Narratorka tej powieści, Magda, ma trzydzieści parę lat i mieszkanie na kredyt do spłacania przez kolejnych trzydzieści. W rodzinnej miejscowości ma matkę powtarzającą, że jeśli śnią się zęby, stanie się coś złego, a co komu pisane, to musi być. Do niedawna miała też babkę, która i bez ukończonej podstawówki wiedziała, że chłop to jest zawsze chłop i trzeba umieć nim zakręcić. Co z tą odziedziczoną wiejską mądrością zrobić w stolicy? Magda, Teresa i Jadzia gniotą kluski i rozdrapują rany, wyjawiają rodzinne sekrety i trzaskają drzwiami, ale zawsze mają sobie coś do powiedzenia – bo jest to powieść o mówieniu. To także powieść o wstydzie, który pali, gdy w uczelnianej dyskusji wtrąci się regionalizm. O poczuciu nieprzystawalności do nowoczesnego biurowca i do widowni stołecznego teatru. O obcości w mieście, której nie da się zamaskować warszawskimi tablicami rejestracyjnymi. To opowieść o kobietach, ale odnajdzie się w niej każdy, kto kiedyś podróżował z torbą słoików z gołąbkami.
"Już w łóżku zastanawiam się, czy matka czuje się w moim domu równie obco, jak ja pod jej dachem. I jak to możliwe, że kiedyś mieszkałyśmy pod jedną skórą."
Brak słów żeby wyrazić jak niesamowita jest ta książka! Jest to typ książki, w której każdy akapit został skrojony w jakimś celu, a nie po to tylko żeby zapełnić strony, co uwielbiam. Poza tym uderza w tematy wykluczenia społecznego przez osoby ze wsi - różnice jeśli chodzi o kulturę, postrzeganie rodziny i język (co ukazane jest w świetny sposób, gdzie wyraźnie można wyczuć, w którym momencie mówi babka, matka bądź córka) - na przestrzeni 3 generacji kobiet. W głównej mierze jest to książka dla każdego, kto uciekł z rodzinnej wsi, szukać lepszego życia w dużym mieście w próbie ucieczki od tego skąd pochodzi.
Od pierwszych stron opowieść Magdy wciągnela mnie w swoje wiejskie, wielopokoleniowe życie, gdzie matka i babka dostały glos. Dorastając w takim domu, historie i traumy rodzinne wplatają się w DNA i prędzej czy później wychodzą na powierzchnie, choć Magda zdaje się ze od nich uciekła.
W historii wiejskich kobiet niezwykle podobał mi się język, niezwykle barwny i prawdziwy, pisany gwarą oddając przy tym autentyczność ale tez hołd naszym babkom, które inaczej mówić nie umiały, a mówiły od serca, zawsze, nawet nie pytane. Bo choć ich rolą życiowa było wyjście za mąż, urodzenie dzieci i prowadzenie domu, to nikt ich tak naprawdę o zdanie nigdy nie pytał.
Good. I cried at the end. You can feel she wrote it from her own experience and she knows what she’s talking about. I liked the style of writing. And I liked the concept of dead grandma criticizing her and her mother all the time in metaphysical????? Way
„Najważniejsze zawsze było, co ludzie powiedzą, żeby oidy na całą wieś nie zrobić.”
Narratorką „Oidy” jest wnuczka wspominająca swoją babcię, ale tak naprawdę, to głównym bohaterem jest wstyd. Pokoleniowy wstyd, za to skąd się pochodzi, jaką się ma rodzinę i jakim językiem się ona posługuje. Wstyd, który ciągnie się do szkoły, na uczelnię i wkrada się do pierwszych życiowych decyzji i nie opuszcza po przeprowadzce do Warszawy.
Książkę otwiera odejście babci, co uświadamia córce i wnuczce, że „kolejka do przemijania przesunęła się właśnie o jedno oczko”. Śmierć babci staje się punktem wyjściowym do rozważań na temat losu pokoleń w rodzinie Magdy - narratorki. Magda jest miejsko-wiejską hybrydą. Pytanie, które przewija się podczas lektury to czy wnuczka wstydzi się, że pochodzi ze wsi mieszkając w Warszawie czy wstydzić, to się trzeba wstydu, że się ze wsi pochodzi? Nie zabraknie tu jednak rozterek dotyczących zamążpójścia czy macierzyństwa narzucanego przez standardy. „Oida” zachwyca nie tylko wiernym odwzorowaniem różnic pokoleniowych, ale wrażliwością autorki na język, którym przemawiają do nas jej trzy narratorki.
Marta Michalak wyraźnie odznacza się swoim dziełem w literaturze. Tworzy swój własny głos i styl snucia opowieści, który jest niewątpliwie obiecujący. „Oida” umiejscawia się w nurcie postwiejskim, użycza głosu trzem generacjom kobiet w narracji zdominowanej przez perspektywą chłopską. Różnicowanie języka to charakterytyczny i po mistrzowsku zastosowany zabieg, w którym to babcia przemawia gwarą, która z pokolenia na pokolenie zanika. W wielu fragmentach tej niewielkiej powieści i lingwistycznym zróżnicowaniu przeglądałam się jak w lustrze.
Skosztujcie fragmentu:
„Nie chcę być inna, jeszcze bardziej nie pasować do żadnej grupy, nie mieścić się w żadnej klasyfikacji. Wystarczy, że jestem wiejsko-miejską hybrydą. Bo przecież nie jestem ze wsi, a tak naprawdę nie jestem też z miasta, bo choć nasz dom znajdował się w obrębie miasta powiatowego, to był wiejską ambasadą, autonomicznym terytorium wsi, z której pochodzili moi rodzice. A teraz już nawet do tego miasta powiatowego nie pasuję, tak jak nie za bardzo pasuję do miasta stołecznego Warszawy, nie w oczach mieszkańców, których dziadkowie walczyli w powstaniu. Żyję w dwóch światach, chociaż w żadnym nie jestem pełnoprawną obywatelką, językiem żadnego nie władam bezbłędnie, w rozmowach z matką wtrącam słowa, których matka nie rozumie, w rozmowach w pokoju nauczycielskim nie panuję nad tą czy inną oidą, która czasem wymknie się z moich ust nieświadoma tworzonego dysonansu.”
Wspaniale jest zaczynać rok od takich książek. Mam nadzieję, że to taka dobra wróżba i 2025 będzie stał odkryciami książkowymi, nadrabiając wcześniejsze lata, kiedy ciężko było mi wybrać chociaż trzech ulubieńców.
Muszę przyznać, że w zasadzie nie kupuję sobie książek - zdarza mi się to raz na kilka lat. Wystarczają mi biblioteczne egzemplarze, moje własne czekające na półkach od dawna, egzemplarze recenzenckie (już bardzo mocno ograniczone) oraz czytanie na Legimi. Niech rekomendacją "Oidy" będzie fakt, że po zapoznaniu się z kilkoma pierwszymi rozdziałami wyszukałam tytuł w sieci i zakupiłam bez zastanowienia.
Człowiek zostaje wychowywany, żeby pójść w świat i poradzić sobie w otaczającej rzeczywistości. Jedni chętnie wracają do rodzinnego domu, niekiedy zapuszczając w nim korzenie, inni uciekają jak najdalej, żeby jak najmniej przesiąknąć gęsto osadzającą się mgiełką rodzinnych naleciałości. Można wracać. Można uciekać. Można próbować zapominać. Można tęsknić. Nie można tylko cofnąć czasu, przeżyć życia jeszcze raz.
Uwielbiam taką prozę - prostą, krótką, dosadną, nieprzeintelektualizowaną, zawierającą wersy trafiające prosto w serce i pozwalające utożsamić się z danym bohaterem. Może niektóre aspekty tej historii powoli zacierają się w mojej pamięci, ale po to chciałam mieć ją na półce, aby móc wrócić po jakimś czasie. Warto.
"Oida" to książka, w której autorka, Marta Michalak, pozwala dojść do głosu kobietom. Trzy pokolenia, trzy różne głosy. Każdy z nich ma swój czas i własny styl. Wpływ na to mają wychowanie, aktualne czasy, w jakich żyły (żyją), środowisko, jakim były otoczone.
Ciekawa, szczera, bezpośrednia. Czasem pozbawiona zrozumienia, zimna a jednocześnie z elementami surowej czułości, która wyrażała troskę oraz miłość.
Książka ta ujęła mnie swoją naturalnością, ukazała trzy różne światy, każdy na swój sposób ciekawy i głęboki i interesujący. Nie zawsze zrozumiały, nie zawsze dający głos i możliwość wyboru. Smutny i okrutny dla kobiet. Jednak wciągający i dający nadzieję.
Pięknie to Autorka opisała. Subtelnie i swobodnie, zarówno punkt widzenia każdej z kobiet, jak i przemianę kulturową. Każda z nich mogła szczerze wyrazić swoje emocje i powody swoich sił, decyzji. Piękny język tej powieści przyciąga i daje poczucie satysfakcji.
Książek o relacjach z matkami, babciami i w ogóle o relacjach rodzinnych jest już na rynku całe mnóstwo, ale mnie to nie nudzi. Ja lubię tą najzwyklejszą, codzienną tematykę, lubię konfrontacje pokoleń, wewnętrzne monologi bohaterek. Także i ta książka przypadła mi do gustu. Nie nadzwyczajna, czy na wskroś głęboka, ale pełna autentycznych dialogów, które są znajome wielu Polkom i Polakom.