Dobrowolnie oddajemy im część siebie przy każdym kliknięciu przycisku „zaloguj”. A one same siebie stawiają się na piedestale, czym nadają sobie niemal boski charakter.
Sylwia Czubkowska odkrywa, jak mocno big techy manipulują politykami i opiniotwórcami, a także jak podporządkowują sobie prawo tak, by działało na ich korzyść.
Po co prezes Google’a spotyka się z premierem Polski? Jak Microsoft i Amazon przejmują polskie szkoły? Dlaczego nie mamy szans w starciu z Facebookiem?
Sylwia Czubkowska odsłania skrupulatnie zaplanowane strategie podbicia rynków przez wielkie firmy technologiczne. Ceniona autorka bestsellera Chińczycy trzymają nas mocno i ekspertka w dziedzinie nowych technologii pokonała setki kilometrów, aby zobaczyć, na czym polega zawłaszczanie świata przez big techy. W tej przełomowej książce ujawnia wzorzec, dzięki któremu wielkie korporacje coraz bardziej się wzbogacają i powiększają swoją władzę – a my, jako jednostki, stajemy się coraz bardziej bezbronni.
– uznana dziennikarka, która od lat bada chińskie wpływy w Europie – prowadzi pierwsze takie śledztwo dotyczące sposobu, w jaki Chiny przejmują naszą część świata, w tym Polskę. Ujawnia nieznane fakty, analizuje metody działań Państwa Środka, obnaża korupcję i demaskuje olbrzymią machinę dezinformacyjną.
Rzetelna i dobrze udokumentowana książka, ale nie do końca podzielam entuzjazm, z jakim jest przyjmowana przez większość czytelników. Pracując w branży technologicznej i realizując projekty IT, patrzę na poruszane tematy z nieco innej perspektywy – mniej sensacyjnej, bardziej praktycznej.
Autorka przyjmuje bardzo jednoznaczny ton – big tech przedstawiany jest niemal jako zło wcielone, co momentami bywa męczące. Szczególnie rozdział dotyczący edukacji i wykorzystywania narzędzi Google czy Microsoftu wydaje się oderwany od rzeczywistości – problem nie leży przecież w samym oprogramowaniu i robieniu z ludzi uzależnionych od niego produktów, ale przede wszystkim w braku przygotowania nauczycieli i umiejętnego wdrażania tych rozwiązań.
W epilogu autorka deklaruje rezygnację z niektórych technologii w ramach cyfrowego „postu”, wybierając często przestarzałe, mniej wygodne narzędzia – na zaledwie kilka dni. Ciężko uznać to za mocny eksperyment, tym bardziej że cała książka powstała… w Google Docs.
Mimo to, książka ma wartość. Pokazuje, jak ogromną rolę w sukcesie produktów cyfrowych odgrywa nie tylko dobry pomysł i wykonanie, ale też polityka, lobbying i odpowiednie kontakty. Uczy ostrożności wobec wpływów korporacji i dobrze, że mimo wszystko skłania czytelników do świadomego wyboru.
Sylwia Czubkowska wykonała kawał dobrej roboty rekonstruując i przystępnie opisując drogę jaką przeszły wielkie firmy technologiczne: od niosących światło postępu do kolonizatorów, zagarniających dla siebie ile się da z nowego cyfrowego świata. Warto przeczytać, żeby zdać sobie sprawę jak bardzo jesteśmy w garści wielkich korporacji technologicznych i zastanowić się co tak naprawdę oddajemy jako kraj za cyfrowe paciorki, rzucane nam przez Google, Microsoft czy Amazon.
Lewicująca wrażliwość czyni ją czasem naiwną lub nielogiczną (jak choćby w pretensjach, że Amazon stawia magazyny w rejonach o wysokim bezrobociu, bo tam jego warunki zatrudnienia uchodzą za względnie atrakcyjne), ale to dobra książka jest :) Byłem sceptyczny (co jakaś dziewczyna z Polski może nowego powiedzieć o globalnych gigantach?), ale, jak się okazuje, jest to kawał solidnej dziennikarskiej roboty, odsłaniającej ciekawe, różnorodne, nieoczywiste mechanizmy działania big techów. Życie dopisuje do tej opowieści nowe rozdziały, bo wyścig na ogromne modele językowe i zasoby potrzebne do ich budowy zaczynają zahaczać o skalę kosmiczną. Książka nie daje żadnych sensownych rozwiązań, ale świetnie pokazuje kilka realnych, nowych problemów społeczeństw, gospodarek i systemów prawnych.
„Bóg Techy” to książka, która wciąga od pierwszych stron i boleśnie uświadamia, że nie wszystko złoto, co się świeci. Za fasadą innowacji i nowoczesności wielkie spółki technologiczne działają niczym mityczny Kronos – pożerają własne dzieci w strachu, że ktoś odbierze im władzę. Pochłaniają konkurencję, betonują swoją dominację i budują oligopol, który skutecznie dusi niezależny rozwój oraz wolną konkurencję.
To jednak nie tylko opowieść o korporacjach. To także zaproszenie do refleksji nad naszym codziennym stosunkiem do technologii – nad tym, jak korzystamy z cyfrowych narzędzi i jak łatwo oddajemy im władzę nad własnym życiem, stając się cyfrową biomasą. Książkę czyta się więc nie tylko jako diagnozę rynku, ale również jako lustro, w którym każdy z nas może (i powinien) się przejrzeć.
Bardzo dobre kompendium wiedzy o big techach i zasadach ich nieczystej gry, w której odbiorcy są sprowadzeni do roli mięsa, którym karmi się algorytmy i na których się zarabia. Momentami niektóre wątki się powtarzają lub są w mojej ocenie zbyt rozwleczone, ale generalnie świetnie się to czyta.
Kawał dobrej, obfitej w treść książki. Nie czyta jej się po to, by wszcząć bunt przeciwko big techom (a przynajmniej jest to zadanie niezwykle trudne jednostkowo, niemal niewykonalne grupowo, jak mówi autorka), ale żeby być świadomym, co tak naprawdę się dzieje. Zostawia z lekkim poczuciem beznadziei.
mocna strona tej książki są na pewno: oparcie na olbrzymim wolumenie wywiadów z osobami badającymi i próbującymi regulować platformowy kapitalizm; oraz osadzenie jej na serio w polskiej perspektywie, a nie tylko powtarzanie po anglojęzycznych krytykach pisanych w innym kontekście prawnym i kulturowym. jednocześnie sprawy nie rozwiązuje tutaj buzzword półperyferyjności - u czubkowskiej wszyscy żyjemy na peryferii królestwa cyfrowych feudałów, a poddańczość i układność naszych rządów wobec platform nie jest niczym unikatowym ani na skalę europejską ani światową. nasze lokalne deregulacyjne zapędy, globalne faszyzmy, wszystko jest tutaj elementem światowej kampanii lobbyingowej firm, które po prostu nie chcą i nie muszą przestrzegać prawa. być może książce przydałoby się jeszcze odrobinę miłości w fazie redakcyjnego dopinania - drobne nieścisłości w tych kwestiach, na których się znam, prowokują zwątpienie co do precyzji w pozostałych obszarach. na pewno jest to jednak wartościowa i potrzebna, a zarazem turbo wciągająca pozycja. kupcie znajomym technooptymistom albo rodzicom.
rzetelne podsumowanie tego, jak omotani jesteśmy przez technologię i dlaczego jako ludzkość powinniśmy się może zastanowić nad ceną, jaką płacimy za postęp. ironically, mimo że książka jest dość świeża, to już w pewnym stopniu nieaktualna - ostatnimi czasy chyba każdy kolejny tydzień przynosi ze sobą coraz bardziej niepokojące propozycje (lub realizacje) wykorzystania technologii do inwigilacji, naruszania prywatności i wręcz działania na szkodę społeczeństw.
w paru miejscach korekta zaspała, wyłapałam kilkanaście literówek i różnych innych pozostałości po przepisywaniu / przeformatowywaniu tekstu.
"Bóg Techy"to bardzo dobre źródło wiedzy na temat korporacji, ich działań i tego jaki mają wpływ. Czuję że dużo się dowiedziałem a i tak mam wrażenie że to tylko czubek góry lodowej i nie pogardziłbym kolejną częścią zwłaszcza pod względem rozwoju bańki AI. Szkoda, że książka nie podaje przykładów rozwiązań na przedstawione problemy, ale nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza że w starciu big techy vs państwa, państwa przegrywają, (na czym tracimy wszyscy) więc jest też tak że być może tych rozwiązań poprostu nie ma.
To szeroka reporterska opowieść o tym, jak wielkie firmy technologiczne stały się nowymi centrami władzy.
Autorka zagląda do chmur i centrów danych, opisuje polskie ambicje budowania własnej chmury, kulisy kampusu Google w Warszawie.
Pokazuje jak użytkownicy wchodzą z nimi na ścieżkę sądową, opisuje prace nad AI Act i nierówną walkę twórców z gigantami. Jest o ed‑techu, patentach pracowników, lobbystach, planowanym postarzaniu produktów i o tym, dlaczego Europa technologicznie zostaje w tyle.
Poznałam ją w wersji audio i bardzo dobrze mi się jej słuchało. Przede wszystkim z dużym zainteresowaniem, bo narracja jest prowadzona jest w sposób, który silnie zaciekawił.
Jest przystępna, jednak ze względu na ogrom danych, faktów i analiz warto podczas lektury mieć odpowiednią przestrzeń i zasoby na skupienie i wyciągnięcie z niej dzięki temu dużo wartości.
Myślę, że płynniej będzie się ją czytało tym, którzy na co dzień obracają się w tematyce technologii jednak pozostali nie powinni być nadmiernie przytłoczeni gdyż autorka dba o prostotę narracji i języka, a wszelkie zawiłości tłumaczy z odpowiednim stopniem szczegółowości.
Wartościowa lektura, uwrażliwiającą i uświadamiająca na szeroki zakres tematów wokół świata technologii, mediów społecznościowych, danych i prawa.
Zdecydowanie polecam, myślę, że zostanie mi w głowie na długo.
Pamiętam, gdy chłopak starszej o kilka lat kuzynki pokazał mi iPhone’a jednej z pierwszych generacji i tłumaczył mi, ledwie nastolatkowi, koncept aplikacji ściąganych ze specjalnego sklepu.
Pamiętam, jak jako dziecko uczyłem się instalować gry z płyt CD i zaczynałem rozumieć, czym się różni dysk C od dysku D.
Pamiętam też, że jako jeden z pierwszych dzieciaków w szkole, w której rządziła z resztą Nasza Klasa, miałem Facebooka, bo na wymianie szkolnej zostałem do założenia namówiony przez starszych o kilka lat włoskich uczniów, żeby wymienić kontakt. Kontaktu oczywiście nigdy nie mieliśmy, ale dzięki Facebookowi wiem, że dość szybko pozakładali rodziny.
Bardzo dobra książka. Obala mit, który podskórnie już przeczuwałem, że jest fałszywy, ale nigdy nie widziałem tak wprost wyłożonych dowodów.
Plus za szczegółowość i risercz, ale ciężko się tych dokładnych szczegółów słuchało. Książka nieco pogłębiła moją wiedzę dotyczącą działania big techów i lobbyingu, natomiast nie miałam chyba żadnego momentu, żebym w trakcie słuchania natknęła się na jakiś fragment, który zmienił moje postrzeganie kapitalistycznej rzeczywistości, co trochę przykre, bo przy książce powyżej 500 stron liczyłabym na jakieś nowe wnioski. Zostaję tylko z wrażeniem pogłębienia smutku związanego z tym, jak duży, nieunikniony i nieodwracalny jest wpływ big techów na rzeczywistość.
Podobnie podnosi cisnienie jak Patopanstwo Spiewaka, ale o ile w przypadku Spiewaka rzecz dotyczy naszego grajdolka, na ktorym jednak w kupie mamy wplyw, to w przypadku technicznych feudalow juz nie, ba, cale panstwa juz nie maja. Jako fanka podcastu Czubkowskiej, wiele z poruszanych tematow juz znalam, ale jednak nie wszystko, wiec na plus. Czyta sie szybko, czasami jak thriller, a sprawy wygladaja jak z conspiracy board meme. Odjeta gwiazdka za braki w korekcie.
4,5* || pod koniec zrobiła się już trochę rozwleczona, ale i tak bardzo dobrze się to czytało. Dobre omówienie BigTechow dla wszystkich nieobytych, a dla tych trochę bardziej obytych ciekawe zgłębienie tematu i kilka ciekawostek.
czytam o zmaganiach dziennikarki z uzyskaniem odpowiedzi na pytania i w pierwszym odruchu, zamiast wściekać się na udawaną niefrasobliwość wielkich korporacji, wyobrażam sobie najniżej opłacanego pracownika, na którego spada obowiązek wymyślenia jakiejś wymijającej bzdury, bo wiadomość nigdy nie dotrze do najwyżej postawionych; CEO czegokolwiek całkiem oleje sprawę — i tyle, jakby między dziennikarzami i właściwymi winowajcami globalnego upadku w technofeudalizm istniała niewidzialna bariera w postaci ludzi, którzy próbują utrzymać się przy życiu za cenę funkcjonowania w spiętrzonych etycznych dylematach
.
„po co robić coś samemu, jeśli jest gotowy produkt od gigantów”, mówi Jan Oleszczuk-Zygmuntowski w drugim rozdziale; wyraża tym powszechne nastawienie, które z jednej strony można nazwać poczuciem tkwienia w pułapce, a z drugiej wygodą, bo te wnyki nie bolą; trzymamy swoje dane w chmurze — a w praktyce na serwerach należących najprawdopodobniej do Amazona, Google czy Microsoftu; giganci technologiczni brali udział w migracji danych z zaatakowanej Ukrainy; umożliwiają działanie tysiącom polskich firm (nawet moje miejsce pracy upadłoby bez pakietu office i innych rozwiązań Microsoftu dla przedsiębiorstw), ale w zamian, w całej wygodzie, którą zapewniają, uzależniają nas od siebie; ta notatka powstaje w google keep, moje opowiadania i eseje mieszkają w one drive i w googlowej chmurze; amerykańskie korporacje stanowią podstawę dla przechowywania czegoś, co traktuję jako część swojej duszy (mówię to z całą świadomością patetyczności takich deklaracji!) i tę duszę z rozpędu powierzam centrom danych; zupełnie, jakbym dzieląc się sobą, musiał przejść przez dodatkowy etap wygenerowania zysku dla kogoś obcego, bo chcę przechować w wygodnej dostępności produkt własnej głowy; dlatego największą barierą w uniezależnieniu się od takich rozwiązań wydaje mi się właśnie wygoda, okrutna wygoda
.
w innym miejscu autorka pisze, że „możnaby gorzko zażartować, że w dawaniu banów platformy są najbardziej demokratyczne”, bo banują przedstawicieli całego spektrum politycznego; czytanie tego budzi obawy, ponieważ zaczynam myśleć o aktualności takiego stwierdzenia; dopiero co rozegrał się przed nami spektakl tego, jaki wpływ na politykę może mieć jeden nieśmieszny technofaszol, Elon Musk, który zmobilizował całego zakupionego ex-twittera, żeby wepchnąć stare cielsko Donalda Trumpa z powrotem do Białego Domu albo wytoczyć krucjatę słowu „cis” (i to nie roślinie); widzieliśmy, jak Zuckerberg z Bezosem, Muskiem i Pichaiem stoją za aktualnym prezydentem USA podczas jego zaprzysiężenia; wszystko to sprawia wrażenie, że dotychczasowa postrzegana arbitralność moderacji wielkich platform dobiega końca, jeśli istniała; fakt, że technologiczni giganci stawiają się ponad prawem, ciągnie za sobą myśl i empiryczne dowody na to, że teraz chcą również prawo sprawować; a wspólny front, który obierają, nie zakłada równego traktowania przy jakichkolwiek zasadach, nawet dotychczasowych, głupich
.
każda książka o społecznym wymiarze wirtualnych platform musi w którymś momencie odnieść się do Shoshany Zuboff i jej „Wieku kapitalizmu inwigilacji”; pozycja wyszła w 2018, więc nie tak dawno, ale zastanawiam się, czy jej teoretyczna przydatność nie wymaga rewizji; nie spotkałem się jeszcze w popularnej przestrzeni literackiej z poszerzeniem jej perspektywy, jedynie z cytowaniem i pokazywaniem — że tak, dobrze mówi; ale może to wynika z mojego nieoczytania
.
słowo o przygodach z tytułem: zanim przeczytałem książkę, myślałem, że „Bóg” to mianownik, a „techy” to dopełniacz (bóg — kogo/czego? — techy), ale już początek uświadomił mi, że to wariacja na temat mnogiego spolszczenia „big tech”; a zatem: big tech — big techy (wiele wielkich firm technologicznych) — bóg techy (wiele boskich firm technologicznych); w ogóle autorka lubi boskie gry słowne (Facebóg)
.
„Bóg techy” to nie do końca książka o platformach, technologii, algorytmach; głównym punktem programu pozostają ludzie w całym swoim nieefektywnym chaosie; przez wszystkie rozdziały przebija się pewna niemoc, zderzenie czegoś równie wielkiego, co rozproszonego, z nieadekwatnymi mechanizmami radzenia sobie z potężnymi, wspólnymi problemami; książka, choć nie mówi tego wprost, dokumentuje słabość tkanki społecznej, konieczność kupienia sobie społecznego białka, pójścia na społeczną siłownię, żeby odbudować społeczny biceps; anomiczna, antyspołeczna moc mediów, nomen omen, społecznościowych, pokazuje się najwyraźniej, kiedy widzimy, jak kolejne rzesze aktywistów miotają się bezsilnie, zmuszone do używania Facebooka, by reklamować swoje protesty
.
kiedy czytam, że „system [Netfliksa] świetnie wskazywał, co produkować”, myślę o Salvadorze Allende, chilijskim prezydencie, który miał w latach siedemdziesiątych wizję państwa, którego produkcją zarządza system komputerowy; między innymi Stafford Beer pomógł mu zrobić pierwsze kroki w tę stronę; dane z ośrodków produkcji i konsumpcji miały trafiać do centrali, po czym, przetworzone, wracać do zakładów i informować, czego potrzeba więcej, a czego mniej; ostatecznie pomysł legł w dosłownych gruzach; przewrót sponsorowany przez USA pozbawił Allendego życia 11 września 1973 roku; myślę o tym, ponieważ widzę, jak dobrze moglibyśmy wykorzystać dane i dzisiejsze możliwości ich analizy; zamiast tego mamy kolejne seriale, żeby się odmóżdżyć po robocie (a czasami naprawdę trzeba)
.
Trump z Muskiem krytykują Google za „nadmierny przechył w lewo”, co brzmi jak żart - albo ostateczne potwierdzenie, że nie istnieje już nic takiego (jeśli kiedykolwiek istniało) jak etos lewicowy czy prawicowy; istnieją sprawy, konglomeraty etycznych decyzji; wspólnoty i ich uczestnicy; wprowadzenie etycznej refleksji do powierzchniowych, estetycznych podziałów wydaje się oczywistą koniecznością, kiedy widzi się, jak wiele bzdur można upchać w słowach „wolność” albo „cenzura”; choć identyfikuję się jako lewak i serce mam czerwone, odczuwam niewydolność kategoryzacyjnych gotowców
.
co właściwie mamy wspólnego? gdzie to wspólne leży w przestrzeni cyfrowej? kiedy ostatnio spacerowaliśmy z ukochaną po Gdańsku, myślałem, że stare miasto, które ciągnie się i ciągnie, i nie chce się skończyć, spójne architektonicznie i zwyczajnie piękne, realizuje do pewnego stopnia ideę przestrzeni jako wspólnego dobra; tam, gdzie musimy się przemieszczać, potrzebujemy współodpowiedzialności i współwłasności - świadomości, że wybudowanie szkaradztwa, choćby użytecznego dla kogoś, to cios dla nieorganicznego społecznego ciała; w ten sam sposób powinniśmy myśleć o platformach, na których opieramy swoją wspólnotową obecność; Facebook czy ex-twitter stanowią dobra publiczne - teraz pozostaje kwestia uprawomocnienia czegoś, co już się dzieje, bo krycie odpowiedzialności pod dywanem prywatnej własności to zabieg tchórza i oportunisty, nie wojownika o wolność słowa
.
„Urzędnicy i politycy często uznają, że nie mają wystarczających kompetencji, lub nie chcą ryzykować długotrwałej walki. Zwłaszcza, gdy sami mają krótkoterminowe cele. W rezultacie brakuje grupy o wspólnych interesach, która byłaby w stanie kontrolować rozwój gigantów”
.
wszystko sprowadza się do ludzi; całe technologiczne zaawansowanie przedsiębiorstw, takich jak Amazon, powstało i utrzymuje się kosztem zdrowia i życia pracowników; magazyny powstają strategicznie w biedniejszych miejscach, gdzie stanowią obietnicę lepszych perspektyw, po czym żerują na desperacji nieuprzywilejowanych; piękną przyszłość (dla kogo?) budują mięsne roboty; nie wiem, dlaczego wciąż reaguję szokiem albo smutkiem na dowody, że liczby liczą się bardziej niż ludzie; gdybym mógł się w coś zmienić, chciałbym stać się tabelką w Excelu, taką z fajnymi formułami, i nie czuć przez chwilę, że służę do mszy dla bardzo złego boga
Solidna dziennikarska robota z gatunku przygnębiające, ale prawdziwe. Dla czytelników szlachetnych smutne, dla aspirujących tech-rekinów wprowadzenie do nieetycznego, acz skutecznego prowadzenia dowolnej działalności gospodarczej.
Jeśli byłaby jakaś książka wydana w tym roku którą poleciłabym do przeczytania to byłaby to ten właśnie reportaż Sylwii Czubkowskiej. Ma w sobie coś z thrillera, a pióro pani Sylwii bezbłędnie opisuje bigtechy i rzeczywistość, do której nas przyzwyczajono a która kamyczek po kamyczku budowana jest na naszych danych, poglądach, lajkach ku chwale wielkich amerykańskich korporacji. Dogłębny research przyprawiony wieloma wywiadami oraz opiniami osób które o tech korpach wiedza zdecydowanie więcej niż tech korpy by chciały tworzy naprawdę dobrą, niemniej niepokojącą lekturę. Tylko dla osób o mocnych nerwach i które nie boją się oczywistej, smutnej prawdy o naszym życiu w XXI wieku. 10/10
Smutna relacja z otaczającej nas rzeczywistości. Niektóre fakty zaskakujące, niektóre przerażające a niektóre i to i to. Polecam, bo warto wiedzieć czyimi ofiarami jesteśmy.
Długo przechodziłem obok tej książki. Miałem dwa nieudane podejścia - zaczynałem czytać i odkładałem na półkę. Spróbowałem jeszcze raz od strony podcastu Techstorie i okazało się to być gwoździem do trumny. Postanowiłem, że nie przeczytam tej książki.
Aż któregoś dnia coś mnie "tknęło": sięgnąłem raz jeszcze po "Bóg techy", usiadłem w swoim "fotelu do czytania" i zacząłem czytać. To było podejście, w którym książka Sylwii Czubkowskiej wciągnęła mnie na całego.
Dygresja: coraz dalej mi do tego, żeby o jakiejkolwiek książce pisać "must-read dla każdego". Myślę, że pojawia się zbieg pewnych okoliczności - zewnętrznych i wewnętrznych - które powodują, że świat jest gotowy i my jesteśmy gotowi, żeby naprawdę docenić dobrą książkę.
Więc "Bóg techy" bez wątpienia dobrą książką są.
Zacznę od krytyki, żeby mieć to z głowy. Autorka ma ewidentne uprzedzenie... no właśnie, nie jestem pewien, jak to nazwać: do systemu, do biznesu, do w każdym razie pewnej istotnej części świata, w którym funkcjonujemy. A są to części, które wielu ludziom zapewniają spełnienie, poczucie sensu, realizacji misji. Nie mówię o pieniądzach i zapewnieniu godnego bytu, bo to argument z kategorii miecz obosieczny. Zrobi się trochę filozoficznie, ale świat po prostu tak nie działa, nigdy nie działał i nigdy taki nie będzie, że łąki tylko pachną, słońce świeci, a ludzie są dobrzy i życzliwi.
Momentami wydawało mi się, że filtr na cały ekosystem, jaki powstał wokół big techów jest u autorki tak silny, że brakuje już tylko rzutu beretem to spiskowej teorii dziejów.
Tyle krytyki.
Reszta to: - bardzo rzetelny, szczegółowy research. Z pewnością trudna, żmudna, niewdzięczna, a czasem może ryzykowna praca, którą autorka włożyła, żeby - pomimo krytyki powyżej - przedstawić czytelnikowi obraz namalowany faktami; - nie wiem, czy to zamierzone, bo chyba nigdzie w książce wprost to nie padło - autorka z perspektywy inwestycji w kapitał intelektualny, R&D i "mądre" inwestowanie w technologię zwraca uwagę na wielkie ryzyko długiego cyklu rozwoju Polski. Nie tylko ekonomicznego, ale społecznego w najszerszym możliwym ujęciu. Obok ryzyka, które w części już się zmaterializowało, a dotyczącego Europy - zależności od firm amerykańskich i bycia w kleszczach sino-amerykańskich - Polska ciągle jest na stromym podejściu i atakuje szczyt, który takie kraje jak Szwajcaria, Holandia, Dania, Francja i kilka innych w Europie już zdobyły. My raz się wydaje, że jesteśmy na dobrej drodze, ale czasem znany chocholi taniec narodowy wpędza Polskę w trans indolencji, kłótni o sprawy co najmniej mało istotne i swoistą rezygnację. Wyścig o "AI" - wykorzystanie w praktyce różnych technologii, które stoją za tym najbardziej dziś rozpowszechnionym akronimem - jest dobrym papierkiem lakmusowym funkcjonowanie polskich firm, organizacji i administracji publicznej; - "Bóg techy" rzucają światło na mniej rozpowszechnione i znane mechanizmy, które rządzą polityką i... nauką. W tym pierwszym przypadku mam na myśli przeróżne formy lobbyingu, w tym drugim - jak świat naukowy (uczelnie, laboratoria) przypomina czasem najciemniejsze, najmniej transparentne zakamarki ze świata polityki i biznesu.
Podsumowując - książka napisana przez Sylwię Czubkowską jest wielowymiarowa. Analizując mechanizmy działania gigantów technologicznych pokazuje wiele zjawisk świata, w którym żyjemy, a o których na co dzień nie myślimy. Szczególnie w Polsce, gdzie patrzenie władzy na ręce, oddolne ruchy społeczne i ogólnie silne, autonomiczne społeczeństwo obywatelskie nie są tak silne jak w wielu innych krajach o dłuższych tradycjach demokratycznych. Tu też nadrabiamy stracone dziesięciolecia, a nawet wieki.
Na sam koniec - "Bóg techy" czyta się bardzo dobrze. To po prostu ciekawa książka, z bardzo dobrym pomysłem i świetnie zredagowana.
Szczególnie polecam technoentuzjastom, ludziom, którzy budują biznesy czy prowadzą projekty, w sercu których znajdują się zagadnienia danych, ich przetwarzania i tasowania, także przed modele "sztucznej inteligencji". Warto spojrzeć na ryzyka - bo każdy biznes to nic innego jak zarządzanie ryzykiem w określonym horyzoncie czasu i z założeniem określonych celów biznesowych w zdefiniowanych strumieniach wartości. Bycie ślepym na ryzyka może mieć wysoki koszt.
W tym reportażu autorka opisuje siłę największych gigantów technologicznych, ich sposoby działania oraz rozszerzania wpływów w świecie biznesu, nauki i polityki. Opisywane są sposoby, za pomocą których big techy przejmowały nowe rynki. Autorka omawia afery związane z korumpowaniem przedstawicieli nauki, którzy rozmywali negatywne skutki działania firm technologicznych. Opisane są też praktyki lobbingowe, w których to finansuje się wiele NGOsów, które twierdzą, że tworzone są przez zwykłych obywateli lub mały biznes, gdzie w rzeczywistości realizują interesy dużych firm technologicznych. Pojawiają się też przykłady praktyk które można by określić monopolistycznymi. Autorka dużo skupia się na wydarzeniach, które dotyczyły Polski ale pojawia się też wiele treści na temat tego, co działo się w innych krajach europejskich. W mniejszych stopniu skupia się na wydarzeniach z USA czy też Chin. Dużo uwagi poświęca też próbom regulowania big techów przez UE oraz państwa, opisując także sposoby, w jakie te prace były sabotowane.
Książka jest napisana w mocno sensacyjnym stylu, co według mnie szkodzi zawartości merytorycznej tej książki. Czytając ją można odnieść wrażenie, że big techy utrzymują swoją pozycję przez agresywne praktyki lobbingowe, zakulisowe działania wśród przedstawicieli władzy oraz inne nieuczciwe praktyki. O ile takie zdarzenia rzeczywiście mają miejsce i na pewno pomagają big techom, to zdaje mi się, że autorka mocno nie docenia przewagi konkurencyjnej, jaką daje ekonomia skali, posiadanie najlepszych inżynierów i lata działalności na rynku. Pojawiają się nawet narzekania na to, że specjaliści IT w tworzeniu oprogramowania oraz infrastruktury korzystają z usług i ekosystemów dostarczanych przez big techy, zamiast korzystać z usług lokalnych przedsiębiorców. Wielu korzysta z usług big techów bo dostarczają dobre rozwiązania IT, które są przetestowane przez wielu klientów. Często łatwiej i taniej jest korzystać z jednego ekosystemu niż korzystać z 20 dostawców oprogramowania a potem tworzyć dodatkowy system, który miałby integrować różne rozwiązania ze sobą.
Sam chciałbym aby np. administracja publiczna korzystała z oprogramowania open source zamiast płacić miliardy Microsoftowi i udostępniać mu dane na temat naszego państwa i jego obywateli. Ale jestem też świadomy, że alternatywy np. dla Windows lub macOS takie jak dystrybucje Linuxa są słabsze, jeśli chodzi o łatwość i ergonomiczność ich używania. Więc nie dziwię się, że stosuje się produkty Microsoftu, skoro działają i dostarczają cały ekosystem potrzebny dla dużych organizacji. Alternatywa to sklejanie coś samemu z różnych projektów open source, co w przypadku tak dużego tworu jak państwa nie byłoby niemożliwe do zrobienia ale wiązało by się z innymi wadami oraz musieli by to zorganizować politycy, co wiązało by się z szeregiem innych zagrożeń.
Dziwi mnie też, że autorka pisze o aferze Cambridge Analytica oraz o aferze cenzorskiej na Fabebooku w Polsce, ale nie wspomina o tym, co zaczęli udostępniać ludzie od Elona Muska po przejęciu Twittera. Potwierdzili oni to, o co przez lata niektórzy ludzie podejrzewali Twittera. Dochodziło tam do ograniczania zasięgów osobom oraz tematom, które były niewygodne dla niektórych środowisk politycznych, szczególnie dla Demokratów. Nie wiem, czy wydarzyło się to zbyt późno aby trafiło to do książki, czy autorka chciała ograniczyć ilość wątków, które trafią do książki, czy może w jej środowisku nie wiele się o tym mówiło, bo to nie był wygodny temat dla środowisk liberalnych.
Książka nie jest w mojej opinii zła, ale przez sensacyjny ton dużo traci. Mogę ją polecić osobom, które są zainteresowane aferami związanymi z największymi big techami. Jednak czytając ją warto mieć na uwadze, że autorka mocno demonizuje big techy, ignorując jednocześnie ich przewagi i niestety słabości wielu alternatyw.