to nie jest opowieść o lęku to nie jest opowieść o znikaniu zanikaniu zgubieniu zagubieniu to nie jest opowieść o zawiedzeniu o tym że kiedy słońce wstaje to rodzi się nowa historia od nowa i w koło w koło to nie jest opowieść o mięsie o mrówkach o dziewczynach o osobach o muchach i koniach o kretach i jajach to nie jest opowieść o miłości o zniknięciu ludzi z planety to nie jest żadna opowieść to tylko obrazek kropla na suficie śnieg
Kilkoro bohaterów zostaje uwięzionych w mieszkaniu, w którym rozmnażają się muszki owocówki. Kobieta coś sobie uświadomiła, osoba-kret zupełnie się nie zmieniła, chłopak-lornetka posklejał z rozbitego jaja poród, a ja-drzewo-koń zagubiło się i odnalazło, aby zaraz znowu się zgubić.
Narracje rozrastają się jak pleśń na pomidorach. Muszki lubią pomidory, muszki lubią podglądać świat.
Przeczytałem książkę w jedną podróż pociągiem, i wydaje mi się, że właśnie najlepiej przeczytać ją na raz, bez jakichś dłuższych przerw. Nie mogę polecić muszki owocówki każdemu, w sumie nadal nie wiem jak do końca ją oceniam (ale bardziej pozytywnie niż negatywnie).
Narracja celowo trzyma się na ślinę i nasze dobre chęci połączenia tego w jakąś całość, książka jest bardzo surrealistyczna, czytając mamy przed oczami dziwne obrazy, np. kobiety rodzącej słońce i chłopaka ssącego jej sutek (potem sam zajdzie w ciążę). Bohaterowie są dziwni, sytuacje w których się znajdują są dziwne, ale jednocześnie zwyczajne.
Wszystko napisane jest bardzo ludzko i współcześnie, ale niekoniecznie pomaga to w rozszyfrowaniu treści, ale nie wydaje mi się, że chodzi o to, żeby ją rozszyfrować. Są nawet momenty zabawne i serio są zabawne. Stylistycznie irytował mnie brak dużych liter, ale na pewno pomaga on sprawić wrażenie jakiegoś dziwnego bełkotu/słowotoku i duchoty w tekście i chyba o to chodzi.
Stanowczo odradzam ludziom szukającym jakiejś bardzo konkretnej i prostej do śledzenia narracji, polecam komuś kto szuka czegoś dziwnego, co się bardziej czuje niż rozumie.