Znakomity debiut powieściowy. W rolach głównych młoda kobieta, Warszawa i noc. Po zmroku Miasto ukazuje drugą twarz. Na ulice wychodzą zwierzęta. Tamara Mortus, kobieta upadła i dumna zarazem, fascynująca i odstręczająca, wyrusza w podróż do kresu nocy szlakiem galerii handlowych, klubów i kasyn. Spotyka podobnych sobie, głodnych ekstazy desperatów. Chce spróbować wszystkiego: alkoholu, narkotyków, pornografii. Dotrzeć do granicy doświadczenia. Okazuje się jednak, że wszystko, czym chciała się bawić, tak naprawdę bawi się nią. Jej wyprawa skończy się morderstwem.
Kolejny przykład na to, że polska proza współczesna cierpi na chorobę, którą nazwałabym "syndromem porównań". Otóż teraz ma być barokowo, jak piszę o czasie, to porównam go do ketchupu ściekającego z dorodnego hamburgera w Macdusiu, jak o pogodzie to porównam ją do cierpienia rozrywającego wnętrzności romantycznego wieszcza. Etc. Takie figury są doskonałe w krótkich formach - postach na fejsbuku, czy półstronicowej historyjce – ale gdy masz przeczytać 300 stron zapełnionych tymi popisami sprawności językowo-skojarzeniowej autora to robi się ciężko. To tak jakbyś miał zamiast pojedynczych rodzynków w drożdżowym, same rodzynki. Mdło, nie? I widzę, że za co się nie wezmę spośród radosnej twórczości literackiej po polsku czy Karpowicz czy Pustkowiak – to samo. Tylko treść inna. I u Pustkowiak jest ona znośna. Ale z drugiej strony też nic specjalnego – pewnie niejedna czytelniczka ma podobne doświadczenia za sobą. I krytycy piszą, że to taka krytyka współczesnego konsumpcjonizmu, polewka z jogowo-wegańskich trendów. Bla, bla, bla. Może i polewka, ale od książki nominowanej do najważniejszej (a na pewno najbardziej medialnej) nagrody w kraju oczekiwałabym czegoś więcej. Czegoś co mają książki nominowane do Bookera chociażby. Ale chyba u nas po prostu za mało się pisze i wydaje, i wtedy nawet takie "Nocne zwierzęta" wzbudzają orgazm u krytyków. No u mnie nie wzbudziły. Ale może nie jestem targetem. Przeczytać się da, historia przyzwoita, ale nie ma "efektu łał".
4 gwiazdki. Boli czytanie miejscami. Boli świadomość, że w mniejszym czy większym stopniu większość z nas przynajmniej raz, przynajmniej przez chwilę - była nocnym zwierzęciem. Albo nim będzie.
Interesting psychological portrait of a fall, written by a young Polish writer. The author goes painfully deep into the psyche of an alcohol and drug addict, a young woman, with descriptions of the state of intoxication and the world seen through the blurry glasses of addiction so intense and so convincing, you can almost 'touch it'. And this, in my view was the book's strength - the anatomy of fall, a vivisection of addiction. What I missed however was the main character, Tamara Mortus, drawn with a finer line; I would have liked some retrospection to get to know her better, understand the path that led her to this self-devastation. The scarce background flashbacks were too sketchy to allow for that; a pity. Although maybe the intention was to main the addiction the main character, whatever 'the host'. On the other hand, I quite liked the richness of language and the writing, even though in places it did feel a bit 'forced out'. Altogether however, a good read.
Językowo, narracyjnie fajnie, fajny język, fajnie poskładane (słowa w) zdania, ale nie do końca się to klei, historii intrygującej, fabuły brak. Taki książkowy film drogi, których nie lubię (i przypomina mi się "Pod Mocnym Aniołem" Pilcha, co mnie - i książka, i film - umęczyło). Momentami rzeczywiście jest jak pisze w blurbie Bargielska "odrażająco i zabawnie". Tyle że ja, w przeciwieństwie do JB (którą cenię), niekoniecznie polecam. Chyba że komuś pasuje zmierzanie donikąd.
Za sprawność językową i zabawne fragmenty oraz brak biernej postawy bohaterki pod koniec - 2 gwiazdki.
Książkę przeczytałam w ramach DKK. Dawno nie czytałam czegoś, co tak tragicznie się czyta. Każde kolejne zdanie było torturą. Historia również mnie nie powaliła, nie wspominając już o choćby samym nazwisku głównej bohaterki. Na pewno autorka miała zacne intencje, ale moim skromnym zdaniem coś zdecydowanie nie wyszło. Pierwszy raz w życiu miałam ochotę odłożyć książkę po kilku pierwszych stronach i juz nigdy do jej nie wracać. Zdecydowanie odradzam, szkoda czasu i nerwów.
Niestety nie mogę uwierzyć w przećpaną, przepitą, zrujnowaną fizycznie bohaterkę, która strzela barokowymi bon motami w tempie karabinu maszynowego. Tego się nawet nie da płynnie przeczytać na głos - co dopiero nonszalancko powiedzieć przy barze do koleżanki... Wciąż czekam na choć odrobinę wiarygodne powieści o moim pokoleniu, bo to niczym takim nie jest.
Opowieść równie wciągająca jak odrażająca. Pełen fantazji język, który po parudziesięciu stronach traci cześć swojego blasku lecz pozostaje mocnym aspektem powieści. Głęboki oddech ulgi po skończeniu książki i spojrzeniu na słoneczny dzień za oknem... :-)
"Literaturę alkoholową" znam, szanuję, lubię, bo widzę w niej dawnego siebie. Dlatego od dłuższego czasu chodziłem wokół Nocnych zwierząt, wietrząc ciekawą podróż ku upodleniu, tym razem w wersji kobiecej. Powieść opowiada o dwóch dniach wyciętych (dosłownie) z życiorysu 30-latki, która mogłaby być wciąż jeszcze "młodą, profesjonalną, z wielkich ośrodków" gdyby nie to, że zrejterowała z tego – niewątpliwie wypełnionego pustką – życia w melanż.
Ale nie mogę powiedzieć, że książka ta była udana, niestety. Mimo nośności tematu, ciekawego anty-wątku bohaterki (anty-, bo protagonistka nie doznaje żadnej przemiany, żadnej ewolucji; bardzo ładnie stworzony anty-wątek mamy chociażby w filmie Young Adult Reitmana z wybitną kreacją Charlize Theron) – wybory narracyjne i stylistyczne autorki trafiają w płot. Pustkowiak zdecydowała się na dystans wobec postaci, świata przedstawionego i ten dystans morduje większość z tego, co mogłoby być tu smakowite. Wygląda to tak, jakby przeraziła się własną kreacją, i bohaterkę obrzydliwą, obleśną w swojej mentalności i cielesności zgodziła się jedynie dotykać przez chusteczkę zimnego, nachalnie poetyzującego opisu. Zresztą wystarczy popatrzeć, jak książka wrzuca kolejny bieg wtedy, kiedy autorka rezygnuje z trzecioosobowej narracji w czasie przeszłym i oddaje głos samej bohaterce – choć należy pamiętać, że dialogi są cokolwiek przyciężkie. Próba jednak zacna, i chętnie sięgnę kiedyś po kolejną książkę Pustkowiak.
Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, ale pozbyłabym się opisu na samym początku dotyczącego głównego wątku całej fabuły. Niby agresywny wstęp do powieści, wprowadza poważną atmosferę, ale nie ma sensu opisywać czegoś dwa razy.
Niemniej jednak, ciekawa historia z interesującą bohaterką. Aczkolwiek sposób, w jaki odegrała się na byłej koleżance z pracy, nie daje mi spokoju. Mogła rozegrać tę partię szachów inaczej, a wynik wyszedłby ten sam. W końcu Tamara nie jest głupia i wiem, że inni wytłumaczyliby jej zachowanie poprzez nadal działające narkotyki w jej organizmie oraz fakt, iż doszło do popełnienia przestępstwa na samej Tamarze.
Książka warta większej uwagi z wielu powodów, a ściślej ujmując, wątków pojawiających się w fabule.
To mogło być niezłe opowiadanie, niestety, pomysł na maksymalnie 50 stron został rozwleczony na ponad dwieście. Początkowo byłam pod wrażeniem stylistycznej biegłości autorki, później już tylko umęczona tym nieustannym ciągiem metafor, porównań i strumienia pijanej świadomości czy półświadomości. Można powiedzieć, że to żeńska, korporacyjna, groteskowo feministyczna wersja "Pod mocnym aniołem", tyle, że, niestety, w gorszym wykonaniu. Szkoda.
Niezwykle irytująca książka. Miałam wrażenie, że autorka używa metafor tylko po to, żeby pochwalić się swoją elkowencją. Podejście do tematu alkoholizmu i pustki życia pokolenia trzydziestolatków w współczesnej Warszawie raczej mało nowatorskie i do tego końcówka, kiedy biedna mści się na bogatej za niesprawiedliwość świata dopełnia wrażenie, że to wszystko już było. Lepiej wrócić do starego, dobrego Plicha.
W ksiazce nie podobalo mi sie nic. W sumie dawno sie tak nie wymeczylam... Brak rytmu powodowal, ze czytanie bylo tortura, 'barokowy jezyk' zupelnie nie przypadl mi do gustu, a po samym temacie spodziewalam sie czegos zupelnie innego. Zupelna strata czasu, nie polecam.
Na "Nocne zwierzęta" Patrycji Pustkowiak trafiłam zupełnie przypadkowo. Zainteresowała mnie prasowa recenzja "Maszkarona", najnowszej książki tej zupełnie nieznanej mi autorki i wywiad, jakiego w związku z tym udzieliła, a ponieważ w moim zasięgu były jedynie "Nocne zwierzęta" postanowiłam, zapoznać się z twórczością tej mojej (prawie) rówieśniczki.
Nie ukrywam, że lubię lektury, których akcja osadzona jest we współczesnych wielkich miastach. Lubię spojrzeć pod podszewkę codziennego pędu, kariery, rywalizacji, zajrzeć za drzwi wymuskanych mieszkań i przeszklone fronty biurowców. Zanurzyć się w mrocznym nocnym życiu klubów, imprez, tego co przed nimi i po nich.
I "Nocne zwierzęta" niewątpliwie to zapewniają. A jednak nie umiem ocenić tej książki jednoznacznie. Bo to powieść najkrócej mówiąc dziwna, wymykająca się schematom. To oniryczno-narkotyczno-alkoholowa podróż w najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy, do pierwotnych instynktów, swoistej "zwierzęcości". Niesamowity, plastyczny język kreuje rzeczywistość jak ze snu wariata albo obrazów Edvarda Muncha czy Zbigniewa Beksińskiego. Za pomocą zabawy językiem, literackich eksperymentów, sugestywnych opisów autorka oddała mroczną atmosferę miasta na permanentnym haju, jego brud, brzydotę, obmierzłość, odczłowieczenie. Taki zabieg wymagał ze strony autorki sporego talentu i odwagi, a mi, jako czytelnikowi, imponuje.
Po pewnym czasie jednak lektura staje się nużąca. Zaczynają męczyć powtarzalne alkoholowo-narkotyczne wizje rozpływającej się rzeczywistości, irytuje dojmujące poczucie pustki i bezsensu targające zarówno główną bohaterką, jak i całą resztą otaczających ją ludzi. Nie wykluczam, że to zabieg celowy ale z czasem czytelnik czuje się zmęczony nie mniej niż bohaterka.
Myślę, że choć powieść nie jest obszerna, znacznie lepiej wypadłaby w zdecydowanie krótszej formie np. rozbudowanego opowiadania. Mogłaby wówczas zachwycić językiem, stylem, nowatorskim ujęciem. Miałaby szansę wciągnąć, a nie zdążyłaby znudzić.
Książka wg. mnie genialna. Napisana stylem, który uwielbiam, fragmenty takie, że żonę budziłem śmiejąc się na głos, przy czym książka i historia bynajmniej śmieszne nie są.
Świetny język, doskonale moim zdaniem oddający stan spożycia, jednak fabuła mnie do końca nie przekonała. Myślę też, że książka zyskałaby, gdyby bohaterowie mieli jednak normalne imiona (Tamara? Alan? Marcelina? srsly?)