Czy trzeba mieć miliony, żeby podróżować po świecie? Niekoniecznie. Czasami wystarczy wielka pasja, odwaga i konsekwencja. Z Autorem przemierzamy autostopem 26 000 kilometrów z Gdańska przez Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Chiny, Laos, Tajlandię aż do Birmy. W tym czasie kazachskiej rodzinie pomagamy przy budowie jurty, uczestniczymy w lekcjach angielskiego w sierocińcu w Tajlandii, uciekamy też przed uzbrojonymi Laotańczykami. To tylko niektóre z licznych, niekiedy zwariowanych przygód Autora. Jeśli nadarza się okazja to nawet skaczemy na bungee. Podczas tej podróży, trwającej ponad 3 miesiące, Autor nie zapomina też o najciekawszych zabytkach znajdujących się na trasie, takich jak: moskiewski Kreml, Wielki Mur Chiński, Terakotowa Armia, czy świątynie w Pagan. Udziela też wielu wskazówek wszystkim tym, którzy chcieliby odbyć podobną podróż. Książka przepojona jest pozytywną energią, którą Autor zaraża Czytelnika.
Dziennik z podróży. Nawet fajnie się czyta, miałem trochę wrażenie jakbym sam był w takiej podróży, a podróżować bardzo lubię, więc czytanie tego to była przyjemność :) Autor daje się lubić, przynajmniej w mojej opinii.
Książka napisana bardzo słabo. Podróż na zasadzie:
- zrobić jak najwięcej kilometrów dziennie, narzekając przy tym, że drogi złe, a samochód to stary rzęch (najlepiej żeby się klimatyzowane limuzyny zatrzymywały), - dobijając gdzieś zwiedzić dwie, trzy atrakcje, najlepiej DARMOWE, bo na bilety kasy szkoda, - spać na dziko w namiocie, bo kasy szkoda, ale zaciekawieni miejscowi są taaaacy wkurzający...
Ogólne wrażenia: egocentryczny dusigrosz o umyśle ukształtowanym przez świat tzw. Zachodu, brak poszanowania dla ludności lokalnej i podróż nastawiona na pokonanie jak największej ilości kilometrów.
W dużej mierze, to właśnie dzięki historiom w tej książce zacząłem podróżować (także autostopem ;)). Osobiście polecam każdemu, kto choć trochę lubi podróże.