludki Skrzydlewskiej mają w sobie to coś i niemożliwością jest to, że się nie spodobają. „Prędzej piekło zamarznie” to kolejna historia, którą polubiłam. Zimowy romans, który ogrzeje wiele serc i dusz. Styl pisania Ludki Skrzydlewskiej jest niesamowity i wciągający. Autorka wie jak porwać czytelnika do swojego fikcyjnego świata. Pisze z pasją, przyjemnie, zrozumiale i lekko. Coś cudownego. Fabuła jest dopracowana idealnie. Motywy jakie tu znajdziemy to przyjaciele z dzieciństwa, hate-love, druga szansa, slow burn, found family oraz małomiasteczkowy klimat. Kuszące, prawda? Autorka sprawi, że przeniesiemy się do świata bohaterów i wraz z nimi przeżyjemy ich cudowną historię. Klimat zimowy jest pięknie przedstawiony i odczujemy go na własnej skórze. Plot twisty będą ekscytujące i będziemy ciekawi rozwinięcia. Historia pochłonie nas w całości i nie będziemy mogli się od niej oderwać. Marigold Price polubiłam od pierwszych stron. Jest zaradna, silna, waleczna, pomocna, przyjacielska, stanowcza, kochana, opiekuńcza i troskliwa. Jej charakterek jest z pazurem. Saint Ashford to mężczyzna, który rozkocha w sobie każdego. Choć początkowo miałam lekki problem z sympatią do niego, to później poszło już z górki. Jest tajemniczy i skryty, ale gdy pokaże stronę w której jest kochany, czuły, opiekuńczy i troskliwy to zdecydowanie przepadniemy. Polubiłam go też jako pewnego siebie, odważnego, zaborczego i zazdrosnego faceta. Ich relacja rozwija się w odpowiednim tempie. Wspólna rywalizacja stanie się czymś pięknym. To jak okazywali sobie wsparcie, szacunek, troskę i opiekę było imponujące. Małe gesty lub słówka bywały urocze. Jeszcze momenty, w których on nazywał ją bałwankiem! Ahh, słodkie! Jedyne czego mi brakowało to porządnej rozmowy pomiędzy nimi. Niedopowiedzenia doprowadzały do zgrzytów i ucieczki od rozmów były irytujące. Choć nie umniejsza to ich relacji. Po prostu mogło być jeszcze lepiej. Byli dla siebie idealni, jak brakujące puzzle w układance. Sceny zbliżenia są zdecydowanie rozgrzewające. Chemia, namiętność i przyciąganie pomiędzy tą dwójką jest ogromna i iskrząca. A gdy już wybuchnie, nikt tego nie powstrzyma. Te sceny napisane są z przyjemnością i ze smakiem. Nadadzą fajnych barw dla tej historii. „Prędzej piekło zamarznie” wywoła w nas miłe i przyjemne emocje, a czas spędzony z książką będzie udany. Pozwól sobie na podróż do małego miasteczka Silver Springs. Pokochasz tamtejszy klimat i świetnych bohaterów! Polecam! ❄️