„Dziewczyna, którą chcę zabić” Lee Kkoch-nim to powieść, która wciąga nie przez wartką akcję, lecz przez to, jak z chirurgiczną precyzją rozcina ludzkie mechanizmy oceniania i osądzania. Na początku wydaje się, że to po prostu historia o morderstwie uczennicy, ale już po kilku stronach staje się jasne, że to opowieść o czymś znacznie głębszym, o tym, jak łatwo można kogoś zniszczyć samą narracją.
Autorka nie opowiada tej historii wprost. Składa ją z fragmentów wypowiedzi, przesłuchań, komentarzy, strzępów rozmów. Z pozoru chaotycznych, ale razem tworzących strukturę, w której wszystko ma znaczenie. Każdy głos dodaje coś nowego, choć niekoniecznie prawdziwego. Czytelnik próbuje poskładać te kawałki jak pęknięte szkło, z którego raz po raz odbija się inny obraz. Raz ofiary, raz winnej, raz kogoś pomiędzy.
To nie jest książka, którą się tylko czyta, to książka, którą się analizuje, czuje, poddaje w wątpliwość. Właśnie to sprawia, że jest tak intrygująca. Zmusza do nieustannego pytania „a co, jeśli to wszystko wyglądało inaczej?”. I nie daje prostych odpowiedzi. W świecie pełnym komentarzy, plotek i emocji, gdzie każdy chce mieć rację, prawda przestaje być wartością, a staje się towarem.
Najbardziej uderzające w tej powieści jest to, jak bardzo dotyczy nas samych. Bo kto z nas nie próbował kiedyś dopisać komuś motywów, których nie znał? Kto nie oceniał po pozorach, nie podtrzymywał plotki, bo brzmiała zbyt dobrze, by była fałszywa? „Dziewczyna, którą chcę zabić” demaskuje ten mechanizm i robi to z chłodnym spokojem, bez dramatyzmu, który mógłby osłabić przekaz.
Autorka pisze z ogromnym wyczuciem, prosto, a jednocześnie boleśnie celnie. Każde zdanie wydaje się przemyślane. Tu nie ma miejsca na sentymentalizm. To książka, w której nawet cisza coś znaczy, a każdy gest, choć drobny, ma swój ciężar. Pod spodem czai się gniew, nie ten krzykliwy, ale cichy, rosnący z obojętności świata.
To historia o tym, jak łatwo człowiek może stać się oskarżonym tylko dlatego, że ktoś inny był głośniejszy. Jak opinia potrafi zabić szybciej niż cegła. Ale też o tym, jak rodzi się samotność w świecie, który nie słucha, tylko obserwuje i komentuje.
Najbardziej poruszają w tej książce nie same wydarzenia, lecz emocje ukryte między wierszami. To, co dzieje się w głowach ludzi, którzy nagle tracą grunt pod nogami. Wspomnienia, które zaczynają się mieszać, wątpliwości, które obracają się przeciwko nim samym. I to uczucie, że prawda wymyka się jak piasek między palcami, a im bardziej próbujesz ją uchwycić, tym mniej jej zostaje.
Zakończenie nie przynosi katharsis. Raczej zostawia z cichym smutkiem i refleksją, że świat nigdy nie był sprawiedliwy, tylko wygodny. Każdy wybiera taką wersję prawdy, która pasuje mu najbardziej. I może właśnie to jest najbardziej przerażające w tej książce, że nie pokazuje potworów, lecz zwykłych ludzi, którzy po prostu przestali się przejmować.
„Dziewczyna, którą chcę zabić” to nie jest typowy thriller. To literacki eksperyment o pamięci, winie i społecznym linczu. Krótka, ale gęsta od znaczeń. Prosta w formie, a zarazem głęboka w treści. Lektura, po której trudno wrócić do codzienności z tym samym spokojem, bo nagle zaczynasz dostrzegać, jak często oceniasz innych tak samo, jak bohaterowie tej książki.
To opowieść o prawdzie, która nie istnieje w liczbie pojedynczej. O gniewie, który rodzi się z niezrozumienia. I o tym, że największe dramaty nie dzieją się w sądach ani na salach przesłuchań, tylko w ludzkich sercach, kiedy przestajemy widzieć w kimś człowieka