To jest komiks o tym, że może i fajnie jest się wyszaleć za młodu, ale zawsze jest takie ryzyko, że skutki tego szaleństwa będzie się potem przez całe życie odczuwać. Główny bohater - alter ego autora - buja się po lekarzach i próbuje się uporać z różnymi bólami, nie tylko fizycznymi, które mu towarzyszą, a których źródła, jak to w życiu bywa, najczęściej leżą w przeszłości. Jest w tym wszystkim brutalnie szczery zarówno wobec czytelniczki, jak i wobec samego siebie. Opowiada o wielu problemach psychicznych, z którymi się mierzył i mierzy nadal, w tym dość przerażającej psychozie ponarkotycznej, w którą wpadł na jakiś czas i chyba nigdy nie uporał się ze skutkami.
Komiks jest splątany i chaotyczny, przenosimy się między planami czasowymi, ale też lądujemy w fantazjach i urojeniach autora, który próbuje trochę ułatwić nawigację w tym bałaganie - część realistyczna narysowana jest pojedynczą czarną kreską, fantazyjna zyskuje kolory.
Jest to też historia niezwykłe chłopacka, momentami aż nieznośnie. Na szczęście opowiada ją Gipi, więc jak już na przykład miałam dość lęku przed posądzeniem o bycie homo, zaraz udowadniał, że wyrósł z tego, przyznając, że zazdrościł koledze, który w latach nastoletnich nie bał się prezentować na zewnątrz swojej tożsamości, a homofobia, którą pokazuje, to problem społeczny, nie indywidualny. Nie ucieka też od nazywania swoich emocji i przyznawania do tych, których nie umie poczuć.
„MŻKN” jest osobiste i pisane do wewnątrz. W zasadzie można zapytać dlaczego majà nas obchodzić zdrowotne problemy jakiegoś typka? Otóż kiedy poskładamy wszystko do kupy, tak naprawdę jest to trudna opowieść o tym jak wyparta trauma z dzieciństwa może prowadzić do autodestrukcji.
Ja zobaczyłam w tym komiksie kumpli, z którymi dorastałam - niektórych wręcz dosłownie, bo ta nasza młodość nie różniła się tak bardzo od tej włoskiej.
Może to nie jest mój ulubiony komiks Gipiego, ale Włoch nadal umie mnie dotknąć.