"Graff została konserwatystką, odbiło jej od macierzyństwa" – krążyły plotki po mieście, gdy zaczęła rzadziej pojawiać się na feministycznych spotkaniach i pisać felietony o poruszaniu się z wózkiem po mieście.
Nie da się ukryć: feminizm ma kłopot z macierzyństwem. To doświadczenie, które podważa nasze przekonania dotyczące woli i podmiotowości. A zwłaszcza o "wyborze". Pracować czy poświęcić uwagę i czas wychowaniu? – większość kobiet stoi tu wobec konieczności, nie wyboru. Opieka nad małym dzieckiem pożera ogromnie dużo czasu, energii i funduszy, a także emocjonalnego zaangażowania. Tak dużo, że na niewiele innego tych zasobów starcza. Czy oznacza to, że matka nie może być feministką? Oczywiście, że nie. Tyle tylko, że to feminizm szczególny – sceptyczny wobec rynku, wymagający wobec ojców, uważny na to, co dzieje się w domu i w piaskownicy.
Matka Feministka to zadziorny przewodnik po doświadczeniu macierzyństwa w kraju, gdzie przekonanie, że rodzina jest najważniejsza jest odwrotnie proporcjonalne do środków przeznaczanych na politykę rodzinną. Wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, znajdziesz w tej książce. I jeszcze mocne dowody na to, że równość jest wartością rodzinną.
Jest z tą książką taki problem, jaki się ma gdy nielubiany kolega w pracy ma rację i trzeba się z nim zgodzić publicznie, albo odwrotnie - serdeczny kolega a gada głupoty i musimy się publicznie odciąć. Przede wszystkim nierówna - felietony dla rodziców obok wystąpień publicznych - ale może to mój problem, bo spodziewałam się książki podobnej do poprzednich. Tym razem Graff czerpie z własnych doświadczeń i choć jest błyskotliwie trafna w podsumowaniach, smutne to, że gdzieś między wierszami bije się w pierś za swoje wcześniejsze, mniej parenting-oriented poglądy, jakby chciała powiedzieć, że trzeba zostać matką, by zrozumieć matki. I zająć się ich sprawami. I wciągnąć je w feministyczny mainstream. Książka cierpi na ten sam syndrom, na który cierpimy jako jednostki - punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. A przecież społeczeństwo nie siedzi w jednym miejscu. Podsumowując: dużo pytań, mało odpowiedzi i tezy jakby rozmyte. Ale warto przeczytać, by znaleźć własne.
Książka wydana w 2014 roku, czytałam ją z ulgą i radością, że wiele kwestii w niej podnoszonych dezaktualizuje się - bo widok ojca karmiącego, przewijającego, tulącego, bawiącego się z progeniturą w piaskownicy to widok dziś całkiem naturalny (tu, pod Warszawą, myślę, że osiągnęliśmy prawie parytet). Oczywiście wiele jest jeszcze do zrobienia w sprawie równości płci na rynku pracy i partnerstwa w sferze domowej, ale jest progres, idzie nowe. Myślę, że mój syn będzie korzystał z urlopu rodzicielskiego w tym samym wymiarze co jego partnerka i nie straszna mu będzie żadna praca domowa. Inna rzecz, że wdzięczna jestem Agnieszce Graff za włączenie do femenistycznej rodziny kobiet, które skoncentrowane są na obowiązkach opiekuńczych i docenienie ich pracy, bo to jest praca, która na poziomie systemowym powinna być zauważona. Ech, mądra ta książka. Do kompletu powinno się obejrzeć rozmowę Karola Paciorka z Agnieszką Graff na kanale Imponderabilia.
Me he sentido tan identificada que cuando he visto que opinamos distinto respecto a la transferibilidad de los permisos he pensado por un momento que lo estaba entendiendo mal. Menuda maravilla.
Ciekawy zbiór felietonów (nie tylko dla kobiet!) dotyczący macierzyństwa i feminizmu — tego czy (i jak) można połączyć bycie matką z byciem feministką. Teksty Graff poruszają też temat praw ojcowskich, które często w debacie publicznej są traktowane po macoszemu albo w ogóle ignorowane.
Książka jest z 2014 roku i czytając felieton „(cudze) cierpienie uszlachetnia” aż mnie zakuło w sercu i żołądku. Tekst dotyczy zgłoszonego wówczas projektu przez Solidarną Polskę, który zakładał wprowadzenie zakazu dokonywania aborcji w przypadku uszkodzenia płodu. Wtedy projekt ten został odrzucony. Czytając to w 2021 roku, chce mi się po prostu płakać.
Mimo, że napisana już jakiś czas temu, i sporo rzeczy się zmieniło, książka nadal boleśnie aktualna i bardzo ważna. Moim zdaniem bardzo wyważona i napisana w sposób konkretny i jasny. Wiele mi w głowie poukładała. Uważam, że lektura obowiązkowa dla wszystkich rozważających macierzyństwo albo mające je gdzieś blisko. Czyli wszystkich.
Very insightful, thought provoking read. I never thought about parenthood and work-life balance in such a way, but Poland definitely needs more laws supporting equal rights in terms of childcare, we are still very archaic in that :/
Co do meritum: nie jest, moim zdaniem, bardzo rewolucyjnie, raczej, z małymi wyjątkami, zdroworozsądkowo. Trochę zgrzyta, kiedy Graff osiąga (czasem równocześnie) dwa przeciwległe końce spectrum swoich środków wyrazu w tych tekstach, tzn. naiwność lub samozadowolenie - najlepszym przykładem tu chyba felieton o tym, jak Graff stwierdziła, że problemy patriarchatu można łatwo rozwiązać via ustawa o wydłużeniu urlopu tacierzyńskiego (ale nikt tego jej pomysłu nie podchwycił). Całość zaś przenikają (w moim przynajmniej odczuciu) dwa podejścia: z jednej strony trochę się Graff boi, co powiedzą inne polskie feministki, a z drugiej jest zachwycona, że (1) to ona jest taka oświecona i (2) to ona swoim oświeceniem legitymizuje macierzyństwo (i ojcostwo!) w polskim feminizmie. Co jest ciekawe, bo, jak napisałam na początku, całość jest głównie zdroworozsądkowa.
Żona mnie zapytała, czy jest reakcyjnie. Myślę, że nie bardziej, niż zwykle u Graff.
Moim największym problemem jest jednak... wydanie. Książka ma 256 stron, w tym oczywiście strony tytułowe, karty redakcyjne, trochę bibliografii. Plus 19 stron z fotografiami-ilustracjami i kilka pustych stron na zaznaczenie nowej części. Na pozostałych stronach zaś... naprawdę spora czcionka. Na tyle spora, że chociaż lubię zazwyczaj nieco większą czcionkę (specyficzna wada wzroku), musiałam czytać na odległość wyciągniętego ramienia, bo literki były dla mnie za duże. A jak łatwo wywnioskować, im większe literki, tym mniej treści uda się zawrzeć. Biorąc pod uwagę, że większość książki i tak składa się z wcześniej publikowanych felietonów (co nie jest samo w sobie problemem), trochę słabo, zwłaszcza, że to nie jedyna ksiązka tak ostatnio przez Krytykę Polityczną wydana (kłania się Renata Salecl, chyba jeszcze bardziej w druku rozdmuchana).
Dwie rzeczy, jakie wyniosłam z lektury tej książki: a) zasiłki dla rodziców (matek!) dzieci niepełnosprawnych są dramatycznie niskie, b) Graff jest lepszą matką niż ja (i prawdopodobnie lepszą niż Ty).
Spodziewałem się świeżego spojrzenia, oddechu od wielkomiejskiego feminizmu bezdzietnych, dostałem zbiór felietonów do magazynu "Dziecko". Oh well. Na szczęście kupione w promocji.