Siedem opowieści wyjętych z pogranicza snu i jawy, zdrowia i choroby umysłowej, życia i śmierci, gdy ciało jeszcze nie jest pochowane, a dusza jeszcze nie wie, że już nie żyje. Nawet na wieczorku zapoznawczym dla zmarłych, bohaterka opowiadania "W tył, w dół, w lewo" stawia opór, bo twierdzi, że nie umarła.
"O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa. Rano wszystko było jeszcze w porządku: żywi mijani na ulicy pozdrawiali ją tak, jakby wciąż do nich należała. Gdy dotarła do pracy, nikt już nie patrzył jej w oczy. Rzeczy z jej biurka leżały w plastikowym worku.
– No, no – powiedziała szefowej. – Po coście to zebrali? To wszystko nowe jeszcze, niedawno kupione.
Na co tamta odparła:
– Co z tego? Te rzeczy należą do zmarłej, a rzeczy zmarłych się pali"
Autorka uchyla nam rąbka kotary, za którą są już zaświaty. Tam, zgodnie z ludowymi wierzeniami, w nagrodę pomaga się rozwijać kłębek złotej nici, z której Matka Boska dzierga Jezusowi skarpety, temu samemu, który kradnie dzieciom kapcie spod łóżka.
Książka jest tak odklejona od rzeczywistości, że chciałabym wiedzieć, co autorka zażywa, bo ja też chcę tego popróbować. Czytam wywiady i nic. Taka jest i tyle. Dorysowuje rzeczywistości wąsy, wymyśla dodatkowe czasoprzestrzenie, wplata skrawki snów, niedokończonych, przerwanych dźwiękiem budzika, spogląda na świat pod innym kątem niż zwykły zjadacz chleba i łapie odbicia w lusterka, a potem niesie je ostrożnie, żeby z lusterek nie uciekły.
Opowiadanie "W tył, w dół, w lewo", najdłuższe, otwierające tomik, jest dla mnie najsmaczniejsze. Ta wędrująca dusza, która nie chce pogodzić się z własną śmiercią fascynuje, śmieszy, przestawia głowę na inny tryb myślenia.
Pyszne dialogi, celne, nieprzegadane.
Świat wykreowany przez Weronikę Murek jest spójny, konsekwentny, nie ma tu taniego efekciarstwa, żeby tylko czytelnika zaskoczyć. Realizm magiczny, po który sięga autorka jest uczciwą formułą, a nie próbą ukrycia niedoróbek. Murek od pierwszego słowa do ostatniej kropki panuje nad tekstem.
Tytuł? Wpasowany w konwencję. Jako motto, słowa Miczurina: „Nie możemy czekać na łaskawość przyrody. Naszym celem jest wziąć ją sobie od niej samemu”. Akurat ten hodowca, któremu na siłę przypisywano status naukowca świetnie tutaj pasuje, razem z wybranym cytatem.
Świetna książka i rewelacyjny debiut.