Powieść o kobiecie, która została matką, ale nie rozprawiła się z demonami własnego dzieciństwa. Czy skoro według staropolskich wierzeń poród miał łączyć z zaświatami, to możliwe jest, że Emma urodziła nie tylko dziecko? Bohaterka eksperymentuje, a czasem bezmyślnie naśladuje, by zrozumieć siebie i poczuć się autentyczną. Jednak czy reszta świata jest autentyczna? Złodziejka matek to sensualna i przejmująca opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, dorastaniu w latach 90., a także o samotności w czasach dobrostanu i kryzysu klimatycznego. Książka dla wszystkich, którzy mimo lęku próbują przezwyciężać fatum „braku przynależności” oraz zakotwiczać się w rolach społecznych na własnych warunkach i zasadach.
Autorka powieści "Złodziejka matek" i książki non fiction "Bułgaria. Złoto i rakija". Matka założycielka wydawnictwa Czwarta Strona. Przez ponad 10 lat pracowała jako wydawczyni. Obecnie prowadzi warsztaty storytellingowe i pomaga w inkubacji książek. Pracuje jako redaktorka i mentorka pisania. Pisze o poznańskich osobliwościach do magazynu kulturalnego „Dynks”. Lubi czytać w pociągu.
Historia o pustce, którą dziedziczy się jak kolor oczu.
To powieść o macierzyństwie, dorastaniu w latach 90., o tęsknocie za matczyną miłością i próbie odnalezienia się w roli „matki drugiego ciała”. Emma, główna bohaterka, jest zagubiona, emocjonalnie odizolowana, a jej samotność staje się osią tej fragmentarycznej narracji utkanej z miniatur, scen i refleksji. Całość przypomina obraz pokryty wyostrzającym filtrem — każdy kontur, każdy cień dzieciństwa, macierzyństwa, bycia żoną i obserwatorką świata w stanie rozpadu, zostaje tu boleśnie podkreślony.
Zachwyciły mnie opowieści z poznańskiej Wildy. Choć trudno było mi się utożsamić z Emmą jako matką, to wspomnienia z dzieciństwa — szkolne korytarze, podwórka, pragnienie przynależności — rezonowały silnie z moimi własnymi doświadczeniami. Genow z ogromną czułością, ale i bez znieczulenia, pokazuje, jak niefortunne wspomnienia — związane z oceną ze strony rówieśników, statusem materialnym rodziny czy posiadaniem (lub nie) gier, przedmiotów, dóbr materialnych — pozostają z nami na zawsze.
Autorka w mistrzowski sposób splata przeszłość z teraźniejszością. Pisze zarówno o erze Thermomixa, jak i o przenikaniu się narodzin ze śmiercią. Zwraca uwagę na kondycję świata — ekologiczny lęk, niepokój o przyszłość i przeświadczenie, że być może jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń. Powieść urywa się tam, gdzie pojawia się moment przełamania: męskie łzy i zwisające nad nimi „nie wiadomo co”. Ten niedosyt, to zawieszenie — są jednym z najmocniejszych elementów książki.
„Złodziejka matek” to doskonały przykład współczesnej, polskiej prozy — intymnej, niepokojącej i boleśnie prawdziwej.
Bardzo dobry debiut w literaturze pięknej. Stylistycznie jestem oczarowana, bardzo mi się podoba pióro Genow i liczę na to, że autorka będzie kontynuowała tę przygodę z literaturą.
Fabularnie początek był świetny. Potem niektóre rozdziały podobały mi się bardziej, niektóre mniej, aż wreszcie trochę się zgubiłam w tym, dokąd ta historia zmierza i to mnie lekko wyhamowało. Zaciekawiła mnie relacja głównej bohaterki z matką i to, jaki miała ona wpływ na jej własne macierzyństwo. Podoba mi się, że ta historia jest taka prawdziwa, tak bliska życiu. Żałuję jedynie, że nie ma tutaj mety, takiego mocnego zaakcentowania zakończenia, ale może… tak jest lepiej?
Magdalena Genow stworzyła prozę dojrzałą, przemyślaną i prowokującą do refleksji oraz podróży wgłąb siebie i przeszłość. Nie raz czytałam już prozę formacyjną, która przeplata teraźniejszość z czasami, które ukształtowały narratora, ale w tej prozie jest nutka ostrości, która wyróżnia autorkę na scenie literackiej.
A co ukształtowało Emmę, główną narratorkę? Niewątpliwie, brak matczynej figury, której potem szuka i próbuje „podkradać” koleżankom. Wizyty na targu Bema, Gadu-Gadu, dorywcze prace, lata 90.te, które autorka przybliża nam dość hiperbolicznie, wiernie odwzorowują tamtejsze czasy. Te delikatne przerysowanie cech epoki nie czyni jednak tej prozy drażniącą, ale pozwala wsiąść w kapsułę czasu i przenieść się w czasy dorastania Millenialsów. Genow jednak nie powiela stereotypów, ona z nimi delikatnie pogrywa i zaprasza czytelnika do wciągającej zabawy konwencjami. Przeglądałam się w miejscach, w których bohaterka bywa w Poznaniu, w jej doświadczeniach, choć nie wszystkie są mi pokrewne. To wielka moc prozy, która ma kolektywną moc współdzielenia doświadczeń, które rezonują w czytelnikach.
Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w tej prozie coś innego. Odnajdą się tu Millenialsi, odnajdą się osoby rozpracowujące dzieciństwo czy matka, która mierzy się z ciemniejszymi odcieniami macierzyństwa. Potrzeba wnikliwego zmysłu obserwacji, by napisać tak szczegółową prozę, tym bardziej, że nie jest też linearna. Emma przeplata przeszłość z teraźniejszością, co trzyma uwagę czytelnika. Subtelna ironia, okazjonalne „przesady” i zachwycająca metaforyka zapewniają czytelniczą ucztę.
Trudno było wybrać dla Was jeden fragment, który będzie próbką talentu autorki, jest ich tak wiele, ja zdecydowałam się na ten o wizycie na jodze:
„Studio jogi jest wypełnione lustrami, co sprawia wrażenie, jakby było nas więcej. Z głośników dobiega szum. Taki musi być w łonie matki albo w środku misia szumisia. Czuję się jak niemowlę. Słucham rozmów kobiet, ale to nie mój język. Rozkładam matę z tyłu, żeby nie musieć się odzywać, bo co ja im powiem? Zaczęłam zapominać mowę dorosłych, te wszystkie „ponieważ”, „tak jakby”, „rekomenduję”, „niemniej”. W myślach głużę i gugam. (…) W końcu wchodzi instruktorka. Matka jogowa. Idę do niej, by porozmawiać. Na jej widok wychodzą ze mnie wszystkie choroby. Nie mogę się opanować w mówieniu. Potem mam kaca, że ją obarczałam.”
Po tej prozie ma się czytelniczego kaca, bo wiemy, że takich książek nie mamy wiele na rynku książki. Przepadnijcie w uważności czytając „Złodziejkę matek”.
"Miałam wrażenie, że oprócz dziecka urodziłam też swoje dzieciństwo", stwierdza bohaterka i faktycznie - narracja płynnie przechodzi od Emmy-matki do Emmy-córki, która cała złożona z tęsknot. Mieszka z babcią, która później może zamieni się we wronę, o ile śmierć jest taką suką, jak większość się po niej spodziewa. Matka bywa, matka znika, dlatego Emma jest złodziejką matek, kolekcjonuje te matki, przylepia się do cudzych, marzy o takiej, która będzie, otoczy opieką, stanie się kotwicą i drogowskazem. Przeszłość powraca wraz z macierzyństwem, które dla kobiety jest tym, czym fala w wojsku dla mężczyzny. Mózg zapchany karmieniem, przewijaniem, zabawkami edukacyjnymi, a przede wszystkim strachem o dzieci, którym fundujemy katastrofę klimatyczną i całe zło tego świata. Och, jak bardzo ten strach rozumiem! Wraz z pojawieniem się mojej córki dotarło do mnie, o ilu zagrożeniach wcześniej nie myślałam, ba, poczułam się tak odpowiedzialna za jej istnienie, że przez pierwszą dobę nie zmrużyłam oka, bo wierzyłam, że jeśli to zrobię, moja córka umrze. Tu lęki córki, która stała się matką, weryfikują ocenę własnej rodzicielki. W swoich błędach wychowawczych widzimy błędy naszej matki, ale w sukcesach widzimy tylko swoje sukcesy. Okazuje się, że bycie matką to wieczne bycie na cenzurowanym. Najpierw oceniamy siebie same, później ocenia nas świat, wreszcie oceniają nas córki. Obok macierzyństwa - małżeństwo, własne gniazdo z bogiem Thermomixem, łkaniem pod kołdrą i teściową jak z horroru. Mocny, trudny wątek. Dla mnie kluczowa jest ta gonitwa pokoleń - babcia, matka, córka, ten galop, przy którym mrugnięcie z matki czyni babkę, z babci może wronę, taka "Krótkość żywota" Naborowskiego w wyłącznie kobiecym wydaniu. Są powieści, które - poza zachwytem - budzą moją zazdrość. Ta do nich należy. Miniatury opisujące życie, zdania-perełki i zdania-ostre noże. Sentymentalnie potraktowany Poznań, relacje rodzinne, które równocześnie swojskie i obce, wreszcie - drobiazg o kartach telefonicznych z pozostawionymi impulsami, z których można zadzwonić do przeszłości. Mam takie karty. Nie ma już budek telefonicznych. Zadzwoniłabym.
wspaniałe. choć często wystrzegam się polskich debiutów traktujących o „prozie życia od lat 90. do teraz”, to tym razem miło się zaskoczyłam. historia jest niezwykle realna, nieprzesadzona. książka o normalnych ludziach i jak najnormalniejszych sytuacjach, czyli to, co lubię najbardziej. najmocniej przebija się oczywiście wątek matek i macierzyństwa, ale robi to tak wspaniale, że mogłabym tylko czytać i czytać. życzę sobie więcej wspaniałych książek Genow w przyszłości. jestem oczarowana.
Błyskotliwa, uwydatniająca zmysł obserwatorski autorki i jej umiejętność budowania obrazu z miniatur. Emitująca przyjemne ciepło kolektywnego doświadczenia powieść o uniwersalności i unikalności bycia córką i matką.
"Złodziejka matek" przybliża nam Emmę - córkę, matkę, żonę i przyjaciółkę. Dziewczynkę i kobietę owładniętą (mniej lub bardziej świadomie) tęsknotą za matką. Szukającą matki, jej obecności, definicji, choćby zastępstwa. Podobało mi się, jak Magdalena Genow eksploruje tę niezaspokojoną potrzebę, wskazuje na jej wagę w budowaniu nie tylko własnego "ja", ale i podwalin pod przyszłe przyjmowanie tej roli.
"Złodziejka matek" pozwala porozumiewawczo skinąć głową, płasko się uśmiechnąć, zaśmiać pod nosem czy zatrzymać na bezdechu. Solidarnie porusza i wzrusza, śmieszy i zadziwia, bawi i przytula. Trochę szokuje. I nie udaje. Magdalena Genow pisze swoim językiem, składa swoje, niebanalne metafory i w swoim stylu konstruuje świat fragmentarycznie, niemal anegdotycznie. Tu i teraz, w kontekście współczesności. Jest to świeże, przenikliwe, lekko eksperymentalne, autentyczne, raźne spojrzenie na macierzyństwo. Ale nie tylko.
Trochę zabrakło mi bardziej wyraźnego zamknięcia, zwieńczenia zachwytu odczuwanego w trakcie lektury. Końcówka wybudziła mnie z hipnozy, w której trwałam przez całą powieść. Jest to świetny debiut, po którym mam wielką nadzieję pojawią się kolejne powieści. Złodziejka ze mną zostanie, w całości i we fragmentach, które nadal do mnie wracają. Mocne 4/5!
Przyznam, że trochę się obawiałam, że książka, w której istotnym motywem jest macierzyństwo może do mnie nie trafić, na szczęście nie było się jednak czego obawiać, bo „Złodziejka matek” to nie tylko książka o macierzyństwie, ale również o byciu córką, o dojrzewaniu, przyjazni czy o stawaniu się i byciu kobietą. W dodatku to dojrzewanie, do którego powracamy w retrospekcyjnej perspektywie narratorki, miało miejsce w dokładnie tych samych czasach, w których moje. Klimat epoki autorka oddała w niezwykle realistyczny sposób, nienachalnie wrzucając w tekst te wszystkie elementy, które kojarzą nam się z milenialskim dorastaniem.
Emma sprzedawczyni kredytów, właśnie zderza się z nową rolą bycia żoną i przede wszystkim matką. Nie jest to dla niej doświadczenie pełne szczęśliwości i spełnienia, co tym boleśniej wybrzmiewa w świetle jej własnej historii - porzucona w dzieciństwie przez matkę, przez lata niosła w sobie ciężar dotkliwej nieobecności. Historię narratorki poznajemy współcześnie i właśnie retrospekcjach z przeszłości.
Magdalena Genow to świetna obserwatorka rzeczywistości, w pełni uwierzyłam w tę historię, w odczuwane przez bohaterkę emocje, w wykreowaną rzeczywistość bez sztucznie wklejonych sentymentalnych banałów. I może zabrzmi to jak oksymoron, ale ten realizm, był w czytaniu bardzo oniryczny - nie wiem, może sobie to wymyśliłam i tę oniryczną powierzchnię dodałam sobie sama? Świetnie napisana, wciągająca, pełna ukrytych znaczeń, metafor i trafnych porównań (wyjaśnienie tytułu w toku fabuły!). Jestem naprawdę pod dużym wrażeniem, szczególnie, że to debiut prozatorski! I cóż, czekam na więcej :)
Interesująca historia, napisana przystępnym i jednocześnie nieco poetyckim językiem. Niektóre fragmenty dają do myślenia. Niemniej ocena byłaby wyższa, gdyby nie ten chaos i zakończenie, na które kompletnie się nie zgadzam. Szukałam finałowej sceny, jakiegokolwiek wyjaśnienia i... brakuje go. Taki był zamysł, ale do mnie totalnie nie trafia. Wolę stawianie kawy na ławę, a nie snucie setki domysłów.
Historia kobiety, która jako matka i żona próbuje uporać się ze swoją przeszłością i zrozumieć wydarzenia, które ją ukształtowały. To historia zszyta z fragmentów, nielinearna, lecz układająca się w opowieść o trudnym i smutnym dzieciństwie oraz o macierzyństwie, które stanowi wyzwanie dla bohaterki. Intymna, smutna i jednocześnie ciepła historia o tym, że przeszłość można zaakceptować i wyzwolić się od jej ciężaru.
„Złodziejka matek” to sensualna, przejmująca opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości. O dorastaniu w latach 90., które właśnie tę tożsamość zwielokrotniały. O samotności w czasach dobrostanu i kryzysu klimatycznego. I o lęku, i próbie przezwyciężenia fatum „braku przynależności”, zakotwiczeniu się w rolach na własnych warunkach i zasadach.
Matka jest tylko jedna ... a jeśli jej (mentalnie, fizycznie, emocjonalnie) nie ma? Trzeba zwrócić się ku innym kobietom-namiastkom matek. Czuć od pierwszych stron książki pogubienie, podstawowy brak więzi, trudno odnaleźć później siebie, gdy podstawowym mechanizmem w kontaktach jest dysocjacja. Nie jest to łatwa książka, doceniam wspomnienie o eksperymencie Calhouna o szczurach (z rozdziału Bilet za złotówkę).
Bardzo ciekawie napisana historia kobiety, a dokładniej jej relacji z innymi kobietami - z jej matką, córką, babcią, przyjaciółką, teściową a nawet kosmetyczką. Trudna historia o dojrzewaniu, macierzyństwie, emocjach. O życiu. Otwiera oczy i składnia do przemyśleń.
Współczesną literaturę można podzielić na kilka nurtów. Jednym z nich jest literatura, którą ja nazywam odsłaniającą. Bez ogródek, czasem z humorem, czasem bez, komentuje nasze współczesne, codzienne życie, często klasy średniej. Z jednej strony zaklętej w swoich ambicjach, celach, marzeniach, dążeniach, z drugiej starającej się zrzucić płaszczyk dość trudnego wychowania, w czasach, w których nie było modnym stawianie na zbilansowaną ochronę środowiska, wizyty u psychoterapeutów, czy wycieczki po zagranicach, połączone z instagramowym lajfstajlem. Obecne pokolenie 30/40-latków wiedzie w niej prym, i kiedy dobrze napisana może prowadzić do głębszej refleksji, ale też dystansu do siebie i ludzi wokoło.
W książce, główna bohaterka opisuje dzieciństwo, dorosłość, trudne relacje z mężem, teściową, czy swoją matką. Jest to dość pokiereszowany krajobraz rozjeżdżajacy się pomiędzy chęcią idealnego życia i nagą, odartą ze zludzeń rzeczywistością. Główna bohaterka, przedstawicielka milenialsów, nie jest ślepa na problemy i paradoksy, w których egzystuje. Czasem z rozdzierającym bólem, czasem ze zjadliwym, sarkastycznym humorem komentuje płytkość relacji, bezsensowność ludzkich wyładowań swoich frustracji, czy miłość okazywaną względem swoich bliskich. Jest w tym dużo prawdy. W tych widokówkach z życia pokazuje jak skomplikowaną, a jednocześnie nieokiełznaną jednostką jest człowiek XXI wielu, żyjący w Polsce, wychowany w latach 80/90 ubiegłego stulecia.
Do mnie najbardziej przemówiły komentarze względem obłudnej rzeczywistości i z humorem potraktowane nasze ludzkie słabości. Aczkolwiek, jak pisałem wcześniej, jest też miejsce na głębszą refleksję i zastanowienie się dokąd zmierzamy z tym całym bagażem rodzinnych kompleksów, klasowych nierówności i niespełnionych ambicji. Bo kierunek wszyscy mamy ten sam....
Empatyczna wizja polskiej rzeczywistości. Dobrze napisana. Ubrana w trafne spostrzeżenia. Nieidealna. Warta przeczytania.
Taka encyklopedia "lewactwa" w klasie średniej w pigułce (żartobliwie oczywiście) ;)
W sumie nie wiem do końca co sądzić o tej książce. Dla mnie jest taka trochę o wszystkim i o niczym, miejscami to dosłownie słowotok. Forma do mnie nie przemawia, treść też tak sobie. Nie jest to książka zła, ale do mnie nie trafiła szczególnie ponad "millenialskie" sentymenty. Myślę, że to bardziej pozycja dla matek, dorastających w latach 90 i 2000.
Myślę, że sporo osób jednak odnajdzie w niej przesłanie czy kawałek siebie. Ja niestety nie miałam tej przyjemności.
Najbardziej urzekł mnie język ten książki. „Złodziejka Matek” jest przykładem tego, że aby stworzyć coś pięknego ze słów nie trzeba pisać długich zdań i opisów krajobrazu na pół strony. Kolejna rzecz, która bardzo do mnie przemawiała to wszechobecny chaos panujący w tym dziele. Uważam, że forma ta bardzo dobrze odzwierciedlała życie wewnętrzne Emmy. Jedyna rzecz, która przeszkadzała mi w tej książce to to, że czasem wątek o ekologii wydawał się być „na siłę”. Niby pasował do postaci Emmy i historii, którą Magdalena Genow stworzyła ale o wiele bardziej ciekawiły mnie pozostałe wątki.
Hmm ciężko mi ocenić tą książkę. Jest bardzo w porządku. Łatwo się ją czyta oceniając trudność emocjonalną (co teraz było dla mnie ważne). Historie o macierzyństwie i o dzieciństwie splecione razem. O matkach zostawiających córki. O całej masie rzeczy, które balansują gdzieś na granicy prawdopodobieństwa. Lubię jak tak się dzieje. Książka nie jest nierealistyczna, ale jest realistyczna w szczegółach nieprawdopodobnych - nie dokładnie to, ale z podobnych tekstów buduję to, jak ja chcę pisać.
Książka, w której z jednej strony, jako mama dwójki dzieci, posiadaczka Thermomixa 😁, w dodatku wychowana w latach 90 na piosenkach Spice Girls i Britney Spears, mogłam się odnaleźć, w dodatku bardzo dobrze napisana, z drugiej strony nie zagrała ze mną tak, jak mogłabym się tego spodziewać. Dla fanów intymnych, kobiecych opowieści
Nic szczególnego. Takie typowo millenialsowe pisarstwo, nienajgorsze, choć za mocno osadzone w rzeczywistości, tak jakby nie można było zawiązać fabuły bez odniesień do popularnych marek, produktów, aplikacji etc. Fabularnie wszystko i nic jednocześnie, książka bardzo współczesna, za pięć lat będzie jak relikt.
Merytorycznie ciekawa, zastanawiam się, czy prawdziwa? Pewnie trochę tak. Ale myślę, że w otaczającym nas świecie mimo wszystko jest też wiele dobrego, na co jednak w tej książce zabrakło miejsca.