To książka dla wszystkich, którym brakuje oddechu. Barwna i ożywcza opowieść o fermencie nadziei, uporze roślin, twórczym charakterze prac domowych oraz o całkiem przyziemnej rzeczywistości sztuki.
W oddzielnych, ale splecionych z sobą jak grzybnia esejach, Anka Wandzel wędruje po chaszczach i zapuszcza się za kulisy projektów ekologicznych znanych polskich artystek (Joanny Rajkowskiej, Diany Lelonek, Karoliny Grzywnowicz, Cecylii Malik i innych), aby w dobie zmian klimatu docenić kreatywność i wysiłek tych, którzy o przetrwaniu i współpracy wiedzą najwięcej: pracowników technicznych, migrantek, matek, aktywistek, ogrodniczek czy osób w kryzysie bezdomności. A także morw, trzcin, grzybów, porzeczek, mszaków, chwastów i bocianów. Bo w książce Wandzel ludzie, rośliny i zwierzęta nigdy nie są oddzielni – razem, metodą prób i błędów, współtworzą piękny, choć kruchy i niedoskonały świat.
Tłem dla tej opowieści są doświadczenia autorki z trudnych ciąż i początków macierzyństwa w dobie pandemii, wojen i Czarnych Protestów. Szukając ukojenia w twórczej bliskości z przyrodą i międzygatunkowych spotkaniach, Wandzel przypomina, jak ważna dla naszego wspólnego przetrwania jest zasada „nigdy nie będziesz szła sama”.
polska sztuka współczesna przeplatająca się z przelewającą się z linijek tekstu naturą oraz powojennymi wątkami historycznymi tworzą smutny obraz ludzkiej kondycji, ale również niosą nadzieję w obrazie nieustannie odradzającej się przyrody - nawet w najgorszych warunkach. bardzo podobała mi się ta mieszanina, świetnie się ją czytało. zmusza do przemyśleń, do poszerzania wiedzy.
niestety minusem jest dla mnie jedna historia związana z artystką, z którą autorka jest emocjonalnie związana i próbuje tłumaczyć jej zachowanie - sztuka ponad wszystko? trochę zgrzyt
porzucona w 3/4. ikp-dwutygodnik-core. opisy kulis powstania różnych prac są niezwykle ciekawe, ale rozważania teoretyczne dla mnie, jako osoby z podobnym wykształceniem, jawią się jako dość banalne, no i we mnie mieszka złośliwy dziad, którego kontrariańska natura nie pozwala łykać opowieści, w których co i rusz pojawia się słowo "splot". słuszne to moralnie i dobre i czułe i wrażliwe na każde stworzenie, i w tym jakieś przyciężkawe, męczące.
Jest to naprawdę kuriozalna książka. Eksploruje ciekawy temat w męczący i przeideologizowany sposób. Doszukuje się metafor tam, gdzie rzeczywistość aż trzeszczy. Podrzuca bardzo wyszukane cytaty tam, gdzie wystarczy szkolna wiedza z biologii. Unika jednoznacznej oceny artystycznych nadużyć. Mniej-czuła redakcja mogłaby to uratować.
Nie potrafiłabym streścić tej książki, tu jest tyle dobra, taka gęstość tematów mi bliskich, że nie sposób nawet zacząć wymieniać. Coraz bardziej lubię formę eseju, także taką rozmytą i wzbogaconą memuarem i osobistą kroniką. To książka dla ludzi, którzy zauważają. I takich, którzy dopiero zauważać rozpoczynają. Jesteśmy częścią natury, wcale nie tą najlepszą, i to właśnie o tym jest opowieść. I oczywiście o cudzie przetrwania.
Książka bardzo spoza mojej bańki, bo o sztuce współczesnej, której nigdy nie rozumiałam i miałam względem niej jakiś opór/niechęć. Ta książka sprawiła, że chciałabym spróbować, poprzyglądać się, poczuć, zajrzeć do Zachęty ;)
Wiele w niej wątków i prac (właściwie prawie wszystkie musiałam sprawdzać). I to wielka zaleta!
Ładne i zgodne z tym co czuję. Na początku nie umiałam się odnaleźć w formie, bo byłam zdziwiona, że książka brzmiała przede wszystkim jak rozważania o sztuce. Później jednak w miarę czytania odnajdywałam w niej bardziej humanistyczny, uniwersalny charakter.
Gdy przetrwanie staje się sztuką. I o tym jak wcale żadną wielką sztuką nie musi być.
O przetrwaniu tym ludzkim, ale bardziej nieludzkim.
O każdym przetrwaniu jako procesie, którego nie widać gołym okiem, dostrzegalnym tylko gdy patrzy się uważniej i sięga się głębiej.
To wszystko opisane w ramach przypomnienia głośniejszych projektów artystyczny z motywem ekologicznym z ostatnich lat, które są tu pretekstem do ważnych rozważań na temat kryzysu w różnych odsłonach - jako konieczności ucieczki z własnego ekosystemu, bezdomności, samotności, różnych form przemocy, głównie systemowych. Wiele tu uniwersalnych treści, i te mnie naprawdę urzekły.
Zwłaszcza rozdział o wystawie Chwasty, w którym dużo o granicach „wtykania nosa w nie swoje krzaki” i przy okazji o granicach sztuki generalnie. To część o roślinach wyrwanych z ich własnego kontekstu. O roślinach, które w nowym środowisku tracą na znaczeniu i stają się zwykłymi chwastami, „odstającymi od reszty szkodnikami, które zagroziły nie tylko miejskiej polityce gatunkowej, ale i przyjętej estetyce stolicy, do której w końcu zostały brutalnie przycięte”.
Ostatni rozdział pokiereszował mi serce tym, że przetrwanie w Polsce jest sztuką dostępną tylko dla wybranych (i białych).
Dużo tu pięknych myśli o moralności tworzenia, ale i o wykorzenieniach różnych istot z ich lokalnego ekosystemu, czy po prostu o porządku ich małego świata, ale jednocześnie równie sporo o kulisach tworzenia wystaw i projektów, czy o kontekstach prac współczesnych artystek, głównie z okolic warszawskich. A to sprawia, że uważam, że nie jest to książka dla każdego, dla wszystkich którym brakuje oddechu - tak jak zostało to napisane na jej odwrocie. Jest raczej dla wszystkich którym brakuje oddechu, a przy okazji zainteresowanym sztuką współczesną i mającym ten przywilej/mozliwość uczestnictwa albo chociaż usłyszenia o artystycznych projektach ekologicznych ostatnich lat. Ta nieścisłość troszkę uruchomiła we mnie rozczarowanie, bo spodziewałam się czegoś innego. A to niestety sprawiło, że nigdy nie będzie to moja ulubiona książka, którą polecę każdemu. A szkoda. Ale i tak się zdarza.
Świetna książka! Trochę o sztuce, trochę o roślinach, trochę o codzienności w dobie katastrofy klimatycznej, pandemii, wojen i kryzysów - tych osobistych autorki i tych bardziej globalnych. Trochę o problemach dotykających wszystkich. Wciąga i emocjonuje jak najlepszy thriller. Porusza do żywego. Czasem bawi, czasem przeraża a czasem przynosi ukojenie. Na pewno zmusza do myślenia. Absolutny must-read!
Sięgając po tę książkę spodziewałam się czegoś innego, może bardziej dostępnego?
W „sztuce przetrwania” dryfujemy między sztuką, naturą a moralnością. Trochę jakbyśmy czytali coś na granicy reportażu a pracy naukowej. Na pewno dzięki autorce poznałam kilka konceptów wystaw, zastanowiłam się nad kilkoma sprawami, więc efekt chyba osiągnięty. Ale czy jest to książka, którą bym poleciła? Nie wiem. Może po prostu nie jest przeznaczona dla mnie.
Niezła, stawia pytania o sens sztuki, o jej granice w kontekście klimatu, środowiska naturalnego. Ma momenty lepsze, kiedy autorka zrywa się z akademickiego łańcucha i pisze prosto i ze swadą, i momenty gorsze, bo czasem czyta się to jak broszurę organizacji pozarządowej- te wszystkie “przestrzenie dialogu” itp. Niemniej - warto.
PS Zapomniałam o tym, co najbardziej oczywiste: w książce o sztuce nie ma ilustracji opisywanych działań artystycznych, nic, ani jednego zdjęcia. Ja wiem, że można sobie wyguglać co tam potrzeba, ale jednak — wtf?