Nasze życie utkane jest z wielu trudnych chwil. Takich, które odbierają wszystko, co dla nas ważne, przez które tracimy oddech i pęka nam serce. Te chwile pojawiają się nagle i – choć bardzo byśmy tego chcieli – nie jesteśmy w stanie się na nie przygotować. Słowa tracą sens, gaśnie nadzieja. W ich obliczu trudno mówić o wdzięczności, a jednak to dzięki niej możemy na nowo zacząć żyć, dostrzegać piękno i dobro w świecie, który nas otacza.
Wdzięczność jest delikatna, ulotna. Płochliwa w swojej skromności. Kryje się w ciszy i między słowami. To o niej są te listy. O codziennej, oczywistej jak oddech wdzięczności za życie tych, których kochamy. O nieskończonej wyobraźni dobra i pomysłowości pocieszania. O wzruszeniu prostą obecnością, ciszą, słowem, zaproszeniem na kawę, wysłuchaniem, suchą chusteczką. Pomidorami i pomarańczą. O pamięci małych gestów, bo to z nich składa się dzień.
Autorka w formie listów do zmarłego męża opisuje okres żałoby po nim, a także to, ile pomocy otrzymała w tym trudnym czasie od innych ludzi. Podobało mi się wyczulenie na nawet najdrobniejsze gesty, które dla wielu być może mogłyby wydać się nieistotne. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak niewiele wystarczy, by wpłynąć na czyjeś życie i dać nadzieję na lepsze jutro, a ta książka, pomimo niewielkiej liczby stron, dobrze to ukazuje.
Czy można o stracie pisać z lekkością? Jak się okazuje, można. Płakałam jak bóbr czytając większość z listów. Nadzieja, wdzięczność i światło mogłyby być trzema słowami klucz tej książki. Historie niezwykłe w swej prostocie, pokazujące nadzwyczajność codzienności. Niedługie acz treściwe, do tego okraszone poezją, polecam z serca.
Jakoś życiowo ważne jest dla mnie czytanie książek, które mówią o tym, jak ludzie przeżywają żałobę, jak radzą sobie ze stratą. To jedna z takich książek. Nie znajdzie się ona pośród moich "ulubionych", ale ciekawe poznawczo było jej przeczytanie. I przyglądanie się stracie i żałobie z perspektywy micro historii/ wspomnień/ wdzięcznostek.