Dźwięki ptaków, debiut Arka Kowalika, to przedziwny film o naszym dzisiaj i gabinet luster, w których może się przejrzeć każdy z nas.
Bohaterowie tego zbioru mierzą się z rzeczywistością, która ich przerasta i czują, że muszą coś zmienić. A wokół nich rozpościera się dzisiejsza i przyszła Warszawa: kruszące się kamienice, błyszczące wieżowce, duszne kluby, tętniące życiem parki i wyschnięta Wisła. Dźwięki ptaków to piętnaście współczesnych opowiadań, w których życie bywa dziwniejsze od snów.
Projektant znaczków pocztowych prowadzi podwójne życie. Pies Włodek nie potrafi kontrolować złości. Starsza kobieta sadzi pelargonie i boi się demencji. Mężczyzna umiera, ale dalej chodzi do pracy. Absurd miesza się tu z realizmem, humor z powagą, a na to wszystko patrzą wrony.
Jak w albumie muzycznym, szybkie utwory przeplatają się z niespiesznymi opowieściami, a ich bohaterowie poszukują bliskości w coraz bardziej osobnym świecie.
*** "Strasznie podobała mi się Karo, która chce odzyskać swoje nogi. I rekin biorący prysznic. Chyba naprawdę nie poradzimy sobie bez nich. Kowalik ma świetne poczucie humoru i fascynującą wyobraźnię." – Bora Chung
"W Kowaliku jest dziesięciu Kowalików – każdy inny, każdy świetny. Dawno nie czytałem tak przemyślanego zbioru opowiadań." – Piotr Kofta
"Jeśli chcecie przeczytać tylko jedną polską książkę rocznie – to właśnie ona." – Piotr Siemion
Autor zbioru opowiadań „Dźwięki ptaków” (ArtRage 2025). Publikował w „Piśmie”, „Tekstualiach” i „Stronie Czynnej”. W ramach stypendium artystycznego m.st. Warszawy pracuje nad swoją pierwszą powieścią. Pochodzi z Dolnego Śląska, mieszka w Warszawie.
W trakcie pierwszego opowiadania doświadczyłam kryzysu; zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę kocham literaturę, a może tak sobie tylko wmawiam.
Resztę zbioru wmusiłam w siebie.
W większości przypadków czytałam o jednej i tej samej osobie, zmieniała się tylko płeć i imiona. Imiona tylko czasami, mam takie dziwne wrażenie, że czasami postacie nazywały się tak samo. Ale mniejsza o to.
Wracając do monotonii - wszystko było uchwycone w różnych wariantach stereotypów o “warszawce”. Kawa oczywiście na owsianym, wege knajpki i oczywiście ludzie po SGH, malowani na te postacie raczej stracone.
Z drugiej strony ten nasz jednolity narrator, który stoi w jakiejś kontrze, jedyny świadomy i wybudzony ze snu o polskiej teraźniejszości. Meczy mnie takie podejście w rzeczywistości, męczyło mnie też tutaj.
Opowiadania plasują się od krindżowych po takie okej. Raczej nigdzie nie docierały i nie niosły ze sobą puenty. Historie dość płaskie, nudne.
Niektóre miały potencjał, ale dużym problemem było dla mnie jednak brak jakiegoś elementy satysfakcji czy rozwiązania. Często po prostu następował koniec i lecieliśmy dalej.
Rzadko to piszę, ale gdyby to nie była współpraca, to bym nie przebrnęła przez pierwsze opowiadanie.
Fantastyczny debiut. Nie wszystkie opowiadania mnie porwały, nie wszystkie zrozumiałam, ale kilka zrobiło na mnie ogromne wrażenie, kilka historii brzmi idealnie na filmową ekranizację, kilka chciałabym przeczytać w wersji rozszerzonej jako konkretna powieści.
Całokształt zrobił na mnie duże wrażenie. I jest to też świetny początek nowej serii, której, coś czuję, że będę fanką.
1 rzecz to jest taka ze nie lubie zbytnio opowiadan ale to ??!!! pierwszy raz mam chyba sytuacje w ktorej nie potrafie wskazac slabszego tekstu bo kazdy to jest absolutny absolutny bangerek absolutnie zajebisty zbior arek kowalik ratuje wlasnorecznie polska literature🙏🙏🙏 + odkad przeczytalam miekkosc serca jakies 4 dni temu nie potrafie przestac o tym myslec !!!!!!!!! a mowia ze millenialsi nie rozumieja gen z ..
Czytałem tę książkę już jakiś czas temu po raz pierwszy, czytałem niedawno po raz drugi, w obu przypadkach w związku z różnymi pracami redakcyjnymi. Mam przyjemność znać się z Autorem, więc to pewnie będzie głos nieobiektywny. Niemniej -
- to są świetne opowiadania. Nie jest tak, że wszystkie mi leżą, ale "Roztrzaskany Picasso", "Miękkość serca" czy "Przez okna" to znakomite teksty (swoją drogą - zwłaszcza "Miękkość..." czy np. "Zostaw pestkę" - z potencjałem na coś większego). Miejscami razi dysproporcja objętościowa tekstów, ale takie też prawo zbioru. Nie bardzo rozumiem koncept konstrukcyjny ze stroną A i stroną B, chyba dało się z tego więcej wycisnąć, tyle, że to drobnostka. Książka jest pięknie wydana, gdybym debiutował, chciałbym taką oprawę. Co tu zrobić? Polecam po prostu i gratuluję Koledze fachowej roboty pisarskiej.
Bardzo udany debiut. Ocena 4,5. Tylko dlatego, że niektóre schematy były powtarzalne, np. sposób prowadzenia dialogów i nie wszystkie opowiadania utkwiły mi w pamięci. I za zbyt wiele, jak dla mnie, fragmentów piosenek, z którymi się nie utożsamiam (tu się odzywa moja niechęć do musicali oraz fragmentów piosenek i wierszy w prozie, jak do rodzynek w serniku - osobno są pyszne, ale razem nie). Ale! Za co 4,5? Ogromny plus za skupienie się na współczesnych problemach zwykłych ludzi, którzy nie mogą się odnaleźć w rzeczywistości nietrwałych relacji, apek randkowych, pracy w korpo, powszechnego udawania kogoś innego, w świecie utartych internetowych formułek, zmęczenia, w świecie ludzi, którzy podchwytują pop-teorie i propagują je jak własne. Ci, którzy się nie wpasują (nie potrafią, ale częściej nie chcą) wypadają z nurtu sukcesu, choć w tekstach widać, że chcą płynąć własnym. Bardzo podobało mi się pierwsze opowiadanie - świetne dialogi i zarysowanie postaci typowego cwaniaczka i rekina biznesu, który dostaje prztyczka w nos od rekina towarzystwa. Prztyczków w nos jest w opowiadaniach więcej. W pamięci utkwiło mi też opowiadanie o mężczyźnie, który nagle czuje się całkowicie wyobcowany (to, w którym zamiast piesków ludzie mają świnki). W tekstach jest sporo błyskotliwych przemyśleń i niektóre opowiadania mam ochotę przeczytać jeszcze raz.
Lubię, kiedy autor albo autorka przenosi mnie w światy dalekie (niekoniecznie w sensie geograficznym), hermetycznie zamknięte dla takich jak ja. Kowalik nie przeniósł mnie na drugi koniec świata, ani w daleką przeszłość, ale do Warszawy, mojego miejsca, które już od dawna nim nie jest, przez co stało się trochę obce. Te urbanistyczne klimaty, ci milenialsi i zetki, których świat też stały się dla mnie trochę hermetycznie zamknięte, są tu intensywne, żywe i autentyczne. Okazuje się też, że wspólnym mianownikiem tych opowieści jest samotność, alienacja, poszukiwanie miłości i akceptacji, jakiegoś zakorzenienia i przynależności. Autor ma wyostrzony zmysł obserwacji i potrafi przyszpilić ludzkie typy i zjawiska, potrafi w slangi i idiolekty (przyznam, że czasem musiałam sobie coś wyguglać) i fajnie puentuje. Jest tu kilka opowiadań, w tym finalne (!), które na pewno zostaną ze mną dłużej.
Bardzo lubię opowiadania, choć zazwyczaj po trzech dniach od ich skończenia wyfruwają mi hen daleko z głowy i nigdy do niej nie wracają :p Zdarzają się jednak wyjątki takie jak debiutacki tom Arka Kowalika „Dźwięki ptaków”. Bez problemu mogę przywołać fabułę co najmniej kilku z nich (kilka to dla mnie dużo!).
Teksty ze zbioru są bardzo mocno osadzone w przestrzeni miejskiej i z bohaterami głównie z pokolenia współczesnych trzydziestolatków, choć jest też świetne opowiadanie o kobietach seniorkach. Są ci osiągający sukcesy, którym mimo to ciągle czegoś do szczęścia brakuje oraz ci wycofani, pogubieni i samotni. Jest ptak, który kradnie cenny zegarek, ale też rekin (tak, rekin!) i oniryczny lis. Jest realizm odwzorowujący rzeczywistość, ale też elementy realizmu magicznego czy nawet surrealizmu. I uwaga, jest też horror „Lis i dziewczyna”, o dziewczynie bez nóg, która wyrusza z przypadkowo spotkanym chłopakiem w podróż w poszukiwaniu… swoich nog. To jedno z moich ulubionych opowiadań, przy którym moja wyobraźnia działała zdecydowanie zbyt intensywnie (ale uspokajam, to raczej pastisz więc będziecie się trochę bać, a trochę śmiać). A jak już jesteśmy przy tych moich naj tekstach ze zbioru to świetne było jeszcze „Przez okna”, „Miękkość serca” i „Wreszcie czuł, że żyje”.
Świetnie napisane smakowicie surrealistyczne, a inne realistyczne błyskotliwe literackie kawałki. Mam nadzieję, że książka zostanie obsypana nagrodami. Tymczasem czekam (nie)cierpliwie na dłuższą formę w wykonaniu autora (ptaszki ćwierkają, że się pisze).
Część opowiadań swietna, część w porządku, ogólnie mocny debiut, bardzo milenialski Podobało mi się to niedopowiedzenie narracji, jej delikatność, sugestywność, brak domykania rzeczy na siłę (widać to np. w pierwszym opowiadaniu i drugim opowiadaniu), podobała mi się różnorodność tematyczna, i właśnie te milenialskie teksciki i sentymenty, które u innych brzmiałyby kiczowato, a tu szczerze i świeżo. Widać trochę po tym zbiorze, że opowiadania pochodziły z różnych warsztatów i grup pisarskich - zwłaszcza w drugiej połowie książki czułam, jakbym czytała coś napisanego na zadany temat. Nad gwiazdkami jeszcze myślę, ciasno w tych pięciu.
Debiuty to zawsze spacer po ziemi nieznanej. Czasem zachwycają i budzą zazdrość (dlaczego ja tak nie potrafię?), czasem przelatują przez myśli i emocje niewiele zostawiając. Czasem jest tak pomiędzy.
W opowiadaniach Arka Kowalika sporo świata trzydziestolatków. Świata, który jest mi już trochę obcy i - szczerze - wcale mnie to nie martwi. Samotność w tłumie, prochy, które pozwalają zasnąć i prochy, które pozwalają się obudzić, brak perspektyw, tęsknota za miłością. Tu życie to obserwowanie innych (któż nie zaglądał do cudzych okien?), tu trochę psychodelii rodem z "Miasteczka Twin Peaks" zmieszanego z "Matrixem" (podróż z połową (!) dziewczyny), tu do starych nie przyjeżdżają młodzi, tu bohaterka mówi: "od dziecka bardziej od życia interesowały mnie jego imitacje". Oprócz ludzi są tu psy, koty, ptaki, króliki...
Nierówne są te opowiadania. Sprawne językowo, nie przeczę, ale niewiele mi zrobiły, nie do końca odnalazłam się w świecie autora. Są tu jednak dwa świetne, naprawdę świetne opowiadania. Pierwsze - "Wreszcie czuł, że żyje", to kwintesencja samotności, która tak bardzo kojarzyła mi się z moim filmem życia, czyli "Dobrymi nieznajomymi". W tej historii wszystko gra - napięcie, bohater, zakończenie. Będę do niej wracać, o tę opowieść jestem zazdrosna. Drugie - "Krzaki", równie wspaniałe, chociaż w zupełnie inny sposób. Pies Włodek, kot Szatan (bo z parafii), wstrętny staruch, bohater biorący te same leki co pies, z podobnie mizernym rezultatem ("Było też dużo dobrych rzeczy, ale jesienią lepiej pamiętam te złe"). Tu też gra wszystko i wszystko łapie za gardło tak, jak lubię.
Te dwa opowiadania (a także trzecie, ostatnie w zbiorze) sprawiają, że daję kredyt zaufania i trzymam kciuki za powieść, którą autor pisze.
Nie jestem fanem opowiadań, ale gdy widzę ArtRage myślę “będzie dobrze” i…jest dobrze!
Kowalik debiutuje w znakomitym stylu, podczas którego czułem, że ktoś wreszcie piszę opowiadania dla mnie. Z jednej strony, dostajemy historie skupione na przeżyciach millenialsów, opowiadające o samotności, strachu przed zmianami, miłości, czy starzeniu. Z drugiej, autor wielokrotnie sięga po elementy nadnaturalne, aby stworzyć nieoczywiste historie z pogranicza fantastyki. Czyta się to świetnie i tylko szkoda, że niektóre historie nie zostały rozwinięte dłuższe opowieści. Jednocześnie, autor pracuje nad pełnoprawną powieścią, więc kto wie, może doczekamy się kontynuacji.
Arek Kowalik trafia na listę polskich autorów, których twórczość mam zamiar śledzić, a nowa seria opowiadań od ArtRage zapowiada się bardzo ciekawie, ciekawe czy kolejne tomy również przypadną mi do gustu.
W różnych miejscach pisze się o tym zbiorze w kontekście samotności dzisiejszych 30-latków czy ich zagubieniu, co jest trochę wytrychem, bo czym dalej w las, tym ciekawiej. Początkowo myślałem, że będzie bardziej pretensjonalnie - zapowiadało się jak rzecz o zblazowanych Warszawiakach "Pokolenia Z". Z czasem dochodzą ciekawe nadnaturalne motywy, jakieś futurologiczne zabawy i trochę abstrakcji. Całość traktuję jak zapowiedź możliwości autora, bo potencjał widać jak na dłoni
Kiedy ostatni raz czytaliście opowiadania, lub powieść będące kwintesencją naszej z wami teraźniejszości? Mam wrażenie, że autorowi udało się wydobyć taki ersatz i w każdej z tych arcywspółczesnych historii zawrzeć trochę naszego świata.
Opowiadania, w większości mają miejsce w Warszawie, traktują o pierwszej miłości, izolacyjnym doświadczeniu pracy w korporacji, maniakalnych snach podlanych sosem substancji wzmacniających, świata młodych, trzydziestoletnich biegnących za pieniędzmi i spełnieniem, czy opozycyjnym biegunem osób zanurzonych w swoim świecie bez ambicji jednak z wieloma, niespełnionymi talentami. Przekrój osobowościowy jest imponujący, i każdy z bohaterów na swój sposób dotyka jakiejś postawy, przykładu, z którym stykamy się na co dzień. W social mediach, w pracy czy mijając się na ulicy. Wyłania się z nich humanizm XXI-ego wieku.
Bije od nich jakaś świeżość, ponadto nienachalne eksperymentowanie z realizmem magicznym nadaj niektórym z tych historii lekko surrealistyczny ale też balansujący na styku prawdopodobieństwa sens.
Fajna wyobraźnia i warsztat. B dobrze się czytało i przenosiło fajnie w rzeczywistość postaci. Gwiazdki dodatnie głównie za: wreszcie czuł że żyje, zostaw pestkę, krzaki
A może etnokartografia emocjonalna. Bo jest to zapis z przekrojów żyć ludzi mieszkających w Warszawie w różnych dzielnicach. Cenna kapsuła z atmosferą z tej dekady. Więc jest alienacja, samotność, atomizacja, rozpad więzi, akceleracja kapitału i apatia z tym związana.
Nie jest to pozytywny obraz Warszawy, ale dość wierny. Miasto w którym nie da się żyć, ale jedyne miasto w którym jest sens żyć.
Stylistycznie trochę ciężkawo, ale ogólnie dobrze - dobrze się czyta, ale właśnie jeszcze czuć ten warsztat pisarski (widać, że było to pisane, a nie że tekst płynie sam). Trochę już widać styl autora, ale jeszcze to nie jest rewelacyjne literacko. Ciężar narracji leży na introspekcjach, co jest adekwatne, ale też może trochę przytłaczające.
Wszystko to jest do szpiku millenialskie, więc jest to zapis systemu moralnego, marzeń, lęków i żądz tego pokolenia. Dużo jest w tym apatii, co chyba też rzutuje na styl opowiadań. Nieudane związki i neoliberalizm. Marzenia o nawiązaniu intymnego kontaktu z inną osobą. Winiety z codzienności (nawet jeśli ta codzienność jest w konwencji horroru w stylu Grabińskiego).
No ogólnie fajnie że powstała taka kapsuła czasu, opowiadania próbujące jakoś próbkować i katalogować zeitgeist. Taki literacki obraz Warszawy jest potrzebny, bo zwykle to raczej Kraków dostaje książki. Co opowiadanie to inna dzielnica, stąd moje skojarzenie z podejściem etnograficznym. Chyba udana jest ta próba oddania ducha poszczególnych dzielnic, chociaż miejscami czuć że to są jakiegoś rodzaju projekcje i próba wymyślenia jaki jest klimat emocjonalny tych miejsc.
Na końcu książki prezent (przynajmniej dla mnie), bo SF o Warszawie.
Dość nierówne były te opowiadania, chyba najbardziej podobały mi się „Ogrody Wisły”. Chętnie przeczytałabym więcej takich antycypacyjno-futurystycznych treści, chociaż „Krzaki”, też były według mnie bardzo dobre (ten fragment, kiedy Misiek spotyka kolegę z gimnazjum, i zdaje sobie sprawę z tego, że czas nie dla wszystkich biegnie tak samo szybko, był świetny).
Właśnie skończyłam czytać, więcej napiszę jutro, jak mi się poukłada w głowie, bo na razie czuję coś między zdziwieniem, bo o niektórych opowiadaniach już zapomniałam, a niedosytem, bo te dwa końcowe podniosły poprzeczkę.
3.5 z serduszkiem najlepsze to wrona bez nogi tylko ja mialam w glowie viva la vida w wykonaniu one direction co bylo jeszcze lepsze w wykonaniu generala zajaczka
Nie jestem pewna co do oceny tego utworu w walucie gwiazdek. Pierwsze kilka opowiadań mnie odtrąciło. Czasem wulgarność tekstu była dezorientująca. Zaczęłam się zastanawiać, czy autor rzeczywiście ma do przekazania coś więcej niż Warszawę brutalnym slangiem. Opowiadanie o kobiecie bez nóg powoli zaczęło rozwiewać moje wątpliwości, potem robiło się tylko coraz lepiej. Rekin pod prysznicem, absurd w opowiadaniu „normalny człowiek” zdecydowanie zostaną ze mną na dłużej. Nadrealizm, czy surrealizm to kreacja świata, która absolutnie mnie ekscytuje. Gdy Kowalik zanurza się w niej, robi to dobrze, satysfakcjonująco - te fragmenty pociągają mnie najbardziej. Fluorescencyjne domy, pies księdza o imieniu Szatan, ludzie w dojrzałym wieku zdezorientowani nowymi realiami i swoim własnym n i e d o g a n i a n i e m starości - perspektywy przedstawione w konwencji niedopowiedzeń - to ekscytuje. Najprawdopodobniej wrócę do tego utworu, szczególnie do tych pierwszych tekstów, żeby móc czerpać z nich już niejako pewniej, odważniej, nie doszukując się jakiejś sztuczności, płytkości.
Zdecydowanie doceniam albumy koncepcyjne, więc od pierwszego opowiadania wiedziałam, że „Dźwięki ptaków” przypadną mi do gustu. Arek Kowalik w swoim debiucie prezentuje zbiór opowieści o różnorodnych postaciach, które w sporej mierze łączy samotność, a może raczej zagubienie w poszukiwaniu bliskości. Sama Warszawa również staje się bohaterką z wieloma twarzami - wąskich ulic z sąsiadami zaglądającymi sobie do mieszkań, francuskich kawiarenek, zimnych wieżowców czy dystopii.
W niektórych historiach w realistyczną codzienność wplecione zostały elementy surrealistyczne (co bardzo lubię!), które ubarwiają lekturę i nadają jej mocniejszy ton. Postacie Kowalika starają się odnaleźć lub zmienić zastaną rzeczywistość, jednak nie zawsze im się to udaje i nie zawsze jest to wykonalne.
W „Dźwiękach ptaków” ujęły mnie niektóre opisy bohaterów i obserwacje, z których biła pewna wrażliwość i ciepło oraz głęboka niezgoda na brak sprawiedliwość. Podobał mi się sposób w jaki autor obserwuje codzienność i sytuacje postaci. W jego stylu pisania można również momentami wyczuć nutkę czułości wobec nieporadności w odnajdowaniu się w dzisiejszym świecie.
Moje ulubione utwory z albumu to „Lis i dziewczyna” (za niezręczno-poważno-zabawną rozmowę w aucie), „Wreszcie czuł, że żyje” (za pomysł i ciekawe przedstawienie samotności), „Pelargonie” (za pięknie ukazaną społeczność i jej emocjonalność), „Królikasy” (za Furię!), i „Normalny ” (za pomysł).
Gdyby cały tom trzymał poziom najlepszych opowiadań to spokojnie dałbym 4, ale z drugiej strony gdyby cały był na poziomie najgorszych to 2 by było łaskawą oceną. Kilka opowiadań chwyciło mnie za serduszko, kilka po mnie spłynęło, a na kilku mnie skręcało z cringe'u (notabene wszystkie najgorsze były na ogólnie słabszej stronie B).