Opowieści o „tu i teraz”, ale też o świecie „za chwilę”. O ciemnych stronach technologii, jej coraz większym wpływie na psychikę, ludzkie zachowania i chaos informacyjny. O językach, które wymierają, rozmywających się definicjach życia, migracji stającej się nieodłącznym elementem codzienności. W debiutanckim zbiorze opowiadań Macieja Wnuka poznajemy między innymi żyjącego w Norwegii mechanika, którego historia staje się viralem, gdy ten znajduje na plaży osobliwy przedmiot. Przyglądamy się, jak pracowniczka dublińskiej korporacji moderującej media społecznościowe traci kontakt z rzeczywistością. Towarzyszymy mieszkającemu w sąsiedztwie rezerwatu przyrody chłopcu, który stara się o lepszą przyszłość dla siebie. Widzimy, jak w Australii natura wystawia ludzkości rachunek i kładzie kres rozwojowi technologii cyfrowej nieśmiertelności. Historie bohaterów Miejsc odległych uświadamiają nam ogrom problemów zglobalizowanej współczesności i zadają główne pytanie: czy jest jeszcze coś, co łączy nas w sieć bliskich sobie jednostek?
Na bank będzie w mojej topce roku, na pewno przeczytam go też więcej niż raz. Piękny język, pięknie się wszystko łączy, przekaz na miarę naszych czasów.
„Wyjść z tego limbo na zawsze.” Z wszystkich światów wykreowanych w niebanalnym umyśle autora, najbardziej porusza mnie narracja migranta, Afgańczyka, który przez przypadek staje się viralem, ale w sieci komentarzy zalewa go jedynie hejt. Opowiadania wymagają czułej uwagi, ponieważ bohaterowi i wątki przeplatają się ze sobą i wędrują pomiędzy opowieściami. Zbiór otwiera postać Homera Lopeza, który ustawicznie o czymś zapomina, a jedynym co pozostało w jego pamięci to wspomnienie śmierci babci. Od pierwszych stron dajemy się pochłonąć niebanalnie i lirycznie rozrysowanej postaci, która dotyka czułych strun czytelnika.
„Świat nie przeżyłby tylu nieszczęść, gdyby ludzie częściej patrzyli w niebo.”
Maciej Wnuk tworzy alternatywne światy, trochę rodem z „Czarnego lustra.” Nie brakuje tutaj technologii, która ingeruje, a momentami nawet steruje ludzkim życiem i prowadzi często do nieuniknionych nieszczęść. Wszyscy bohaterowie tych mikroopowiadań szukają bliskości, uwagi, ale w zimnym świecie, one wciąż umykają. Takie debiuty to coś bardzo obiecującego. Wizje, pomysły, język - tutaj nie ma słabego elementu. Padają tutaj zdania tak literacko dotkliwe, że zatrzymują przy sobie wymuszając pauzę na zachwyt. W „Miejscach odległych” autor snuje rozważania nad kondycją ludzką, które poruszą każdego uważnego obywatela życia zamartwiającego się globalizacją i problemami współczesnego świata.
Miejsca odległe, które jak się okazuje, są sobie bardzo bliskie. Przedstawiony przez autora świat, to taki, który się kurczy, a człowiek z tym kurczeniem musi sobie jakoś poradzić. Znajoma narracja o determinizmie, ryzykach technologicznych, języku, tożsamości i śmierci podana jest w sposób wciągający i zgrabnie połączona. Opowiadania, które sklejają nie tylko postaci i wątki, ale przede wszystkim wielkie pytania o sens i przyszłość człowieczeństwa, a także szerzej - o istotę bytu w ogóle.
Gęste od znaczeń i ubogie w akcje. Takie są te opowiadania. Próba opowiedzenia problemów dzisiejszego świata bez popadania w truizmy i przesadny sentymentalizm. Dobrze spędzony czas.
Z debiutami różnie bywa - wiadomo. Z opowiadaniami tym bardziej. Mam jednak zaufanie do Biura Literackiego, bo tu zawsze znajduję coś co najmniej intrygującego.
"Miejsca odległe" to tom, w którym nie ma słabego opowiadania. Powiązane bohaterami lub wątkami, są przy okazji osobnymi bytami, które mocno uderzyły w moje czytelnicze serce i zostaną w nim na długo.
Homero Lopez zapomina o wszystkim - o drodze między domem a szkołą, o dobrych i złych rzeczach, pamięta jedynie śmierć babci, która wydawała się jedyną życzliwą osobą w jego życiu. Ona opowiadała mu o motylach i ona zaszczepiła w nim miłość do przyrody. Miłość, która rodzi konflikt interesów... Motyl - danaid wędrowny, pojawia się i w innym opowiadaniu, które rozgrywa się już nie w Meksyku, a na Grenlandii. W Norwegii z kolei dotykamy tematu afgańskich uchodźców i trudnego życia imigrantów w nowym kraju, który powinien być Ziemią Obiecaną, a z różnych względów nie jest. To też opowieść o miłości, o ukrywaniu prawdziwych uczuć i o życiu w kłamstwie, bo inaczej nie można. Moim ulubionym opowiadaniem jest "Miodożerka" - o kobiecie, która zajmuje się czyszczeniem Internetu z treści, które nie powinny się tam znaleźć. Zgłoszeń są nieprzebrane ilości, potworność i okrucieństwo, z którym kobieta obcuje na co dzień - nie do opisania. Internet pełen jest strasznego ścieku, ofiara "umiera tak często, jak często ktoś włącza odtwarzanie". Oglądanie czegoś takiego - nawet w ramach pracy - musi mieć wpływ na odbiorcę. I tu ma również i to tak zaskakujący, że aż trudno dźwignąć. Finałowe opowiadania idą w stronę rozwoju technologii. Ludzie, których można ożywić, ale ta forma nie będzie idealna - temat mocno kojarzył mi się z serialem "Czarne lustro", bo i tu przestroga przed zachłyśnięciem się możliwościami nowatorskich rozwiązań. Postęp jest ważny, ale bawienie się w jakąś kolejną odsłonę boga może mieć konsekwencje, jakich się nie spodziewamy.
Pomysły, konstrukcja, język - tu zachwyca wszystko, naprawdę. Tak debiutować - marzenie wielu!
Bardzo dobrze napisane! Niepokojące, dające uczucie dyskomfortu i lęku przed przyszłością. Świat zmienia się na naszych oczach i część tych zmian już widzimy w niektórych opowiadaniach, dzieją się dziś. W innych autor rysuje mrożącą krew w żyłach wizję przyszłości, co gorsza wrac z rozwojem technologi i nauki wszystko wydaje się całkiem prawdopodobne. I to nie jest dobra wiadomość. Ale książkę polecam!