Dawno nie czytałam o zwykłym życiu zwykłych ludzi podczas zaborów, w mojej głowie to była ciągła walka i intrygi, ewentualnie miłosne perypetie okraszone idealizmem. Ta książka, mimo że napisana w duchu patriotycznym i pełna wzniosłych ideałów, naprostowała trochę moje wypaczone myślenie. Przedstawione relacje, wątpliwości, charaktery okazały się ponadczasowe i autentyczne. Sytuacje i fabuła rzecz jasna autentyczne dla tamtej epoki, ale osobiście bardzo to lubię.
Postać Barbary Nichcicowej do szpiku kości irytująca, z tymi swoimi paranojami, wiecznymi wątpliwościami i zmiennością nastrojów. Chociaż może i ją w pewnym stopniu rozumiem- strata ukochanego syna Piotrusia, oglądanie własnej matki popadającej w chorobę neurodegeneracyjną i życie ze sporo od siebie starszym mężczyzną, którego nie kochała, lecz nie wyobrażała sobie codzienności bez niego...Wydaje mi się, że była tak irytująca, bo sama w sobie dostrzegam niektóre jej cechy, a nie ma nic gorszego, niż dostrzegać własne wady w innych...
Bogumił Nichcic to oaza cierpliwości, pokory i jeden z nielicznych bohaterów, który naprawdę zasługuje na miano dobrego bohatera. Był tak bardzo zwyczajny, ale w ten uczciwy i poczciwy sposób, który na chwilę przywraca nam wiarę w ludzkość. Chociaż mógłby tak nie męczyć Baśki pytaniami o to, czy go kocha, bo to była taka skaza na jego osobie.
Wujenka Michasia to prawdziwa oświecina business woman i gdyby żyła w XXI wieku najpewniej zostawiłaby Daniela Olszańskiego, bo był takim bucem i paranoikiem, że przy każdej jego kwestii autentycznie wywracałam oczyma.
Od razu zabieram sie za dalsze tomy, żeby nie pogubić się w tej obfitości postaci.