Zanim siądziecie do lektury, przygotujcie sobie wygodne miejsce, postawcie w zasięgu ręki herbatę i – co najważniejsze – oczyśccie umysł z nadmiaru myśli. Wytrzepcie dywany zmartwień, wymiećcie kurz z przepełnionych kątów; dopiero wtedy będziecie gotowi na wysłuchanie opowieści Walsera.
No właśnie. Dobrany przez tłumaczkę przekrój z podtytułem 𝘱𝘳𝘰𝘻𝘺 𝘳𝘰𝘻𝘱𝘳𝘰𝘴𝘻𝘰𝘯𝘦 jest formą pisaną, lecz w odbiorze wypada jak wieczór w gawędziarzem. Autor tak swobodnie przekracza granice czytelnik-pisarz, że są one niemal nieistniejące. Poczujecie się jak na spotkaniu, podczas którego wejdzie on w rolę osoby umilającej wieczór. Jego kunszt pokaże wam, że potrafi wszystko zamienić w opowieść – w jego perspektywie nawet popiół, igła, ołówek i zapałka wydadzą się fascynujące, spodnie staną się zgubą kobiet, a radio nowatorskim przedmiotem.
Należy pamiętać, że wiele z jego utworów powstało w pierwszej połowie poprzedniego wieku, także i spojrzenie, które prezentuje może nam się wydać choćby z tego powodu ciekawe. Niektóre treści bliskie są opowiadaniom, inne mogłyby być porównane do felietonów. W ten sposób zobaczymy, że potrafił on pisać o wszystkim. I to tak, że z fascynacją czeka się na ciąg dalszy.
Nadmienię tu raz jeszcze, że przed sięgnięciem po ten zbiór lepiej być skupionym i otwartym; ta proza wymaga czasu i zrozumienia, gdyż zabiegi podobne są do Calvino czy Bartha, a raz wytrąceni z nurtu będziemy zmuszeni wrócić na sam początek, by dopilnować, że nasza nieuwaga nie zakłóci opowieści.
Jeśli chodzi o samą postać dzierżącą pióro, sporo ze swoich doświadczeń przelewa w elementach autobiograficznych, które w różnych wersjach znajdziemy na końcu książki. Niestety tam też się dowiemy o jego przykrym końcu, gdy coraz ciężej mu będzie sprzedawać utwory do publikacji aż w końcu dostąpi załamania i spędzi ostatnie dekady w różnych ośrodkach.
Dziś, mając w rękach taki kaliber stylistyczny, trudno nie pochylić się ze smutkiem nad rozważaniami na temat roli sztuki i dzieł pisarskich. O czym Robert Walser pisałby dziś?