„Chciał zrobić wszystko, by nas uratować. Skoczyłby za mną w ogień, bez znaczenia, czy wyszedłby z tego cało, czy nie.”
Zemsta nie daje ukojenia. Ona tylko odsłania, jak wiele w nas pękło — jak głęboko wchodzą rany, o których próbowaliśmy zapomnieć, i jak bardzo potrafi nas zmienić to, czego już nie da się cofnąć.
Po aresztowaniu Rema Lucy musi opuścić Filadelfię i wyjechać do Londynu, gdzie czeka na nią ciotka, z którą nigdy nie potrafiła się dogadać. Nowe miejsce nie daje jej ani wsparcia, ani wytchnienia, ale dziewczyna nie traci celu z oczu — chce zdobyć pieniądze na kaucję dla Rema i pomóc jego mamie, która została sama w najtrudniejszym momencie.
Mimo samotności Lucy nie rezygnuje też z własnego śledztwa. Nadal pragnie odkryć prawdę o śmierci swojej siostry, choć każdy krok przybliża ją do coraz bardziej niepokojących wniosków. Gdy niespodziewanie pojawia się szansa powrotu do Filadelfii, wydaje jej się, że wszystko w końcu zacznie się układać. Nie wie jeszcze, że ten powrót będzie trudniejszy, niż mogłaby przypuszczać — i postawi ją przed wyborami, których nie da się cofnąć.
Lucy w tym tomie to już nie ta zagubiona dziewczyna, która szuka odpowiedzi — to ktoś, kto nauczył się walczyć. Strata, ból i samotność w obcym mieście tylko ją zahartowały. Zamiast się cofać, zaczyna działać z determinacją, która momentami aż onieśmiela. Widzimy jej największą przemianę: z osoby, która szuka sprawiedliwości, w kogoś, kto potrafi ją wymierzać.
Mimo że podejmuje ryzyko, czasem działa impulsywnie i przecenia własne siły, trudno jej nie podziwiać. Lucy ma w sobie tę nieugiętą siłę — idzie naprzód, nawet kiedy cały świat próbuje ją zatrzymać. I właśnie za to łatwo ją pokochać: za upór, odwagę i za to, że nawet z podniesioną głową potrafi nieść na barkach ciężar, który dawno złamałby kogoś innego.
Remo Howard to postać, obok której nie da się przejść obojętnie. Ma w sobie ten magnetyzm, który sprawia, że od pierwszych stron trudno oderwać od niego myśli. Jest lojalny do granic możliwości, a to, jak traktuje Lucy i jak jasno pokazuje jej, ile dla niego znaczy, tylko podkreśla jego wartość. Opiekuńczy, odważny, zaradny — Remo to idealne połączenie siły i czułości.
W tej części jeszcze bardziej widać, jak bardzo jest gotów walczyć nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o nią. Każdy jego gest, nawet najmniejszy, pokazuje, że jest kimś, kto kocha bez wahania i stoi murem za swoją osobą. A jednocześnie Remo nie jest jednowymiarowy — ma momenty, w których potrafi zaskoczyć, czasem zachwycić, a czasem doprowadzić do szału. I właśnie to czyni go tak realistycznym i tak nieodparcie pociągającym.
Relacja Lucy i Rema w tym tomie to zdecydowanie jeden z najmocniejszych elementów całej historii. To już nie niewinny flirt ani kontrast między grzeczną dziewczyną a chłopakiem z półświatka — to układ, w którym oboje wystawiają siebie na próbę. Między nimi czuć nieufność, napięcie i to charakterystyczne balansowanie między sojuszem a konfliktem, które sprawia, że ich chemia działa jeszcze intensywniej.
W „Elicie 2” widać, jak wiele przeszłość z nich zabrała, ale też jak mocno ich zmieniła. Muszą zmierzyć się z tym, co pękło między nimi, i zdecydować, czy wciąż mogą sobie ufać. Czasem przyciągają się jak magnesy, innym razem odpychają — jednak w każdej z tych emocji widać, jak bardzo im na sobie zależy. Ich więź jest pełna sprzeczności, ale właśnie dlatego tak prawdziwa.
To duet, który walczy — nie tylko z przeciwnościami, ale też o siebie nawzajem. I choć ich droga jest burzliwa, to sposób, w jaki się wspierają, chronią i wracają do siebie mimo wszystko, sprawia, że trudno o nich zapomnieć.
„Elita 2” była dla mnie przeżyciem intensywniejszym, cięższym i bardziej emocjonalnym niż poprzedni tom. Od pierwszych stron czuć, że atmosfera robi się mroczna i gęsta, a historia niesie w sobie napięcie, które z każdą kolejną sceną rośnie, zamiast słabnąć. Czytając, miałam wrażenie, jakby książka wciągała mnie do świata, w którym nie ma już miejsca na lekkość — jest tylko adrenalina, niepokój i to specyficzne uczucie, że zaraz wydarzy się coś, czego nie da się zatrzymać.
Najbardziej uderzyło mnie, jak bardzo ten tom jest emocjonalnie naładowany. Były momenty, kiedy czułam autentyczne ciśnienie w klatce piersiowej, takie napięcie przed nieuchronnym. Były też chwile, kiedy ta historia wręcz mnie dusiła — ale dokładnie w taki sposób, jaki lubię w książkach, które celowo bawią się naszymi odczuciami. To jedna z tych opowieści, które potrafią wytrącić z równowagi, bo są odważniejsze, ciemniejsze i bardziej bezlitosne.
Jeśli chodzi o styl — Natalia Antczak zrobiła tutaj ogromny krok naprzód. Jej pióro jest dojrzalsze, bardziej świadome i jakby cięższe emocjonalnie. Czuć, że autorka świetnie kontroluje tempo, umiejętnie buduje napięcie, a jednocześnie zostawia w tekście przestrzeń na to, żeby czytelnik naprawdę poczuł te sceny, zamiast tylko je przeczytać. Jej sposób prowadzenia narracji sprawił, że ani na chwilę nie straciłam zainteresowania — każda strona niosła coś nowego, a klimat był tak spójny, że w pewnym momencie zapomniałam o całym świecie.
Po zakończeniu zostałam z pustką, ale dobrą pustką — taką, która zostaje po historii, która porządnie potrząsa emocjami. Miałam niedosyt, ale nie dlatego, że czegoś zabrakło — po prostu chciałam więcej. To jeden z tych tomów, które kończysz z wrażeniem, że to dopiero początek czegoś większego.
Motywy to: druga szansa, tajemnice, kłamstwa, nielegalne wyścigi, stalker, found family, przemoc domowa, choroba, śmierć.