Schematy - ograniczają czy porządkują nam życie? Jesteśmy ich więźniami, czy dzięki nim mamy grunt pod nogami?
Michael Norton, psycholog społeczny, dowodzi, że w schemacie, nawyku czy swoistym rytuale metoda na spokojne życie. Swój wywód rozpoczyna od rytuałów pisarzy (Agatha Christie zjadająca jabłko podczas wieczornej kąpieli), by pokazać, że zaklinanie rzeczywistości czy wiara w moc drobiazgów nie jest niczym złym. Te drobiazgi pozwalają bowiem człowiekowi na radzenie sobie z nerwami codzienności, ale też w wyjątkowych sytuacjach, na przykład w zmaganiach z żałobą.
Rytuały w związkach sprawiają, że czujemy się bardziej usatysfakcjonowani, konkretne wskazówki pozwalają przetrwać spotkanie z rodziną, z którą najlepiej na zdjęciach. A rytuał przejścia? Podoba mi się użyty tu japoński zwrot wabi-sabi, czyli takie nastawienie do życia, by z jednej strony pogodzić się z tym, że wszystko z czasem przemija i niszczeje, ale z drugiej - wiedzieć, że na zgliszczach może wyrosnąć coś pięknego.
Autor przedstawia swoją filozofię przystępnie, powołuje się na autorytety i badania, pisze o występowaniu przed publicznością, o delektowaniu się życiem, o rytuałach w pracy i poza nią. To proste refleksje, które uświadamiają, że każdy potrzebuje kotwicy czy jakiegoś koła ratunkowego, pal licho, czym ono jest, ważne że działa.
Niby nie wierzę w rytuały, ale przecież mam osobne kubki do kawy porannej i popołudniowej, nie zacznę czytać książki zanim nie zaznaczę jej środka, a nieskreślony wieczorem dzień w kalendarzu burzy mój spokój.
To co, Norton ma rację? Rytuały są ważne? Coś w nich na pewno jest...