Na początku lat osiemdziesiątych, gdy w świecie za żelazną kurtyną niezmiennie trwa Orwellowski "rok 1984", najlepszym sposobem, by wskoczyć w inną rzeczywistość, jest założenie zespołu rockowego.
Do tego właśnie 1984 zabiera nas w podróż w czasie Rafał Księżyk. Był to rok przełomowy dla polskiej muzyki rockowej. Doszła wtedy do głosu młodzież, która dorastała w realiach stanu wojennego. A najwyraziściej przemówiła ta z mniejszych miast. Ustrzyki Dolne, Łańcut, Rzeszów, Puławy, Zduńska Wola, Toruń, Bydgoszcz, Piła – to one nadają rytm opowieści Księżyka i to z nich na podbój Polski ruszają bohaterowie nowej fali. Siekiera, Variété, 1984 i inni: amatorzy, którzy równoważą ograniczone możliwości nadzwyczajną mobilizacją. Ich bezkompromisowa, bolesna, a zarazem intelektualna muzyka jest niczym wyzwalający chichot, który dochodzi ze szczelin w autorytarnym systemie. I porywa tłumy.
A zatem, jak śpiewa Siekiera, "dobrze jest, dobrze jest". Ruszyła fala.
Ciężko mi być obiektywną - wręcz rzuciłam się na tę książkę, jak sie o niej dowiedziałam XD
Nie jest bez wad, uważam, że ma parę niedociągnięć, jak urwane czy słabo rozwinięte wątki, mimo to znajdziemy w niej masę ciekawych informacji czy zespołów i ludzi ze świata muzyki.
Jak to z falami bywa - wznosząca zachwyca - opadająca czasem wywołuje zawód. Trochę taka jest ta książka - 2/3 czyta się niemal jak zbeletryzowany reportaż - a potem lekki zawód, takie doplatanie różnych wątków... i skok na falę kończy się z gębą w piasku. Ale to kawał także mojego życia: Rozgłośnia, RóbReggae, Zlot Młodzieży Cynicznej w Gdyni, pierwsze winyle: Siekiera, Klaus...; długi porobione by kupować kolejny kompakty od Brzozowicza ... ileś godzin wystanych na koncertach, tygodnie przy radio... Ciekawie było. I żal wielki, że już i to pokolenie zaczyna się tak szybko kruszyć...