Dokonuje się właśnie zasadnicza zmiana kulturowa. Dominujący przez dekady model sukcesu, produktywności i dążenia do celu ulega erozji, odsłaniając pokłady tego, co słabe, niedoskonałe, nieudane, zwyczajne. W sferze publicznej pojawia się przyzwolenie na okazywanie własnej niemocy i bezsilności. Porażka przestaje wzbudzać wstyd, coraz częściej bywa postrzegana jako jedno z najbardziej powszechnych i zarazem twórczych doświadczeń. Autorka stawia pytania o jego wymiary – jak przegrywać we własnym stylu, czerpać satysfakcję z porażki, ale i jak używać jej do forsowania zmiany społecznej. Zastanawia się nad wywrotowym potencjałem bezsilności, która czerpie siłę z intuicji i niepokoju.
W pasjonującym eseju Agnieszka Dauksza przygląda się strategiom oporu i taktykom przetrwania – przewodniczkami w tych poszukiwaniach są performerki, osoby publiczne, artystki, postacie literackie oraz zwierzęta. Na przykład meduzy, które łącząc swoje komórki, wyznaczają trop w dążeniu do „my” przekraczającego wrogość i osobnicze podziały.
Autorka pyta, co to znaczy być osobą nieznaczną, i pisze, dlaczego właśnie odczucie tego stanu może pomóc w przetrwaniu wielogatunkowej wspólnoty.
Bardzo erudycyjna, ważna i… rozczarowująca opowieść o tym, co znaczy bezsilność, nieznaczność. Jak wiele w nich można odnaleźć sensu, jeśli tylko na chwilę odejdziemy od utartych schematów myślenia. Doceniając, uważam tę książkę za straconą szansę. To tak bardzo ważny, świeży punkt widzenia, o którym powinno się mówić więcej… Tym bardziej rozczarował mnie zbyt hermetyczny język książki, alienujący osoby spoza antropologiczno-humanistycznej bańki. Wiele ważnych wątków opisanych jest tak, że gubi się wątek w wielokrotnie złożonych zdaniach, zupełnie niepotrzebnie, gdy można powiedzieć prościej. Doceniam wielką wiedzę autorki i zwrócenie światła w stronę tematu ludzi nieznacznych. Martwi mnie sposób opowiedzenia, który niestety tę książkę sprowadza do lektury dla grona osób już dawno przekonanych do poruszanych tam tematów.
teza-parasol dla każdego eseju to: porażka nie musi kojarzyć się z pasywnością; może mieć także wymiar kontrpasywny, w którym służy jako narzędzie subwersji, zdrapywania symbolicznej rdzy z interakcji społecznych i tworzenia nowych wspólnot; performans własnej nieznaczności jawi się tu jako gest demistyfikacji; autorka zachęca do udzielania głosu temu, co niepełne, złamane i schowane; zgadza się z Sarą Ahmed, że kij w dupie to cnota (choć równocześnie zakrawa o społeczną porażkę) — i warto zepsuć zabawę tym, którzy pod przykrywką żartu powielają przemocowe schematy; tak samo warto mówić głośno o swoich granicach, o zmęczeniu, które nie pozwala podejmować działań; wykorzystać niemoc, żeby wrzucić kamień w tryby produkującej ją maszyny
książka wypisuje się z prostej dychotomii afirmacji i negacji — a raczej afirmuje skrywaną negatywność okrutnego optymizmu; mówi „ja się nie bawię” kapitalistycznej grze ustawionej pod wygraną garstki wyzyskiwaczy; postuluje nową wspólnotę tych, którzy siedzą w kącie; w najciekawszym rozdziale o trzech rodzajach performansu porażki — lepkim (budzącym obrzydzenie, obnażającym i drastycznym, jak przybicie własnej moszny do ziemi przez Piotra Pawlenskiego na Placu Czerwonym w Moskwie), miękkim (który stanowi mały bunt, ciche „nie”) i gorącym (krzykliwym i niewygodnym, histerycznym w oczach przeciwników wychylania się mniejszości) — pojawia się apologia strategicznego poddania się; takie ujęcie porażki, jako narzędzia zarówno przetrwania, jak i politycznego wpływu, niesie ze sobą swoiste poczucie wyzwolenia i zgrabnie łączy wspólnotową perspektywę z taktykami indywidualnego oporu
struktura książki okazała się dość nużąca; mam wrażenie, że ostatnie rozdziały nieco błądziły albo to ja uznałem, że już rozumiem i nie potrzebuję powtórzeń; autorka najlepiej radzi sobie, kiedy skupia się na nowych typologicznych propozycjach w zakresie porażki, a gorzej, kiedy widać, że próbuje kleić przykłady, aż coś jej wyjdzie, jak w ostatnim rozdziale
Ależ to są prawdziwie buzujące eseje. Agnieszka Dauksza bez patosu i uproszczeń sprawdza, ile można wydobyć z ludzkiej niemocy.
"Ludzie nieznaczni. Taktyki przetrwania" to opowieść o tym, jak to jest dojść do takiej granicy bezsilności, za którą jest już tylko "jebać to, nie mam siły"...a potem paradoksalnie znaleźć w sobie jej resztki i podjać jakaś formę działania, nie patrząc na konwenanse, konsekwencje, własny wstyd, cudze oczekiwania.
Agnieszka Dauksza sięga do literatury, performensu, życiorysów artystek, prac czarnych feministek, analizuje ważne momenty polityczne i historyczne czy zjawiska społeczne i tworzy z tego patchwork dokumentujący ludzką siłę przetrwania. Obraca bezsilność w palcach i przygląda jej się z każdej strony, by pokazać nam, w jaki sposób staje się ona źródłem twórczego działania i oporu. Od szczerej, otwartej mowy, aktów nieposłuszeństwa i performowania porażki, przez rozchwianie własnego statusu, wycofanie się, po bycie tu-teraz, empatię i współbycie.
Jednocześnie jest w "Ludziach nieznacznych" tak wiele pytań i wątków obok (jak odczytywać życiorysy dawnych bohaterów, by nie fałszować ich obrazu; czy przetrwać i przeżyć to to samo; czy przegrywy są nową reprezentacją rzeczywistości, czy kolektywnie wszystkim nam coś nie wyszło; jak nam szkodzi presja nadziei i jak wykorzystują ją przeciw nam instytucje państwowe – by wymienić kilka), że nie jest lektura, którą można przeczytać na szybko, odstawić i przestać o niej myśleć.
Wiem, że będę często wracała do "Ludzi nieznacznych", bo to jest świetny punkt odniesienia do analizowania i interpretowania aktualnych narracji, w których wybrzmiewa bezsilność bohaterów – zarówno ta jednostkowa, wywołana indywidualnymi dramatami, jak i ta kolektywna, związana z porażkami wspólnoty. Świetna rzecz!