Była kobietą silną i odważną, czy może pozbawioną zahamowań skandalistką? Odnalezione dzienniki odsłaniają prywatne życie Michaliny Wisłockiej. Z jej książki „Sztuka kochania”, przez lata obowiązkowej lektury w każdym domu, miliony Polaków uczyło się, jak wielką przyjemnością jest seks, jak wielką sztuką przeżywanie miłości i jak dzięki niewielkim zabiegom wzmóc przyjemność. To ona mówiła o przyjemności kobiety, świadomym macierzyństwie i antykoncepcji. Od niej zaczęła się polska rewolucja seksualna w schyłkowym okresie komunizmu. Ale, choć lubiła powtarzać, że nie ma nic do ukrycia, jej życie pełne było tajemnic. Kochała wielu mężczyzn, uwodziła ich, choć późno odkryła radość płynącą z seksu. Układała sobie życie w trójkącie z mężem i przyjaciółką. Udawała, że jest matką bliźniaków. Oto opowieść o życiu, które było rewolucją seksualną, bez żadnego tabu. Odnalezione i dotychczas niepublikowane fragmenty dzienników, w połączeniu z opowieściami jej córki oraz bliskich, odsłaniają skrywane oblicze jednej z największych ikon PRL-u.
To nie jest dobra książka. To nie jest dobra biografia. Pełna pogubionych wątków, niedokończonych myśli, nudnych powtórzeń. Powtykane długie wyimki z niby zaginionego czy odnalezionego właśnie dziennika - nic z nich nie wynika konstruktywnego. Powtykane ni w 5 ni w 10 wspomnienia córki, które ani się nie kleją z treścią, ani za bardzo nie trzymają kupy.. Nie wiem kim jest autorka, internet podpowiada, że przez ponad 10 lat pracowała jako dziennikarka dla Newsweeka. Tym większe rozczarowanie absolutnym brakiem warsztatu.
Michalina Wisłocka niewątpliwie należała do osób nietuzinkowych i prowadziła interesujące życie w bardzo trudnych czasach. Jej historia zaciekawiła mnie bardziej, niż początkowo oczekiwałam. Co zaś się tyczy samej książki...
Cóż, pierwszą połowę można spokojnie nazwać solidną. Co prawda nie przepadam za aż tak "upowieściowanymi" biografiami - zwłaszcza kiedy przypisów i bibliografii nie ma, więc nie da się ocenić, czy autorka relacjonuje opowiedziane jej historie albo zapisy z dzienników Wisłockiej, czy też snuje jakieś swoje wizje wydarzeń. Jest to jednak lektura zajmująca i wzbudzająca emocje.
Niestety kiedy tak się czyta i czyta, to nagle zauważa się, że wszystko zaczyna staczać się po równi pochyłej. Bo druga połowa książki wygląda w zasadzie tak, jakby autorce się odechciało. Większość to cytaty - czasem nawet kilkustronicowe i niezmiennie pozbawione jakiegokolwiek komentarza. Są też fragmenty seksuologiczne, kompletnie niepasujące do całości. Ok, jasne, Wisłocka tym się zajmowała, ale... po co to komu? I czy naprawdę nikt w wydawnictwie nie zauważył, że informacje się powtarzają? Niekiedy po kilku stronach czytamy dokładnie to samo, napisane tylko innymi słowami. Jak można coś takiego puścić do druku?
To trochę jak skok na głęboką wodę bez ostrzeżenia, bo przez około 150 stron śledzimy w miarę chronologicznie opisane życie Wisłockiej. Dzieciństwo, okres dojrzewania, ślub i relacje z mężem (przysięgam, że ktoś powinien go był za życia strzelić w pysk kowadłem...), trójkątny związek z Wandą, narodziny dzieci, rozstanie... A potem nagle - co? Nie wiem, otóż to, że nie wiem. Chaos kompletny. Brak klucza chronologicznego, tematycznego, jakiegokolwiek. Czytam o jakimś Henryku, który zostaje nazwany psychopatą, o ciężkiej chorobie Wisłockiej i... I czuję się jak przy grze w wisielca, tylko nie ma nikogo, kto by mi powiedział, czy dobrze zgaduję literki. Jeden wielkie bezsens, skakanie od tematu do tematu, od Heńka do Ryśka, od dekady do dekady. A 60% to cytaty. Chwilami mogłabym się o stówę zakładać, że ktoś mi strony powycinał - dziesiątki, dziesiątki stron.
O niemal całym po-rozwodowym życiu Wisłockiej nie dowiedziałam się zatem prawie niczego. Wywnioskowałam, że miała różne romanse, nie radziła sobie z byciem matką, chorowała i że nie łatwo było wydać jej publikację seksuologiczną. Trochę mało tej wiedzy jak na połowę książki. Najbardziej zawiodło mnie jednak to, że cała droga Wisłockiej do zostania "pierwszą damą seksuologii polskiej" została sprowadzona do kilku anegdot i... tak, cytatów. A tego akurat byłam ciekawa najbardziej.
Szkoda, bo naprawdę zaintrygowała mnie osoba, która z jednej strony potrafiła wygłaszać przerażająco mizoginistyczne uwagi, a z drugiej w tak odważny sposób walczyć o prawa i zdrowie kobiet. Chciałam czytać o jej rozwoju osobistym i zawodowym, a nie przedzierać się przez nudne cytaty z listów jakiegoś Jurka, Jacka czy kogoś tam. Jestem więc "ciut" zła na autorkę i na redakcję, która nie odesłała jej książki i nie kazała jeszcze kilka miesięcy nad tym posiedzieć. Eh.
Do mniej więcej połowy książkę czyta się jednym tchem. Jest ciekawie napisana, w miarę dynamiczna, dość szczegółowa. Niestety od połowy książka zupełnie się zmienia - autorka serwuje bardzo obszerne cytaty z dzienników i listów Michaliny Wisłockiej. Biografia zamienia się w jeden wielki cytat, co totalnie spowalnia czytanie i staje się niestrawne. A mogło być naprawdę dobrze, bo początek był bardzo ciekawy!
Mam słabość do biografii. Prawdziwe życie ciekawych ludzi ciekawi mnie na tyle, że jestem w stanie wiele wybaczyć. Tutaj zebrane jest dużo materiałów, fragmentów pamiętnika, wypowiedzi... no właśnie, czytając ma się wrażenie (zwłaszcza od połowy książki), że ktoś zebrał materiały a potem zabrakło czegoś (siły, motywacji, pracy redaktora?), żeby zrobić z tego książkę. Nie wiem czemu, ale wielokrotnie miałam wrażenie, że czytam pracę magisterską, na którą pod koniec ktoś nie mógł już patrzeć... szkoda.
Tak jak zauważyli to już słusznie inni czytelnicy, do połowy książkę czyta się dobrze, tym bardziej, że życiorys Wisłockiej jest fascynujący. Niestety potem autorka jakby znudziła się swoim zadaniem. Druga połowa tomu to zlepek niezręcznie i chaotycznie pozszywanych ze sobą urywkowych informacji i rozproszonych cytatów. Wielkie rozczarowanie!
I pomyśleć, że jeszcze niedawno twierdziłam, że nie lubię biografii! Uważałam, że biografie są przekłamane, bo przecież autor nie "siedział w skórze" portretowanej postaci, więc spora część, to tylko jego domysły. Nawet jeżeli tak to wygląda i tym razem, to i tak "Sztukę kochania gorszycielki" czyta się świetnie.
Chociażby takie scenki z przedwojennych łódzki Bałut (Bałuty to taki łódzki odpowiednik Pragi). Michalina wspomina w swoich pamiętnikach, że wieczorami chodziła po bałuckich uliczkach z nożyczkami do samoobrony w kieszeni. Kino było bardzo popularną rozrywką wśród młodzieży, ale trzeba było bardzo uważać, gdzie się siada. Jeżeli wybrałeś złe miejsce, to mogłeś spodziewać się oberwania w głowę ogryzkiem, a zdarzały się i przypadki sikania z balkonów.
Michalina żyła miłością, dosłownie. Miała tendencję do deifikowania mężczyzn, których kochała. Stawiała ich na piedestale swojego życia, jak nie przymierzając pogańskich bożków. Czas w jej życiu, w którym nie była w kimś zakochana, uważała za bezwartościowy.
Początek książki przypominał mi "Małżeństwo niedoskonałe" Nepomuckiej. Stanisław, pierwsza prawdziwa miłość Michaliny, miał na nią duży wpływ, nie zawsze pozytywny.
Ciekawie czyta się tę książkę, bo polska, tragiczna w końcu historia (Druga Wojna, powojenna bieda) jest gdzieś tam w tle. Najważniejsze są relacje międzyludzkie, codzienne życie. Życie mocno zresztą pokomplikowane, w dużej mierze z winy samej Wisłockiej.
Polecam, świetna książka. Połknęłam w dwa wieczory.
bardzo ciekawa pozycja.....ile może człowiek wytrzymać ??,ile przejść życiowych zakrętów?? Ja bym umarła już z 3 razy......nie znałam p. Michaliny też z wysmakowanego poczucia humoru - do ostatnich swoich dni..często książka wzruszała mnie do łez....a może to ja jestem taka nadwrażliwa (?) Polecam
Ogromnie ciekawa biografia - czyta się jednym tchem. Okazuje się, że żadna z Wisłockiej nie była skandalistka, tylko ogromnie pracowita i szczera aż do bólu kobieta-Tytan. Tyle przeżyć i dokonać, i nie zwariować!
"Żyję tylko wtedy, gdy kocham, reszta to tylko kalendarz."
Zgadzam się z większością ludzi tutaj. Książka interesująca, ale od mniej więcej połowy zabrakło redakcji i nie da się połapać w wątkach, imionach, chronologii i romansach. Wszystko jest bełkotem.
Własnie takiej biografii szukałam: kompletnej, włażącej w każdy zakamarek życia, będącej nie tylko portretem Wisłockiej, ale także scenami z życia w czasach, w ktorych żyła. Polecam gorąco!
to naprawdę fascynujący życiorys. wiedziałam, że życie michaliny wisłockiej było skomplikowane, ale nie sądziłam, iż do tego stopnia. violetta ozminkowski wykonała kawał dobrej roboty. podeszła do tematu bardzo obiektywnie, przedstawiła wisłocką jako kobietę, która miała mnóstwo zalet oraz tyle samo wad.
film o michalinie stał się hitem, co mnie zupełnie nie dziwi. jej losy są gotowym materiałem na scenariusz.