Kręcenie pokrętłem radia, przekręcanie się przez jedną, drugą, trzecią stację, trafianie na pojedyncze kwestie, które da się zrozumieć, lecz głównie? Wiadomo. Biały szum, brak zasięgu.
Tak się czyta tę książkę, a te stacje — żadne Radio Luz, bardziej Maryja, bo przynależą chyba do drogi krzyżowej.
(Nieironicznie opowiadanie z Radiem określam jako najmniej szumiące)
Bóg się rodzi o chuj chodzi, kolo?
Chujowo szukać sensu, jeszcze gorzej czytać literki, jak na przykład takie:
Mam dosyć, dzisiaj mamy dzień naopak, przychodzi do mnie mężczyzna chce wydrukować swoją powieść, mówię ludziom, że umarła mi babcia, widziałem ostatnio pana jak szedł z mopsem przez ulicę, dostałam zina od kolegi, format A5, pisałam tam sobie po tej drugiej stronie, czytałam jak Joan Didion czytała Smutek tropików i... nawet nawet spoko, tylko ten starszy mężczyzna mówi, że jest snajperem, jadę dalej autem, kiedy byłem chłopcem moja żona miała przyjaciela, który nazywał się Kot i wtedy na pogrzebie śląsk i małopolskie, próbuję znaleźć słowo, dotykasz ręką mumii, dostaje zestaw zapisów brydżowych, żołnierze wielkich wojen jabłecznych krzyczą jest SUPER, ale krzywo, ludzie wyskakują z okien, ma pan ochotę na kawę? To niech pan ją zrobi sam, hahahahha! My mamy dziś dzień na opak.
Zocha, daj spokój, proszę.
/recenzja pisana w dzień nie na opak
PS Bardzo lubię, kiedy książki, chcąc nie chcąc, podsumowują same siebie, więc prezentuję wnioski z lektury:
„1. Nic mi do tego
2. Szczerze – te szlaczki nie mają znaczenia
3. I tego się trzymam, w skali od jeden do dziesięć izolacja poszczególnych elementów: taka, że się nie składa, niezal.”
update: tak fajnie mi się jechało po tej książce w nocie krytycznej, że aż jej podwyższę ocenę (self gaslighting??)