Edit: po przeczytaniu wypowiedzi bliskich ofiary, której historię autorka przywołała, muszę obniżyć ocenę, bo poza ignorancją, dochodzi tu jeszcze wymiar etyczny, a właściwie jego brak
Wielkiś mi uczyniła chaos w domu moim, moja droga Małgośko tym pisaniem swoim – czyli miało być tak pięknie, a teraz to sama nie wiem.
„Błękit” wypełnia wszystkie kryteria, za które polubiłam serię „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak. Mamy tu ciekawą intrygę, rozmyślnie rozpiętą pomiędzy dwoma planami czasowymi, do tego umieszczoną w znajomej dla mnie topografii, co zawsze punktuje przy odbiorze książki. Widać, jak zwykle u autorki, pogłębiony research i skupienie na pracy śledczych. Tym razem nie tylko mamy szczegółowe opisy technik kryminalistycznych, ale Sobczak wprowadza też zupełnie nowe metody tropienia przestępców - palinologię i ekologię mikrobiologiczną. Pojawiają się nowe postacie, które da się lubić, wątek obyczajowy jest dobry i miły, nie ma zbędnych dram. Był to też tom dla mnie bardzo sentymentalny, bowiem cofa się do czasu, w którym byłam w tym samym wieku co bohaterowie, spędzałam czas w identyczny sposób i miałam bardzo dużo miłych reminiscencji z końcówki liceum, łażenia z ekipą po murkach, próbowania sił na desce, jarania się nowymi wrzutkami na ścianach i murach – tam byłam, kolkę i browce piłam. Jest to wszystko napisane bardzo ładnie, bez epatowania brutalnością i przy pomocy literackiej polszczyzny, wciąga jak czipsiki.
Teoretycznie wszystko się zgadza. Ale…
Sobczak na jeden z głównych motywów książki wybiera sobie spektrum autyzmu – i tu już się robi mocno pod górkę. Tak się akurat składa, że mam w swoim otoczeniu sporo osób neuroatypowych, w tym bardzo bliskie, więc kiedy zaczęłam czytać opisy stanów wewnętrznych autystyków i to jak autorka wyobraża sobie funkcjonowanie spektrum, zaczęłam mieć wewnątrz coraz większy opór i intuicyjnie czułam, że coś tu się rozjeżdża.
Na przykład przy takim fragmencie:
„Chłopak na tę myśl zakołysał tułowiem.
W przód i w tył.
W przód i w tył.
To powtarzalne zachowanie pozwalało mu trzymać się w ryzach, uspokajało, pomagało mu radzić sobie ze swoim dziwacznym systemem nerwowym. A do tego sprawiało mu przyjemność. Gdy tylko czuł w środku to dziwne coś, które towarzyszyło mu, od kiedy tylko pamiętał, wprawiał swoje ciało w ruch. Drapał się w głowę, machał nogą, wirował, gryzł rękawy. I wtedy to coś cofało się w głąb. Nigdy nie znikało, ale cichło.”
„Dziwaczny system nerwowy” i „dziwne coś, co się próbuje wydostać”, jakby autyzm to było dzikie zwierzątko zamknięte wewnątrz człowieka, które trzeba okiełznać, żeby nie pokazać go światu na zewnątrz, a stimowanie nie było po prostu metodą samoregulacji w sytuacji przebodźcowania. Czytałam i czytałam i coraz szerzej otwierałam oczy. Niby autorka starała się pisać o autyzmie według dzisiejszej narracji, wspomina więc o tym, że autyści tez mogą być empatyczni, że jeśli chodzi o skłonności do popełniania przestępstw, to pewno nie różnią się od osób neurotypowych, powołuje się na Temple Grandin. Znajdziemy w jej wizji autyzmu elementy funkcjonowania, które rzeczywiście są dla neuroróżnorodności charakterystyczne i zachowania, które są wśród osób na spektrum opisywane. Tylko problem polega na tym, że: po pierwsze Sobczak wybiera sobie jakieś losowe cechy, które bardzo wyolbrzymia, po to żeby pasowały do jej narracji, fokusuje się na nich i opisuje ich wpływ na funkcjonowanie autysty w sposób wyobrażony, bez próby zrozumienia jak i z jakiego powodu rzeczywiście jakaś cecha przejawia się na zewnątrz; po drugie, tworzy swoje własne diagnozy na podstawie rzeczy, które wyczytała w literaturze i na potrzeby książki zupełnie bez zrozumienia jak działają mechanizmy psychologiczne, co jest przyczyną, a co skutkiem zachowania, stosuje mnóstwo uproszczeń, odczytuje rzeczy na opak i powiela stereotypy. Ponieważ przedstawia to wszystko albo jako wewnętrzny głos autystycznego bohatera, albo opinie profesjonalistów typu psycholożka czy profiler, uautentycznia ten przekaz i może prowadzić do krzywdzącego odbioru osób w spektrum przez czytelniczki i czytelników książki. Sprawdziłam kto służył jej pomocą merytoryczną przy kreowaniu obrazu neuroróżnorodności i wyszło na to, że była to psycholożka, która chyba nawet się w autyzmie nie specjalizuje, w sieci nie można znaleźć wielu informacji na jej temat, jedyne info, które pada również w książce, to że wspólnie ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem i Moniką Szymańską napisała artykuł „Przestępczość wśród osób na spektrum autyzmu”.
Im dalej brnęłam w książkę, tym bardziej pragnęłam poznać opinię na jej temat kogoś, kto zajmuje się spektrum profesjonalnie, bo nie wiedziałam, czy coś rzeczywiście jest nie tak, czy to czasem nie jakieś moje przewrażliwienie. Kiedy jednak dotarłam do tego fragmentu: „– A co dopiero gdy taką traumę przeżyje dziecko z autyzmem! Wiesz, że dzieci w spektrum są po prostu dużo bardziej wrażliwe? Gdzieś kiedyś słyszałam, że można je nazwać dziećmi orchideami. Bardzo łatwo kwitną lub więdną, a wszystko zależy od środowiska, w którym żyją. Albo będzie sprzyjać ich rozwojowi, albo będzie dla nich szkodliwe. Z drugiej strony dzieci bez mutacji genu odpowiadającego za autyzm określono „dziećmi dmuchawcami”, bo dają sobie radę bez względu na to, gdzie dorastają.”, i przeczytałam o „mutacji genu odpowiadającego za autyzm”, stwierdziłam, że tak nie może być i udałam się po profesjonalne wsparcie. A konkretnie zadzwoniłam do przyjaciółki, która nie tylko sama jest osobą audhd, ale jest też psychoterapeutką specjalizującą się w terapii osób neuroatypowych. Wysłałam jej trochę zdjęć i czytałam przez telefon obszerne fragmenty tekstu, a ona coraz bardziej się wkurzała i coraz częściej mówiła, że to wszystko źle i bez sensu. W końcu powiedziała:
- Napisz BULLSHIT BULLSHIT BULLSHIT.
Co niniejszym czynię.
Wiem, że to wszystko o czym napisałam brzmi dość enigmatycznie i nie podaję wielu konkretnych przykładów, ale żebym mogła wymienić więcej fragmentów, które mnie zagotowały, musiałabym tu napisać bardzo konkretne spoilery i zepsuć przyjemność czytania osobom, które się na zarwanie kilku dni z „Błękitem” zdecydują. U mnie rozłożenie na czynniki tego co właśnie przeczytałam poskutkowało uwidocznieniem bezsensu całego pomysłu na portrety psychologiczne bohaterów, ich motywy i ostatecznie rozwiązanie zagadki, które teraz wydaje mi się kompletnie od czapy.
Jedno jest pewne – jeśli kryminał cię wciąga, daj mu się ponieść i zapomnij, nie wnikaj, nie analizuj, nic dobrego z tego nie wyniknie 😅