Voracious follows a year in the life of a young woman caring for her dying grandmother in the company of her grandfather, her friend, and animals. Set in a small village which echoes with noises from a nearby slaughterhouse, the residents are eternally threatened by a landslide. While the grandfather renovates a house for his wife, the women care for one another, for the plants, and for the animals.
Małgorzata Lebda guides us through the countryside, changing seasons, through wildlife, illness, death, and love. Everything is at once fragile and full of life, animate and inanimate. Full of profound emotional truths, this book signals the arrival of a new international talent.
Malgorzata Lebda es belleza. Son bellos los seres que fortalecen a otros seres, como dice al final. Ahí entra también la literatura. Esta novela tan triste narra a modo de diario poético cómo se transforma la vida para disponer los cuidados que requiere la abuela en la última etapa de su enfermedad.
La enfermedad abre todas las puertas, se puede entrar en todas partes, no hay lugar para la intimidad, y Malgorzara Lebda la expone desde su propia perspectiva íntima, mediante imágenes bellas y reales de su cotidianeidad, en su abuela, su casa, su familia.
Tiene momentos estremecedores de amor y tristeza, sucediéndose continuamente, y así se puede pasar de relatar la locura de la abuela por recoger todo bicho viviente, salvadora de hormigas, moscas e insectos, y su alegría como si su vaca preferida acabara de parir y el ternero, relamido hasta quedar limpio de mucosas, se hubiera erguido sano y hermoso... A en la página siguiente describir la música constante de la maquinaria del matadero que no descansa, al ritmo de las sierras circulares, a la que la gente en Maj se acostumbra, y con ella la abuela concilia el sueño.
No es tanto una novela como una lección poética sobre los cuidados constantes, y la necesidad de amor, ante el duelo, insaciable.
Como si te quedaras dormida en el bosque y te despertara un zorro y te explicara que llevas años viviendo en un pueblo que se sustenta por un matadero que lo mancha de violencia y te contara muchas más cosas pero tú lo dejaras de escuchar porque ya no te importa tu propia historia sino las palabras hermosísimas que emplea él para contártela.
Esto no es un libro, es un duelo: un espacio donde conviven la vida y la muerte. ¿Es contradictorio que contenga ambas? No, porque si existe el duelo por alguien muerto es porque otro alguien sigue vivo.
Bardzo cielesne - ba, intymne - ale czuję, że nie dotknęło to dostatecznie mojej wrażliwości, bym mogła niewymuszenie rezonować z przedstawioną tu historią i bohaterami. Doceniam, może kiedyś powrócę.
Nie jest mi po drodze z prozą poetycką i piszę to już na samym początku, żeby było wiadomo, dlaczego "Łakome" nie do końca do mnie trafiają. Poezja i język są dla tej powieści kluczowe, więc jeśli to ziarno nie padnie na podatny grunt, to błyskawicznie tracimy sporo z tego, co Lebda oferuje.
Mimo to znalazłam w "Łakomym" ("Łakomych?") coś dla siebie – niezwykle bliski, cielesny opis chorowania, odchodzenia, zanikania. Bardzo doceniam i wyobrażam sobie, jak trudne musiało być dla autorki wejście tak głęboko (i tak intymnie) w opowieść o towarzyszeniu bliskiemu w jego umieraniu. Uważam, że każdy, kto przeżył coś podobnego, poczuje ciężar krytyczny całej palety emocji związanych z tym, co w gruncie rzeczy tak codzienne i nieuniknione, a jednocześnie desperacko przez nas wypierane (zarówno z myśli, jak i z kultury).
Naturalnym rozwinięciem wątku śmierci człowieka jest śmierć zwierzęcia i od tego jest tu aż gęsto – za oknem domu rodzinnego, w którym panuje choroba, widać ubojnię, w której nieustannie dzieje się śmierć. O krzywdzie zwierząt nie umiem i nie chcę czytać, więc niektóre fragmenty pomijałam, ale czuję wielką wdzięczność, że ten temat został podniesiony (bo, prócz jednej jedynej powieści "Prowadź swój pług przez kości umarłych", polska literatura konsekwentnie milczy na temat tego cierpienia, a jeśli je zauważa, to jedynie anegdotycznie).
Wiele z tych pozostałych tropów i wątków w tej powieści przeleciało zupełnie obok mnie (a część z nich uważam za zbędne i nie do końca nieprzemyślane), ale część trafiło w samo serduszko, więc chyba bardziej rozerwana i pełna sprzeczności w moim myśleniu o "Łakomym" być nie mogę.
Bardzo się zatraciłam w tej książce. Pochłonęła mnie tą prostotą, lakonicznością, językiem, który na nic się nie sili, i tą niesamowitą postacią umierającej babki. To rzecz o współgraniu śmierci i życia, człowieka i zwierzęcia, natury i kultury. O tym, jak bardzo jesteśmy jej częścią. I o tym, jak dziwna, nierówna jest to relacja. To także historia odchodzenia, ale co dziwne, choć czuje się tutaj zbliżającą się śmierć, choć nad wszystkim unosi się odór rozkładu i zabijania znad pobliskiej ubojni, nie jest to opowieść przesiąknięta smutkiem. Jest w tym pogodzenie się z naturą rzeczy - ale nie rezygnacja. Zachwyciła mnie też - paradoksalnie - wyczuwalna tu niezwykła atencja dla żywego. Babka, która miodem wytycza przez dom szlak dla mrówek, narratorka, przygarniająca osieroconą krowę sąsiada - w tym wszystkim jest głęboka czułość i szacunek dla życia: zwierząt, roślin, ale i ludzi. Przepiękna opowieść.
tan difícil de describir o de resumir que es mejor no decir nada, solo rumiar como una vaca que espera en el matadero o huir como un zorro con muchas madrigueras. devolver lo salvaje a lo salvaje
Małgorzata Lebda w "Łagodne" nazwała rzeczy, których ja sama nie potrafiłam. Czułam ją, czułam Różę, czułam kobiety, Maj, wieś... Bo taka wieś, właśnie taka to ta, za którą mi tęskno.
Autorka tej powieści jest poetką i to bardzo tutaj widać. W zasadzie cała ta książka to poetycki język, za którym - niestety - nie stoi nic więcej. W dodatku sam język, choć poetycki, to nie wyróżnia się szczególnie, nie jest ani piękny, ani odkrywczy. Historia zupełnie bez wyrazu, nużąca i pozbawiona jakiejkolwiek iskry. Wymęczyłam się, czytając tę książkę i niestety chyba pora przyjąć do wiadomości, że powieści polskich poetek i poetów nie są dla mnie i zazwyczaj są to po prostu literackie wydmuszki. Wielka szkoda, ale do mnie taka proza zupełnie nie trafia.
podeszłam do niej z negatywnym nastawieniem. widziałam masę opini, że to książka wydmuszka, że nie da się tego czytać, ze jest to kicz. ale ja odnalazłam siebie w tej książce. byla tak naturalna, tak codzienna, ale w tym wszystkim intymna i delikatna. myślę, że nie przemówi do osób, które nie mieszkały nigdy na wsi. ale ja mieszkam tu całe zycie, dzięki temu zrozumiałam ją w każdym detalu
//edit: jednak dojrzałam do tego, by się przyznać do zachwytu i poruszenia//
Na pewno język - wycyzelowany, ale dziczejący; poetycki, ale brutalny (to akurat nie antyteza) - jest w tej powieści (?) szalenie ciekawy. I nie daje się łatwo wpisywać w ramy tego, jak się współcześnie "pisze". Wyróżnia się, to na pewno - i wykorzystywany jest z pełną świadomością materii. Ale też nie wydaje mi się, żeby wszystkie zabiegi były udane - mimo wszystko niektóre powtórzenia, metafory i oskalpowane zdania popadają mi w pretensję. I to, że bohaterki mówią podobnie, i że są podobnie idealne.
Chyba jest mi tej książki poi prostu trochę za mało. Ale może nie mogłoby być jej więcej? I zakończenie jest z jakiegoś innego porządku - to branie czytelniczki zaskoczeniem, kiedy ta czeka na nieuchronne i na osunięcie się ziemi.
Głównie pozostawia mnie ta książka w poczuciu, że nie mam wobec niej łatwej oceny. I to, paradoksalnie, wydaje mi się jedną z wyższych ocen, gdy mowa o literaturze.
Wiele osób w internetach i poza nimi głosiło, że gdyby nie wygrał Rapularz to w 2024 roku nagroda Nike powędrowałaby do Małgorzaty Lebdy właśnie. Nie czytałem tomiku Urszuli Kozioł, więc się nie wypowiem na temat trafności tego sądu, ale jeśli wieszczenie odpowiadałoby rzeczywistości, to w pewnym sensie poezja jako gatunek również zostałaby uhonorowana, jej bowiem w tej powieści jest całkiem sporo. Mimo braku zdobycia lauru Małgorzata Lebda może czuć się poniekąd wygraną, gdyż z całą pewnością pozytywny szum wokół jej debiutu prozatorskiego po pierwsze uczynił ją bardziej dostrzegalną poza dość kameralną niszą, do jakiej wciąż należy zaliczyć ludzi czytających w tym kraju poezję, po drugie zaś większa rozpoznawalność pozwoli autorce wypłynąć na szersze literackie wody.
Łakome to przykład literatury funeralnej rozsadzającej ramy gatunkowe, gdyż pisana jest z pozycji osoby, która nie rozdrapuje niezabliźnionych lub już wygojonych ran po stracie osoby najbliższej, lecz dokumentuje tę stratę w fazie jej bieżącego dokonywania się. Narratorka zresztą jest w tej powieści obecna i nieobecna zarazem. Obecna dlatego, że to jej oczami i uszami filtrujemy wydarzenia fabularne, ujęte w sto etiud, nieobecna zaś dlatego, że osoba narratorki paradoksalnie nie sytuuje się w centrum opowieści, lecz plasuje się na jej obrzeżach, czasem przemykając chyłkiem, czyniąc z siebie rezerwuar cudzego, nie zaś własnego, bólu. Jest w nim oczywiście obecna, ale go nie zagłusza i nie przyćmiewa własnym „ja”. Poskramiając go za pomocą słów Lebda używa wszystkich tych poetyckich chwytów, w jakich doskonaliła swój warsztat poetycki. Stąd dużo w powieści metafor i puent wieńczących niemal każdy jej rozdział.
Łakome jest opowieścią o umieraniu, ale nieortodoksyjną, bo połączoną z namysłem nad codziennie doświadczanym światem żywym. Myślę, że tematycznie powieść Małgorzaty Lebdy dlatego jest ciekawa, bo nie została napisana z pozycji antropocentrycznej. Nie ma w niej podziału na ludzkie i nieludzkie. Jest tylko dychotomia żywego i nieżywego bez względu na to, czy dotyczy ona świata ludzi, fauny bądź flory. Czy to odkrywcze? Pewnie, że nie. Ale jest bardzo lirycznie skomentowane, a ten komentarz oddycha szacunkiem do każdego życia, każdego z życiem żegnania i każdego z życiem rozstania. Dla mnie Łakome oferują pewien rodzaj prawdy, ale ja jestem z gatunku tych osób, które powiedzą, że zwierzak im umarł. I to chyba tyle komentarza z mojej strony.
Linden Editions were kind enough to send me/mooseteabooks a paperback copy of this. Translated by Tokarczuk's wonderful translator, Antonia Lloyd-Jones, I had high hopes. The novel is told with many small vignettes, mostly only a page or two long. It conjures a pastoral village life and explores mostly death (and life as its stark opposite), light, mirrors and the natural world and our place in it. There are lots of animals within these pages and it reminded me of Tokarczuk's work. The narrator is looking after her dying grandmother. The sentences are poetic and gentle, each one like a lazy river. It's a book to savour and read slowly; I treated each vignette almost like a poem, and didn't read them in quick succession. I read one, or two, and then sat back and let them settle. A peaceful and sad book, like wandering through a graveyard.
Brakuje mi fabularnej sprawności, miejscami treść nie dogania tego precyzyjnego, ale nieokrzesanego języka, który zawładnął stronami tej książki. Łakome najlepiej czytało mi się po odkryciu echa wierszy Lebdy w tej prozie, zwłaszcza jej pierwszych tomów. I przy czytaniu przez ten poetycki pryzmat, temu językowi nie brakuje nic, wszystko co potrzebne jest pomiędzy kolejnymi zdaniami. Czytajcie. A potem sięgnijcie po Matecznik, po Granicę lasu, po Sny uckermӓrkerów. Czytajcie Lebdę
An impressionistic, pastoral work that contrasts vitality and decay in short chapters of one to three pages. The narrator is a young woman staying in her grandmother’s house and caring for her while she is dying of cancer; “now is not the time for life. Death – that’s what fills my head. I’m at its service. Grandma is my child. I am my grandmother’s mother. And that’s all right, I think.” The house has just four inhabitants – the narrator, Grandma Róża, Grandpa, and Ann – and seems permeable: to the cold, to nature. Animals play a large role, whether pets, farmed or wild. There’s Danube the hound, the cows delivered to the nearby slaughterhouse, and a local vixen with whom the narrator identifies.
Lebda is primarily known as a poet, and her delight in language is evident. One piece titled “Opioid,” little more than a paragraph long, revels in the power of language: “Grandma brings a beautiful word home … the word not only resonates, but does something else too – it lets light into the veins.” The wind is described as “the conscience of the forest. It’s the circulatory system. It’s the litany. It’s scented. It sings.”
In all three Linden Editions books I’ve read, the translator’s afterword has been particularly illuminating. I thought I was missing something, but Lloyd-Jones reassured me it’s unclear who Ann is: sister? friend? lover? (I was sure I spotted some homoerotic moments.) Lloyd-Jones believes she’s the mirror image of the narrator, leaning toward life while the narrator – who has endured sexual molestation and thyroid problems – tends towards death. The animal imagery reinforces that dichotomy.
The narrator and Ann remark that it feels like Grandma has been ill for a million years, but they also never want this time to end. The novel creates that luminous, eternal present. It was the best of the eight books I covered for Women in Translation Month.
Powieściowy debiut literacki Małgorzaty Lebdy przywodzi mi na myśl Białe noce Urszuli Honek, Nieradość Pawła Sołtysa a także Niejedno Barbary Woźniak. Mamy tu wieś, chorobę, spotkanie odchodzącego pokolenia z młodym pokoleniem i ciekawe rozmowy wydarzające się na styku różnych spojrzeń na świat. Widzimy różne podejścia do śmierci - wypieranie, sprzeciw i pogodzenie się z nią. To nie jest nic odkrywczego, ale tak pięknie ujęte w słowa, że chce się czytać i czytać.
2.5 ⭐ Dosłownie taka pół na pół, średnia i nijaka dla mnie. Podobała mi się surowość niektórych fragmentów, momentami także styl pisania, który natomiast w innych momentach jednak mnie irytował. Nie mam praktycznie żadnych głębszych przemyśleń po skończeniu tej książki - rozumiem trudną tematykę, ciężar opieki nad chorą osobą, ale z drugiej strony nie mam w sobie żadnych refleksji dzięki temu tytułowi.
Las cosas que cuenta este libro... Es increíble. Como si lo hubiera escrito yo pero no lo hubiera escrito yo. Sobre el amor, sobre los pájaros, sobre la inminencia y la enfermedad. Me ha encantado. A mis favoritos que se va.
Myślałam, że nie jestem fanką książek poetyckich, ale to już kolejna (po m.in. "Pestkach") pozycja z tego gatunku, która mi bardzo przypadła do gustu. Dzika, bardzo naturalistyczna, bardzo sensualna, totalnie hipnotyzująca (zwłaszcza w formie audiobooka, choć lektorka - Martyna Szymańska - czyta moim zdaniem trochę niewyraźnie i zbyt wolno). Narratorka zamieszkuje w domku na wsi, by towarzyszyć śmiertelnie chorej babce w odejściu z tego świata na własnych zasadach. Opowieść o umieraniu przeplata się z opowieściami o tym, co żywe, o przyrodzie i o człowieku. Autorka antropomorfizuje i poetyzuje każdy element rzeczywistości, nawet samą chorobę. Język jest z pewnością największym atutem i wartością tej książki. Nie dziwią mnie wszelkie nagrody, laury i pochwalne recenzje. To co mnie nieco odrzucało, to ilość mięsa, zwłok i zwierzęcego cierpienia (bohaterowie mieszkają w sąsiedztwie ubojni i śmierć zwierząt przenika ich codzienność). Z jednej strony doceniam podjęcie tego tematu i wiem, że miał on wywoływać poczucie dyskomfortu u czytelniczki. Z drugiej - było tego po prostu dla mnie trochę zbyt dużo i z uwagi na ten aspekt, raczej nie sięgnęłabym po książkę po raz wtóry, nawet dla pięknego języka
Jestem pod wielkim wrażeniem tej książki. Piękna i elegancka. Świetna językowo. Bliska mojemu postrzeganiu świata, ale przede wszystkim znakomicie napisana, osobista i uniwersalna. Gdzieś w górach jest wieś Maj.... tuż obok ubojnia i las, a w nim żywe i dzikie. I jest rodzina i osuwający się świat. Na pewno jeszcze raz to przeczytam.
Nie jest to książka dla mnie, zarówno jeżeli chodzi o tematykę jak i formę. Z pewnością autorka ma wyjątkowy kunszt i warsztat, niektóre zdania były naprawdę pięknie skonstruowane, jednak nie udało mi się z nich nic wyciągnąć. Podobały mi się fragmenty z podejściem Babki do zwierząt, były ciekawie opisane. No i to tyle z moich przemyśleń, mam wrażenie, że dosłownie nic nie czuję w stosunku do tej książki.
„Łakome” funkcjonuje na granicy prozy i poezji, pretensjonalności i lokalnej intymności, chęci życia i postępującej choroby. Małgorzata Lebda buduje literacki świat za pomocą poetyckiej zwięzłości, lirycznego skrótu oraz metafory w skali mikro i marko. Język powieści zachwyca, choć zarzut o artystowskim charakterze też dałoby się uzasadnić, bo tak naprawdę wszystko jest tu na granicy. Można było skierować fabułę w stronę realizmu magicznego, ale autorka wie, gdzie się zatrzymać, by pozostawić czytelnika w tym charakterystycznym stanie zawieszenia między tym co prawdziwe, a mityczne. Jestem pod wrażeniem
Myślę sobie, że piękne są byty, które wzmacniają inne byty - tak napisała autorka w podziękowaniach. Lubię bardzo i za to zaokrąglam ocenę w górę.
Ciekawa, plastyczna refleksja o cyklu życia i umierania. Dla mnie także o wyjątkowej dla tegoż roli kobiet, choć może zwróciłam na ten wątek szczególną uwagę ze względu na niedawną lekturę ,,Wiedźm”.
Przypomniało mi się od razu głośne zdjęcie Igora Altuny, przedstawiające lamparta z ofiarą. Jest zupełnie jak ze świata ,,Łakomych”, pokazuje naturę z całą jej brutalnością i kruchością, pięknem i brzydotą, w pewnym sensie nawet sacrum i profanum. Jest to bardzo prawdziwe, jak cała książka zresztą, przy całej swojej poetyckości i oniryczności. Myślę, że każdy, kto widział chorobę i śmierć z bliska, odnajdzie tu kawałek własnych myśli.
P.S. Po jakiejś godzinie audiobooka porzuciłam go i zaczęłam ebooka. Znacznie mi to pomogło w odbiorze, bo, choć rozumiem intencję lektorki, dla mnie wypadła niestrawnie.